Ludwik Hillar był człowiekiem przedsiębiorczym i uczynnym.
„Moim sąsiadem przez miedzę – wspomina go miejscowy nauczyciel Teofil Ruczyński – był właściciel młyna i tartaku oraz dziesięciohektarowego gospodarstwa rolnego w Tuczkach”. Ruczyński podkreśla, że był to „człowiek rozumny, inteligentny i dobry sąsiad”.
Wspomnienia, które Ruczyński spisał po 1945 r., obejmują okres od Cesarstwa Niemieckiego, przez międzywojnie, po okres powojenny. Ten fragment dotyczy zaś momentu, gdy po 1918 r. wieś Tuczki – bo o niej będzie mowa – znalazła się w granicach Polski.
Młyn miał turbinę wodną wytwarzającą prąd. Ruczyński pisze, że czegoś takiego „w całym terenie wiejskim powiatu działdowskiego” jeszcze nie znano. Ludwik na własny koszt przeciąga linię elektryczną i rozprowadza w szkole instalację. Ofiaruje też szkole aparat radiowy, i to już w 1928 r., jak tylko radio pojawia się w Polsce. Odstępuje także własne pole na boisko dla uczniów.
Gospodarstwo w Tuczkach (dziś w województwie warmińsko-mazurskim, w powiecie Działdowo) przetrwało do dziś. Co nie takie oczywiste, los jego bywał bowiem burzliwy.
Tuczki, czyli Tautschken w Löbauer Land za kajzera Wilhelma
Gdy w 1870 r. Ludwik Hillar przychodzi na świat, ziemia ta należy do pruskiego zaboru. Gdy bierze ślub z Ludwiką z domu Zawadzką, jest już kupcem w Lubawie. Wkrótce rodzi się ich jedyne dziecko: córka Maria.
Duże zyski przynosi Ludwikowi okazyjny skup nieruchomości; odsprzedaje je lub oddaje w dzierżawę. Taką transakcję przeprowadza w 1910 r. w Tuczkach (niem. Tautschken), wsi leżącej nad rzeką Wel.
Historia tutejszego siedliska sięga początku lat 70. XIX w. Złożyły się na nie młyn, tartak, dom mieszkalny i budynki gospodarstwa. Ludwik wydzierżawił je kontrahentowi, który okazał się rozrzutny, a doglądał go rzadko, dojeżdżając automobilem z Warszawy. Przez rok zadłużył gospodarstwo.
Ludwik kończy więc dzierżawę – i postanawia uczynić z Tuczek swe rodzinne gniazdo. W księdze wieczystej występuje już jako rentier, jest więc człowiekiem majętnym.
Wedle rodzinnego przekazu Hillarowie mieli wcześniej gospodę w pobliskiej Lubawie. Być może to decyzja o zamieszkaniu w Tuczkach skłoniła ich do odstąpienia gospody młodszej siostrze Ludwiki, której mężem był cukiernik Roman Bloch. Informacji tej nie udało się potwierdzić, ale faktem jest, że przez kolejne lata lokal ten działał jako „Conditorei & Restaurant R. Bloch” (tj. cukiernia i restauracja). Wymieniony jest w „Przewodniku po województwie pomorskim” Mieczysława Orłowicza z 1924 r. (w PRL-u, już pod innym kierownictwem i nazwą „Lubawianka”, będzie działać w niezmienionym zewnętrznie kształcie).
Ludwik Hillar modernizuje i instaluje
Aby zwiększyć wydajność młyna, w 1912 r. Ludwik zlecił montaż turbiny skonstruowanej przez amerykańskiego inżyniera Jamesa B. Francisa. Zastąpiła koło wodne. Do montażu i pracy w młynie zatrudniony został młynarz.
Syn młynarza tak wspominał Ludwika Hillara po latach:
„Jeszcze w tym samym roku założył (...) prądnicę i instalację elektryczną na całe gospodarstwo. (...) Wszystko oświetlone wieczorami, ładnie. Nawet i siłę miał. Mógł zboże młócić. (...) Tartak jeszcze nie miał traku, tylko to była taka jednoramowa jedna piła. A kiedy Hillar przejął to, to kupił trak i obok tej piły postawił. Przecierali drzewa na tym tartaku, dłużnice, dęby, bo tu było dużo (...) znakomitych cieśli, stolarzy. (...) Także dęby tu przywozili, brzozy, olchy, sosny też były. Na tej pile jednoramowej były obrzynane czworokątnie, i dopiero na ten trak. Hillar dużo naprawił, przebudował”.
