Zgaduję, że było tak.
Pałac: Chcieliście wywiadu, Nawrocka jest gotowa go udzielić.
Telewizja: Super, jakieś obligi?
Pałac: Prezydentowa odpala swoją fundację, więc o tym koniecznie.
Telewizja: No dobra, ale dla swoich widzów musimy spytać też o aborcję i in vitro.
Pałac: Wiadomo, ogarnie się.
Nie ogarnęli. Komentując na szybko ten wywiad, niczym między wódkę a zakąskę wchodzi publicystka „Wysokich Obcasów”. Pisze z felietonowym ostrzem, że Nawrocka jest nieprzygotowana do odegrania roli pierwszej damy, że Pałac to w ogóle dla Nawrockich za wysokie progi, i że choć ona sama jako feministka rzadko doradza kobietom milczenie, to tym razem zrobi wyjątek.
W podobnym tonie, choć bardziej obraźliwie, pisze Manuela Gretkowska. Wychodzi na to, że feministki (choć były to tylko dwa głosy) napadły na prezydentową.
Internet wybucha, zasilany farmami trolli. Dyskusja wokół Marty Nawrockiej jest głównie o tym, że brzydko mówi po polsku. Hejt dotyka Natalię Waloch z „Wysokich Obcasów”. Ta próbuje coś tłumaczyć, ale prawdę mówiąc, tłumaczenie wiele nie pomaga – dogrzewa tylko internetowy ruch.
Cele fundacji Marty Nawrockiej
Jedni łamią ręce nad PR-ową porażką prezydentowej, a specjaliści od kreowania wizerunku mają pretekst, by o sobie przypomnieć, zapewniając, że takie sprawy to drobnostka – przygotowuje się je w pół godziny. Inni tradycyjnie chłoszczą liberalne elity, że gardzą ludem z bloków. Lub przywalają feministkom, że kompromitują feminizm.
Słowem: każdy znajduje sobie rolę, którą lubi. Przewidywalną. TVN24, bo to on jest emitującą wywiad stacją, bez płatnego dostępu pokazuje głównie klipy z pytaniami o in vitro i aborcję, co przesłania fakt, że większość wywiadu jest dość nużącą opowieścią o działaniach dopiero powstającej fundacji.
I tak mija tydzień. Czego się dowiedzieliśmy? Niczego nowego. „W internecie ludzie są gorsi niż w realu” – prowadząca wywiad Joanna Kryńska cytowała wypowiedź Nawrockiej, gdy chciała ją dopytać o hejt. I do tego można by sprowadzić wszystko, co się wydarzyło wokół komentarza Natalii Waloch.
W internecie afery wybuchają do nieproporcjonalnych rozmiarów, angażując prawdziwe osoby i ich prawdziwe emocje, a także uderzając w prawdziwych ludzi, ale z coraz większym udziałem automatyzacji. Żadna to debata publiczna: rozmawiać z kontami generującymi wypowiedzi tylko po to, by rozpalić emocje jeszcze bardziej. Nie wierzę bowiem, żeby kogoś ten wywiad, a nawet publicystyka „Gazety Wyborczej” aż tak bardzo ekscytowały.
Tylko co to mówi o nas, idących w ciemno na internetową bitkę o rzeczy mało istotne, najczęściej z automatami, a jeśli z żywymi ludźmi, to głównie obcymi?
Podrzucę fundacji pani prezydentowej inny pomysł na działalność. Zamiast spraw, którymi zajmują się już o dawna inne organizacje, mogłaby w ramach wspierania bezpieczeństwa państwa zająć się właśnie tym aspektem braku odporności naszego społeczeństwa. Żyjąc w kraju sąsiadującym z walczącą z rosyjską napaścią Ukrainą, widząc intensywną i polaryzującą działalność Rosji w europejskich mediach tradycyjnych i społecznościowych, powinniśmy być dużo mniej krewcy w internetowych burzach.
To było tylko małe ćwiczenie z podpalania lontu. Ale, jak widać, skuteczne.
Co mówiły żony prawicowych prezydentów
Osobnym zjawiskiem jest kolejna odsłona budzącej się w każdej kadencji fantazji, że oto żona prezydenta „wyemancypuje się”. Że powie coś, co sama myśli, a w czym różni się od męża. Nadziei, że jako kobieta okaże się bardziej liberalna w sprawach światopoglądowych, zwłaszcza dotyczących praw reprodukcyjnych.
Tylko tą nadzieją mogę tłumaczyć nic niewnoszące pytania o aborcję i in vitro. Czy mężowi hipotetycznej prezydentki też zadano by ten zestaw pytań? Czy żeby go dostać, trzeba mieć macicę i jajniki? O aborcji i swojej osobistej historii Marta Nawrocka mówiła wielokrotnie w kampanii prezydenckiej, więc nie było zaskoczeń. Zaś procedury in vitro są decyzją obecnego rządu refundowane, więc jej zdanie w tej sprawie niewiele wnosi.
