Papież Leon XIV zna rzeczywistość amerykańską, latynoską, zakonną i rzymskiej kurii. Różnorodne doświadczenia, które będą pomocne pasterzowi całego Kościoła.
Artur Sporniak: Jaki to będzie pontyfikat?
Kard. Grzegorz Ryś: Trudno powiedzieć, bo pontyfikat nie tylko będzie wyznaczany tym, kim jest obecny papież i jakie ma przekonania, ale także tym, co się wydarzy. Leon XIV na pewno podziela przekonanie Franciszka, że Kościół nie jest dla Kościoła, tylko dla świata. W związku z tym to, co się dzieje w świecie, będzie miało wpływ na słowa i czyny papieża. Przemówień nie było na razie za wiele, ale te, które usłyszeliśmy, pokazują, że papież reaguje mocno na kwestie wojny i pokoju. Reaguje natychmiastowo, bo mówił nie tylko o Ukrainie czy o Strefie Gazy, ale też o wojnie między Indiami a Pakistanem czy o konfliktach w Afryce.
Leon XIV jest człowiekiem ogromnie wrażliwym na sprawy społeczne – myślę, że to był jeden z powodów, dla którego kardynałowie na niego głosowali. Ma za sobą 20 lat posługi w Ameryce Łacińskiej – w Peru, na dużych obszarach biedy, gdzie do ludzi nie da się dotrzeć inaczej, tylko konno.
Jednym z atutów, które przekonały kardynałów, było doświadczenie misyjne kard. Prevosta. A inne?
Kościół latynoski jest, po pierwsze, Kościołem mocno ewangelizacyjnym, a po drugie – bardzo uwrażliwionym na sprawy społeczne, biedę czy migracje. To są zaś priorytety ewangeliczne Kościoła w ogóle, a Franciszka w szczególności. Zatem nie do odstąpienia.
Nowy papież w przemówieniu podczas pierwszego spotkania z kardynałami aż kilkakrotnie odwoływał się do programowej adhortacji Franciszka „Evangelii gaudium”. To znak, że Leon XIV będzie kroczył po śladach Franciszka?
Na pewno można się spodziewać kontynuacji tego kursu, ale na własny dla nowego papieża sposób. Po Franciszku pozostały rzeczy, które już są trwałym dziedzictwem w Kościele. Jego styl wypełniania posługi Piotra był tak czytelny, że porzucenie go jest rzeczą niemożliwą. Nie podejmując go, następca narażałby się na niezrozumienie.
Czy doświadczenie Prevosta w pracy w kurii rzymskiej odegrało także rolę?
Na szczęście ono nie było długie. Jeszcze jako biskup w Peru został członkiem kilku dykasterii, ale – co naturalne – nie bywał w Rzymie często. Jego praca w kurii jako prefekta Dykasterii Biskupów trwała dwa lata. To jest tyle, by nabrać doświadczenia kurialnego (przypomnę, że to były akurat lata wdrażania przez Franciszka reformy kurii), ale nie na tyle długo, by zapomnieć doświadczenia pastoralnego z różnych miejsc, w których był. Złośliwi powiedzieliby, że wystarczająco dużo, by poznać kurię, ale za mało, żeby dać się jej zepsuć.
Jest Ksiądz Kardynał członkiem Dykasterii Biskupów. Jakim szefem był kard. Robert Prevost?
Jest człowiekiem bardzo solidnym i pracowitym. Nie ma w sobie takiej spontaniczności, jaką miał Franciszek. Działa z namysłem. Akurat procedury w tej dykasterii są tak ułożone, że prefekt jest tym, który zawsze się wypowiada ostatni. Więc one pracują na to, żeby był kimś, kto przede wszystkim słucha. Tak ja go odbieram – jako człowieka, który jest bardzo słuchający, przy jasno wyklarowanych własnych poglądach. On ma swoje przekonania, których nie boi się wypowiedzieć na głos, kiedy trzeba. Ale uważnie słucha każdego, nawet jeśli są to poglądy jemu przeciwne.
Na przykład?
Z kard. Prevostem siedziałem przy stole na Synodzie o synodalności. Gdy pojawiały się tematy dyskusyjne, wypowiadał się dość jasno.
Jakie to były tematy?
Powiem akurat o takim, o którym media nie piszą, bo ich to nie interesuje, a dla Kościoła jest bardzo ważny – jakie kompetencje powinny mieć konferencje episkopatów i czy powinny je mieć także w sprawach doktrynalnych. Prevost był temu przeciwny, zgodnie zresztą z tym, co mówi teologia. A nie było to jedyne zdanie, które padało w auli synodalnej.
Kard. Prevost na konklawe podobno uzyskał ponad sto głosów, czyli dużo więcej, niż potrzebował. Czy to prawda?
Nic na ten temat nie mogę powiedzieć.