Stacja kolejowa Tuczki w prezencie dla córki
W czasie, gdy Hillarowie osiedli w Tuczkach, państwo niemieckie rozbudowywało lokalne linie kolejowe. Bieg torów łączących Działdowo z Iławą miał wypaść przez ziemię Ludwika. Ten zgodził się, ale pod warunkiem: jego córka ukończyła szkołę powszechną, dalsze nauki pobierać będzie w gimnazjum w Kościerzynie, zatem w Tuczkach ma być stacja, aby córka mogła dojeżdżać.
Stacja, otwarta w 1913 r., istnieje do dziś.
„Zachętą do zwiedzania województwa pomorskiego i to niemałą, jest także i ta okoliczność, że (...) wycieczki ułatwia gęsta sieć kolejowa” – informuje Orłowicz, który opisywał głównie te miejscowości, do których mógł dotrzeć dzięki kolei.
Za sprawą Ludwika Hillara Tuczki znalazły się więc w przewodniku wybitnego krajoznawcy. Ten pisał: „Przystanek na pograniczu powiatu działdowskiego, odtąd zatem kończą się wsie ewangelickie mazurskie, zaczynają zaś polskie wsie katolickie powiatu lubawskiego. Okolica bogata w lasy i jeziora”.

Rok 1914: I wojna światowa na Ziemi Lubawskiej
Do tej malowniczej krainy wtargnęła I wojna światowa: w sierpniu 1914 r. dwie armie rosyjskie zaczęły kleszczowe natarcie w głąb Prus Wschodnich. Wyprzedzały je trwożne okrzyki „Die Kosaken kommen!”. Armia nacierająca od południa podeszła aż pod Nowe Miasto Lubawskie. Walczące z nią oddziały niemieckie wycofały się do Stębarka (niem. Tannenberg).
Ruczyński wspomina: „Wszystkie niemal drogi wiodące na zachód były zapchane uchodźcami. (...) Tysiące ludzi szły nieprzerwanym potokiem, a chmura kurzu wisiała stale nad drogami. (...) W dzień dochodził silny huk armat, a nawet grzechot karabinów maszynowych, wieczorami rozciągały się łuny pożarów (...). Suche, gorące dni sprzyjały pożodze”.
Niemcy rozpoczęli atak na pozycje rosyjskie, gdy z rozszyfrowanych depesz dowiedzieli się, iż druga z rosyjskich armii, nacierająca od północnego wschodu, jest wciąż w odległości niezagrażającej niemieckim tyłom. Bitwa zakończyła się wielką klęską Rosjan.
Czy Hillarowie także uszli na zachód? Czy może zostali w domu i wsłuchiwali się trwożnie w huk armat, równających z ziemią pobliskie Uzdowo? Tamte ich przeżycia nie są znane. Można tylko próbować wczuć się w ich emocje i snuć domysły.
Grypa „hiszpanka” dociera do Tuczków
Nie wiadomo też, kiedy dom Hillarów nawiedziła żałoba. Ich córka zmarła nagle w wieku szkolnym w Kościerzynie. Wedle domysłu przyczyną mogła być choroba: grypa, zwana „hiszpanką”, która pod koniec tamtej wojny stała się w Europie epidemią.
Zrozpaczeni rodzice zdecydowali się przygarnąć na wychowanie dwóch chłopców z przytułku dla sierot. Okazali się oni wyjątkowo niesforni, chuliganili i choć byli zaledwie podrostkami, to, jak mówiono w rodzinie, „dobierali się już do służących”.
Na wspólnej z nimi fotografii Ludwika zdaje się być jeszcze pełna nadziei, że choćby tym sposobem spełni się jako matka. Nie poradziła sobie jednak z naturą wychowanków. Oddano ich z powrotem do przytułku. Odtąd Hillarowie nie mieli już dzieci ani własnych, ani przysposobionych.

Rok 1920: uciekając przed bolszewikami, Ludwik zabiera komplet kapeluszy
Na mocy traktatu wersalskiego ziemię lubawską przyznano odrodzonej Polsce. Tuczki znalazły się tuż przy polsko-niemieckiej granicy. Już wkrótce jednak, w sierpniu 1920 r., podczas bolszewickiej napaści Hillarom znów zagroziło niebezpieczeństwo: Armia Czerwona nacierała wzdłuż granicy z Prusami Wschodnimi.