Rozumiem jednak, że TVN, oddając czas antenowy na prezentację planowanych działań fundacji „Blisko ludzkich spraw”, musiał zrobić jakiś ukłon wobec własnego widza. Stąd pewnie tematy światopoglądowe i pytanie o edukację zdrowotną. A także ta źle skrywana nadzieja, że jest coś, o czym Marta Nawrocka myśli inaczej niż mąż. Pary prezydenckie okazują się jednak uparcie dobrze dobrane, a nawet jeśli nie, to skutecznie tuszują pęknięcia i konflikty.

Prezydentowe nie mają zresztą powodu, by zwierzać się akurat mediom sympatyzującym z przeciwnym obozem politycznym. Danucie Wałęsie zajęło prawie 30 lat, by krytycznie ocenić swoje małżeństwo i podzielić się tym z dziennikarzami.
Owszem, Maria Kaczyńska w 2007 r. podczas zorganizowanego w Pałacu Prezydenckim Dnia Kobiet podpisała apel, sformułowany przez jego uczestniczki, przeciwko zmianie konstytucji likwidującej przesłanki do legalnej aborcji.
Nie namawiała jednak do obalenia tzw. kompromisu, tylko sprzeciwiła się radykalnemu zaostrzeniu przepisów, do którego dążył ówczesny marszałek Sejmu Marek Jurek.
Wizerunek Marty Nawrockiej
Oczywiście, niektórych – zwłaszcza politycznych dziennikarzy – ciekawi odpowiedź na pytanie, jak to się mogło zdarzyć, że wywiad, który na kilometr pachnie paktem o wzajemnej nieagresji Pałacu i telewizji, mógł tak bardzo się nie udać. Czy było jednak aż tak tragicznie, jak zdają się sugerować komentatorzy?
Owszem, Nawrocka mówiła z błędami, ale to raczej trudno poprawić szybkim treningiem. Była też zdenerwowana, jak ktoś nieobyty z kamerą i mogący się jednak obawiać braku życzliwości ze strony liberalnej stacji. Choć trzeba przyznać, że dziennikarka była naprawdę łagodna i życzliwa. Pytania o in vitro i aborcję były przewidywalne. Czy to, jak odpowiadała na nie prezydentowa, naprawdę można nazwać niezręcznością?
A może, znając wyczucie PiS w kwestii własnego elektoratu i mediów, można przyjąć, że było tak, jak być miało? Że nikt nie sabotował przygotowania prezydentowej, ani że nie jest ona niewyuczalna, tylko po prostu założono, że fałszywy będzie zbyt wyszlifowany jej obraz? Przy pytaniach światopoglądowych zacina się i patrzy w bok, ale brzmi ludzko i autentycznie, mówiąc mniej więcej to, co wyborca PiS-u chciałby usłyszeć.
Stąd rytualne i potwierdzone biografią bycie „za życiem”, ale też łagodność i zrozumienie dramatów rodziców, którzy nie mogą mieć dzieci i potrzebują wsparcia medycyny. Jest swojska i bliska, może nie jak koleżanka wielkomiejskich dziennikarek, ale jak synowa, żona czy koleżanka z pracy większości Polaków. Która zwyczajnie nie zawsze ma wyrobione zdanie.
W tym sensie nie była to żadna PR-owa katastrofa. Raczej zbudowano atut z tego, że po pół roku w Pałacu Prezydenckim Marta Nawrocka jest niezepsuta politycznymi salonami, ciut onieśmielona reprezentacyjną funkcją, a jednocześnie pragnąca czynić dobro poprzez pracę fundacji. Czy wysyłając do TVN żonę prezydenta z jej poglądami na prawa reprodukcyjne i nieoszlifowaniem, PR-owcy z Pałacu liczyli na złośliwe reakcje z liberalnej strony?
Tego się nie dowiemy, ale jeśli tak, to publicystki spełniły swą rolę.
Kto zapłaci za fundację Marty Nawrockiej?
Czego za to nie dowiedzieliśmy się w tym tygodniu wcale? Nikt nie zatrzymał się nad tematem fundacji, który był główną treścią wywiadu. Zresztą sama pierwsza dama nie opowiadała o planowanych działaniach zbyt konkretnie.
Obszary działalności to kilka niebudzących kontrowersji spraw, z którymi zapoznała się w czasie kampanii. Pomoc wytchnieniowa dla matek dzieci z niepełnosprawnościami, wsparcie dorosłych osób z niepełnosprawnościami (bez konkretów), wyrównywanie szans (poprzez konkurs, w którym można wygrać lekcję z ekspertem). Tyle można się było dowiedzieć z wywiadu.
Nie było analizy problemów, nie było wartkiego przedstawienia, jak i w jakiej skali działania fundacji będą im zapobiegać. Jeśli więc miała to być medialna inauguracja projektu, nie wyszła przekonująco. I nie było pytań o najważniejsze: skąd fundacja pierwszej damy weźmie środki na czynienie dobra?
Każdy działający w trzecim sektorze wie, że jest to pytanie kluczowe. Fundacje nie istnieją z samej woli założycieli i nie trwają tylko dzięki pragnieniu czynienia dobra. Potrzebują kasy.