Ani zaprzeczyć, ani potwierdzić?
Nie. Formuła jest tu bardzo czytelna: nic na ten temat nie mogę powiedzieć. Musiał dostać dwie trzecie głosów – tyle na ten temat mówi konstytucja o wakacie w Stolicy Piotrowej „Universi dominici gregis”.
Czyli na 133 elektorów co najmniej 89 głosów. Tę liczbę uzyskał szybko, bo w czwartym głosowaniu…
To wszyscy wiedzą. Wybór był szybki – to jest moim zdaniem miara działania Ducha Świętego na konklawe.
Zastanawia mnie, co zdecydowało o tej szybkości – wspomniane zalety Prevosta?
O szybkości zdecydowała zgodność elektorów.
Ale elektorzy musieli dyskutować o jego zaletach i wadach.
Nie. Wspomniana konstytucja Jana Pawła II, nieznacznie poprawiana przez Benedykta XVI, mówi wyraźnie – o konklawe można mówić tylko w jednej sytuacji: kiedy papież na to pozwoli. I tylko on.
Robert Prevost posiadł dość rzadką, uniwersalną znajomość Kościoła – od samego dołu, czyli peruwiańskich faweli, i od samej góry, czyli kurii rzymskiej.
Ma aż cztery doświadczenia Kościoła: zna rzeczywistość amerykańską, latynoską, zakonną, jako augustianin, i kurii rzymskiej. To są różnorodne doświadczenia, z całą pewnością pomocne komuś, kto ma być pasterzem całego Kościoła.
To był zapewne jego silny atut.
Tak, ale po pierwsze – trzeba by pytać o to każdego elektora, a po drugie, i tak nikt by nic nie powiedział.
Przed konklawe SNAP – amerykańska organizacja wspierająca ofiary pedofilii w Kościele – wskazała kilka nazwisk kardynałów, którym można zarzucić niezbyt skuteczne reagowanie na przypadki wykorzystania seksualnego w Kościele. Wśród nich pojawiło się nazwisko Prevosta. To nie przeszkadzało elektorom?
To było tysiąc razy badane i tysiąc razy orzeczone, że prowadził wszystkie postępowania poprawnie. Były orzeczenia sądów – cywilnych i kościelnych. To odgrzewanie starego kotleta tylko dlatego, że ktoś chce popsuć radość z jego wyboru.
Rozumiem, że w taki sposób zostało to wyjaśnione kardynałom.
Przed wyborem nikt na ten temat nic nie mówił. Dopiero po wyborach kard. Reinhard Marx o tym wspomniał.
SNAP swoje uwagi ogłosił przed konklawe.
Nic na ten temat nie wiem. Natomiast znam opinię kardynałów amerykańskich, którzy mówili, że zarzuty nie są poważne. Poza tym Prevost to człowiek, którego Franciszek, znający Kościół łaciński jak mało kto, zaprosił dwa lata temu bez żadnego wahania, by poprowadził najważniejszą dykasterię w kurii rzymskiej.
Na jakie tematy rozmawiali kardynałowie na kongregacjach generalnych przed konklawe?
Prekonklawe jest po to, by najpierw przyszły papież usłyszał, jaki jest Kościół powszechny, a dopiero w dalszej kolejności, żeby się kardynałowie nawzajem poznali. Nawet tak szerokie doświadczenie, jakie ma Prevost, nie jest pełne, bo np. nie ma doświadczenia, jak wyglądają Kościoły azjatycki czy afrykański, które dzisiaj są bardzo ważne.

Tematy, o których dyskutowano, nie są żadną tajemnicą – ewangelizacja, sprawy społeczne, trzecia wojna światowa w kawałkach, jak o dzisiejszych konfliktach mówił papież Franciszek. O tym ostatnim temacie bardzo mocno mówili np. kardynałowie azjatyccy, ale jednocześnie mówili o wielkiej potrzebie dialogu, także dialogu międzyreligijnego. To jest bardzo piękne, że biskupi Kościoła mniejszościowego, który raz po raz doświadcza prześladowań, mówią o potrzebie dialogu. Superważnym tematem są także powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.
Skąd u nowego papieża wrażliwość na tematykę związaną ze sztuczną inteligencją?
On patrzy na AI przez pryzmat problemów społecznych, jakie ta nowa technologia może stwarzać. Na przykład bezrobocia. Spodziewa się ich przez analogię do dramatów społecznych, jakie pod koniec XIX wieku przyniosła rewolucja przemysłowa. Papież zakłada, że sztuczna inteligencja zmieni w znaczny sposób rzeczywistość społeczną. I że najbardziej ucierpią na tym znowu najsłabsi i najubożsi.