Częstym gościem u Hillarów był w tamtym czasie policjant Stanisław Nędzewicz, były powstaniec wielkopolski. Przyjeżdżał konno, a towarzyszyły mu dwa psy, koza i kot. Powodem wizyt były miłosne starania o wzajemność siostrzenicy Ludwiki.
Gdy rozniosła się wieść o nadchodzących bolszewikach, Nędzewicz wypuszczał się na zwiady. Hillarowie mieli nadzieję, że najeźdźców uda się powstrzymać. Ci szli lasami, omijając główne drogi, i pojawiali się znienacka w miejscowościach, w których spodziewali się zastać polskie oddziały.
Za którymś powrotem Nędzewicz przygalopował z alarmem. Pakowanie odbyło się w panicznym pośpiechu. Po przeprawieniu się pod Grudziądzem na drugą stronę Wisły, gdzie koczowali już liczni uchodźcy, okazało się, że nie zabrano rzeczy najbardziej potrzebnych, Ludwik miał natomiast pełen komplet swych kapeluszy.
Międzywojenna sielanka na polskiej prowincji
Okres Polski międzywojennej to dla Hillarów czas spokoju i dobrobytu.
Syn młynarza wspomina: „Stoły zastawione na werandzie, goście siedzieli, gwar. Lampiony takie wisiały, (...) okrągłe, z papieru, kolorowe. Mieli inwentarz i tam nic nie było sprzedane. Wszystko było na własny użytek. (...) Nieraz spojrzałem i mówię sobie, ten człowiek wie, że żyje przynajmniej. Gości sobie nasprasza, co dzień się bawią. Wesoło! No i to byli przeważnie okoliczni właściciele majątków, i ksiądz się znalazł z jednej parafii, drugiej. I tam sędzia, notariusz (...). Sama inteligencja z miasta”.
I dalej: „No a praca sama szła jakoś. Czasem zajrzał, jak tam idzie (...). Miał ludzi i oni dla niego pracowali. On sobie tylko spacerował. Miał laskę, łańcuszek srebrny przez brzuch, zegarek. Przeszedł tylko przy tartaku, na łąkę poszedł i sobie spacerował. To był okres takiego szczęścia. Młyn prosperował, szedł, że tak powiem, pełną parą, woda płynęła, napęd, energia za darmo. To była kopalnia złota”.
Nauczyciel Ruczyński zapamiętał z wdzięcznością, że Ludwik Hillar, gdy obrobiono już jego pola, wysyłał pracownika z końmi za miedzę do obróbki ziemi Ruczyńskiego. Gdzie, jak ten pisze, konie Hillara „wykonywały w pół dnia więcej roboty, niżli inne przez cały dzień”.
Rok 1939: II wojna światowa na Ziemi Lubawskiej
Los Hillarów podczas II wojny światowej był typowy dla losu polskiej ludności północnych ziem II RP, które zostały wcielone do III Rzeszy.
W 1939 r., gdy okupanci wydawali dowody tożsamości, zadeklarowali, że są Polakami. Przez kolejne lata opierali się presji wpisania na Volkslistę, niemiecką listę narodowościową. Oparli się też w roku 1942, po wydanej 22 lutego odezwie, w której okupant groził, że kto się nie wpisze, ten „zostanie zrównany z najgorszymi wrogami narodu niemieckiego”.
Mieszkańców Tuczek wezwano wtedy do szkoły, gdzie czekały na nich deklaracje. Hillarowie do szkoły nie poszli, za co wkrótce odebrano im majątek. W jego odzyskaniu brał udział siostrzeniec Ludwiki, Paul Krenz, oficer Luftwaffe.
Dla Ludwika kolejne represje były ciosem, który wywołał śmiertelną chorobę. Zdesperowana żona, którą sołtys ostrzegł, że wraz z mężem trafią do obozu koncentracyjnego, podpisała Volkslistę (wciągnięto ją do II grupy). Zaraz po tym, w maju 1942 r., Ludwik zmarł.