Czy fundacja Marty Nawrockiej będzie się starała o środki w konkursach ministerialnych albo funduszach norweskich? Poprosi nas w kampanii o 1,5 proc. odpisu? A może pójdzie do niezbyt teraz życzliwych spółek Skarbu Państwa? Zapuka do działów marketingu dużych firm czy do ich korporacyjnych fundacji? Ogłosi publiczną zbiórkę, o której prezydentowa będzie przypominała przy każdej okazji? Przyjmie pieniądze od prywatnych darczyńców? Kim oni będą i czy opinia publiczna pozna ich nazwiska?
Gdyby choć jedno z tych pytań padło z ust Kryńskiej w czasie tego grzecznego wywiadu! Nawet gdyby miało się spotkać z niezrozumieniem, jak dopytywanie o polaryzację społeczeństwa, czy z prośbą o inny zestaw pytań, jak dociekanie dziennikarki, co Nawrocka myśli o wsparciu przez państwo leczenia niepłodności.
Otwierając fundację, pierwsza dama otwiera drzwi Pałacu Prezydenckiego dla potencjalnej korupcji. Dlatego dziennikarka TVN powinna pytać właśnie o tę organizację i być bardziej dociekliwą. Zwłaszcza że podobne niejasności co do źródeł funduszy towarzyszyły fundacji Jolanty Kwaśniewskiej.
Śmialiście się z Trumpa zbierającego pieniądze na salę balową w Białym Domu? Tu cele są bardziej szczytne, ale przyjmowanie przez pierwszą damę darowizn podobnie ryzykowne. Kolejka lobbystów już z pewnością się ustawia.
Pierwsza dama bez pensji
Warto też zadać pytanie: kim ma być tak naprawdę pierwsza dama? Trudno zazdrościć czterdziestoletniej matce dwójki szkolnych dzieci, że musi zawiesić karierę, a w przypadku Marty Nawrockiej przejść na emeryturę i wymyślić siebie od nowa. To miejsce jest pomyślane nieco tradycyjnie: właśnie dla żony przy mężu.
Choć pewnie zainteresowana życiem publicznym kobieta umiałaby znaleźć w nim przestrzeń dla siebie. Gdy brak takiego zainteresowania, fundacja i „robienie dobra” zdają się bezpieczniejsze i ciekawsze.
Co ważne, niby polskie prawo nie zakazuje działalności zawodowej żonom prezydentów, ale od 30 lat zwyczajowo zawieszają one pracę, by skupić się na pełnieniu funkcji reprezentacyjnej, wspierającej urząd męża i ewentualnie charytatywnej. Inaczej niż głowa państwa, prezydentowe nie dostają pensji, a co gorsza, do 2021 r. państwo nie odprowadzało za nie składek ZUS.
Dzięki zmianie ustawy od niedawna mogą liczyć, że Kancelaria Prezydenta będzie płaciła ich ubezpieczenie emerytalne i rentowe.
Zadania pierwszej damy nie mają wyodrębnionego budżetu, ale może ona liczyć na stroje, pokrycie kosztów wyjazdów i obsługę sekretariatu. Co gorsza, z badania Instytutu Badań Pollster przeprowadzonego dla „Super Expressu" w maju 2025 r. wynika, że aż 49 proc. Polaków nie popiera pomysłu wypłacania pensji pierwszej damie (tylko 37 proc. jest za).
Może przedmiotem krytyki feministek powinny być nie same prezydentowe, ale ta dziwna, upośledzająca finansowo małżonki prezydentów (jak dotąd same kobiety) forma sprawowania honorowej roli? Czemu w zasadzie kobiety w wieku, gdy jest się czynną zawodowo, mają rezygnować z własnych pieniędzy, by honorowo rozdawać patronaty i uświetniać spotkania? Czy jako państwo nie stosujemy wobec nich przemocy ekonomicznej?
O wiele bardziej nowoczesne i przejrzyste byłoby, gdyby sekretariat pierwszej damy miał budżet na jej działalność. Oraz by w kosztach Pałacu Prezydenckiego znalazła się normalna pensja, a nie tylko składki społeczne podnoszące przyszłą emeryturę o 500 zł. Jest wiek XXI, kobieta ma prawo nie prosić męża-prezydenta o pieniądze na swoje potrzeby. Stać nas na to. Z ulgą myślę o tym, że Marta Nawrocka ma przynajmniej swoją mundurową emeryturę.
Temat pierwszej damy i jej zadań nie wydał się żadnej ekipie politycznej tak ważny, by był wart dyskusji i reformy. Dlatego teraz, zamiast oceniać publiczną działalność Marty Nawrockiej w ramach przeznaczonych na to publicznych środków, będzie trzeba obserwować potencjalnie korupcjogenny dobroczynny byt, który wyrósł przy Pałacu Prezydenckim. Jeśli ktoś go zauważy, bo na razie umknął uwadze ludzi zajętych dyskusją o dykcji i poglądach prezydentowej.
„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