Zresztą moralnych niebezpieczeństw, które wynikają z rozwoju AI, jest wiele: pierwsze dotyczy np. odpowiedzialności. Za chwilę nie będziemy wiedzieć, kto odpowiada za konkretne informacje czy czyny, bo przy wykorzystaniu AI odpowiedzialność staje się coraz bardziej rozmyta.
O czym rozmawialiście po publicznym wystąpieniu papieża do kardynałów? Leon XIV ujawnił, że kardynałowie na kongregacjach przed konklawe prosili o takie spotkanie z papieżem.
Kardynałowie prosili, by tematy, o których mówili na kongregacjach, przepracować w formule doświadczenia synodalnego. Czyli żeby nie tylko był czas na wypowiedzi kardynałów, ale także na ich analizę – najpierw w cichej, własnej modlitwie, potem w małych grupach, w ramach tego, co na synodzie nazwaliśmy rozmową w Duchu Świętym.
I to pierwsze spotkanie papież zrobił właśnie w tym kluczu. Najpierw z prekonklawe wypunktował cztery kwestie, które uznał za ważne. Potem poprosił, abyśmy nad nimi pomyśleli przez pięć minut w ciszy. Potem poprosił, żeby poprowadzić rozmowę w wąskim gronie, po trzech, czterech, tak jak siedzieliśmy. A dopiero potem poprosił o wypowiedzi plenarne. Było to doświadczenie, które kard. Timothy Radcliffe pięknie nazwał postawieniem rozmowy w środku rozeznawania w Kościele.
Jakie to były tematy?
Współpraca papieża z kolegium kardynałów i kolegium biskupów. Jakie mogłaby mieć formy. To ważne, bo nie chodzi tylko o to, by papieża wybrać, ale by potem z nim być, iść za nim i z nim współpracować. Odpowiedzialność kardynałów nie sprowadza się tylko do wyboru papieża.
Drugim tematem były powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego. Trzecim – bardzo ważnym – była formacja stała biskupów. Biskup nie jest tylko tym, kto powinien innych formować, powinien także zadbać o ciągłą własną formację. Leon XIV mówił, że formacja biskupów nie powinna być organizowana odgórnie przez Rzym, tylko raczej lokalnie – na poziomie konferencji episkopatów. Papież przy tym temacie zwrócił uwagę na samotność biskupów.
A czwarty?
Sposoby nominacji biskupów. Ale myślę, że nie wolno mówić, że to będą wiodące tematy tego pontyfikatu. Po prostu papież wypunktował te kwestie z prekonklawe, które jakoś przebiły się przez inne. I chciał posłuchać opinii kardynałów na ich temat.
Czy padły konkretne propozycje co do zmiany trybu biskupich nominacji?
Nie. Natomiast padły propozycje co do współpracy z kolegium kardynalskim. Chodzi o szersze konsultacje. Postulat oczywisty, choć w praktyce trudny do realizacji, bo niektórzy kardynałowie do Rzymu jadą kilka dni. Poza tym w takim przypadku jak mój trudno jest zostawić swój Kościół na dłużej – z Rzymu nie da się kierować diecezją.
Czy utworzona przez Franciszka Rada Kardynałów zostanie?
Trzeba pytać papieża. Na pewno po stronie kolegium kardynałów jest oczekiwanie częstszego kontaktu z papieżem. Nasze spotkanie trwało zaledwie dwie godziny i to była bardzo wstępna rozmowa – w świecie to się nazywa „burza mózgów”. Więc nie należy się spodziewać od razu twardych konkretów. Nie wiadomo, co papież z tym zechce zrobić.
Co Księdzu Kardynałowi zostało po tym konklawe?
Po pierwsze głębokie przekonanie o działaniu Ducha Świętego. Fakt, że 133 ludzi, którzy się w dużej mierze nie znają, pochodzą z różnych kultur, mają bardzo różnorodne doświadczenie Kościoła i różną wrażliwość, potrafi w ciągu półtora dnia wybrać człowieka, który będzie przewodził całemu Kościołowi – to jest doświadczenie zupełnie niesłychane. Konklawe jest w istocie ciągłą liturgią.
Po drugie, mocno przeżyłem moment, gdy papież już zaakceptował wybór, przyjął imię, wrócił do Kaplicy Sykstyńskiej po zmianie stroju. Wtedy stanął przed nim najstarszy z kardynałów diakonów i powiedział: „Skoro Pan Bóg cię wybrał na Piotra, to posłuchaj słowa, które jest do ciebie skierowane”. I przeczytał tekst Ewangelii Mateusza z 16. rozdziału, jak Jezus mówi do Szymona: „Ty jesteś Piotr i na tobie zbuduję mój Kościół”. To jest niesamowite, bo kardynał diakon czytał to prosto w twarz nowemu Piotrowi. W takich chwilach człowiekowi ciarki przechodzą po ciele.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