Gospodarstwo Hillarów było w czasie wojny źródłem utrzymania także dla ich rodziny i okolicznych Polaków. „Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie – pisze Ruczyński. – Odczułem i ja dobre serce sąsiedzkie”. Wyrzucony ze szkoły, u Hillarów znalazł pomoc dla swej rodziny.
Rok 1945: czas zemsty, czas rozliczeń
W styczniu 1945 r. żołnierze Armii Czerwonej wkraczają na tę ziemię. „Im było powiedziane – wspomina syn młynarza – że jak przyjdą na te tereny, to mogą zabijać, mogą wszystko. (...) Grasowali tu sobie. Robili, co chcieli! Czołg jechał i była taka Niemka, to ją zabili, od razu. Niemka? To ciach! (...) Jeszcze potem położyli na szosie i czołgiem tak parę razy przejeżdżał. (...) Oni uważali, że to tereny niemieckie”.
Komunistyczne władze zajmują Ludwice majątek. Podstawą jest uchwała o wyłączeniu ze społeczeństwa wrogich elementów, m.in. osób z Volkslisty. Zarząd nad majątkiem obejmuje państwo. Jednak w październiku 1945 r. Sąd Grodzki przywraca Ludwice prawa obywatelskie i orzeka zwrot majątku (najwyraźniej złe wrażenie na sądzie zrobił świadek oskarżenia, który twierdził zawzięcie, że Ludwika „nie jest, nie była i nie będzie Polką”; z kolei wiarygodność drugiego świadka, nowo mianowanego kierownika młyna, podważył fakt, iż został oskarżony o sprzeniewierzenie zboża).
W międzyczasie w Tuczkach zjawiają się wracające z zachodu sowieckie oddziały, znów terroryzują ludność.
Sąd potwierdza „samarytańską działalność” Ludwiki
W czerwcu 1946 r. Specjalny Sąd Karny zatwierdza wyrok Sądu Grodzkiego. W uzasadnieniu wskazuje, że wykazano „wybitnie samarytańską działalność wnioskodawczyni [tj. Ludwiki Hillar] względem pozbawionej kart żywnościowych ludności polskiej” i zasługuje ona na pochwałę.
Ludwika odzyskuje całą swoją własność. W gospodarce pomaga jej siostrzeniec Kazimierz Piwnicki, były członek konspiracyjnej organizacji Gryf Pomorski. Przypuszcza się, że Tuczki były dla niego schronieniem przed komunistyczną bezpieką. Do pomocy przyłącza się też wkrótce bratanek Ludwika, Kazimierz, który wrócił z Syberii (został tam wywieziony w 1945 r. z powodu niemiecko brzmiącego nazwiska).
Tymczasem zdrowie Ludwiki się pogarsza. W korespondencji pojawia się m.in. doniesienie, że „pamięci to już i za grosz nie ma (...) i plecie sama nie wie co”.
Ludwika Hillar umiera w maju 1953 r.
Minęło 115 lat, a siedlisko w Tuczkach żyje
Władze PRL wkrótce rozporządzają, że młyny o dużym przemiale mają być upaństwowione.
W odebranym młynie Kazimierzowi Hillarowi udaje się zostać kierownikiem. Składa też pozew do sądu: wykorzystując lukę w przepisach, udowadnia, że młyn został źle zakwalifikowany. Za ilość przemiału przyjęto bowiem przemiał z wymielacza i śrutownika, a decydować powinna tylko ilość z wymielacza. W Tuczkach jest ona niższa od tej, która decyduje o upaństwowieniu. Wygrywa sprawę.
Po śmierci Kazimierza Piwnickiego, który zarządzał tartakiem, bratanek Ludwika Hillara obejmuje całość majątku. Po nim przejmują go jego synowie. Piotr, który zajął się prowadzeniem młyna, pasjonat ekologii, produkował tą metodą mąki razowe i inne produkty rolne. Założył też z żoną gospodarstwo agroturystyczne. Działa ono do dziś, a jego obecnym właścicielem jest siostrzeniec Piotra.
Prosperują także młyn i tartak, który prowadzi brat Piotra. Działają, jak dawniej, pełną parą.
Minęło prawie 115 lat, a siedlisko żyje.
Korzystałem ze wspomnień Teofila Ruczyńskiego „Z tamtych lat” (Instytut Wydawniczy Pax 1977). Zapis wywiadu z synem młynarza w posiadaniu autora.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















