230 lat temu insurekcja kościuszkowska zamieniła się na chwilę w polską wersję rewolucji francuskiej, z ulicznym terrorem. Co się wtedy stało?

Opieszałość w wymierzaniu sprawiedliwości uwięzionym zdrajcom i rosyjskim agentom sprawia, że latem 1794 roku w kręgach mających wpływ na powstanie kościuszkowskie coraz aktywniejsi są radykałowie. Wybuch następuje 28 czerwca 1794 r.: zrewoltowany lud Warszawy wdziera się do więzień, by samemu osądzić i ukarać.
Czyta się kilka minut
Żaden z twórców tamtej epoki nie uwiecznił samosądów z 28 czerwca 1794 r. Trzy miesiące później, pod koniec września, powołany w końcu Sąd Najwyższy Kryminalny skazał na śmierć i infamię liderów targowicy. Ponieważ ci uciekli wcześniej z Warszawy, sięgnięto po znany od średniowiecza zwyczaj „in effigie” („w obrazie”): wykonanie wyroku na wizerunku skazanego. Na obrazie: moment wieszania portretu Stanisława Szczęsnego Potockiego, lidera stronnictwa prorosyjskiego. Obraz namalował Jan Piotr Norblin lub jego u
Żaden z twórców tamtej epoki nie uwiecznił samosądów z 28 czerwca 1794 r. Trzy miesiące później, pod koniec września, powołany w końcu Sąd Najwyższy Kryminalny skazał na śmierć i infamię liderów targowicy. Ponieważ ci uciekli wcześniej z Warszawy, sięgnięto po znany od średniowiecza zwyczaj „in effigie” („w obrazie”): wykonanie wyroku na wizerunku skazanego. Na obrazie: moment wieszania portretu Stanisława Szczęsnego Potockiego, lidera stronnictwa prorosyjskiego. Obraz namalował Jan Piotr Norblin lub jego uczeń Aleksander Orłowski, ok. 1794 r. // Domena publiczna / Wikipedia

Poruszony wydarzeniami, które rozegrały się w stolicy 28 czerwca 1794 r., Jan Duklan Ochocki notuje w pamiętniku: „Kto oczyma swemi podobnych scen nie widział, ten pojęcia o nich mieć nie może. Straszliwy to fenomen, który za karę bożą uważać można, niszczący wszystko jak lawa wulkanu, i siłę tylko niszczącą mający w sobie”.

Z powodu szczątkowych relacji nie sposób ustalić, ile dokładnie było wtedy ofiar ulicznych samosądów. Znana jest tożsamość ośmiu z nich.

Z kolei Julian Ursyn Niemcewicz we wspomnieniach odnosi się do tych wypadków w tonie chłodnej refleksji: „W czasach rewolucyjnych, gdzie każdy czyn sądzony jest (...) najczęściej z uniesieniem i ślepą namiętnością, gdzie – jak u nas – zrażone długimi zdradami i podstępami umysły łatwo do podejrzenia skłonne, gdzie snadniej jest jednego oskarżyć o zdradę jak winę w wielu znajdować, (…) gwałtownych popędliwości od ludu (…) spodziewać się zawsze należy”.

Co się wtedy stało?

Czas wielkiej zmiany

W tamtych letnich dniach roku 1794 w Rzeczpospolitej – rozszarpywanej przez Rosję i Prusy – ważą się losy powstania kościuszkowskiego, rozpoczętego w marcu.

Jego duch różni się od wcześniejszych zrywów. Nie jest to już konfederacja szlachecka, lecz walka, której przyświecają idee filozofa Jana Jakuba Rousseau (jego prace, podważające porządek społeczny, trafiają na kościelny indeks), rewolucji francuskiej i wojny o niepodległość amerykańskich kolonii.

Obok zrzucenia obcego jarzma celem tej insurekcji jest zmiana struktur społecznych i ustrojowych. Poprzedni system zniesiono, tworzy się nowy. Środowiska umiarkowane lękają się jednak, aby ruch niepodległościowy nie przekształcił się w rewolucję – taką jak we Francji. Dobiegają z niej wieści o terrorze, który fizycznie zmiata elity upadłej epoki.

W Warszawie działa – powołana przez Tadeusza Kościuszkę, naczelnika powstania – Rada Najwyższa Narodowa, odpowiednik rządu. Ma wydziały sprawiedliwości (nadzoruje sądy) i bezpieczeństwa (odpowiada za ściganie przestępstw, śledztwa, dozorowanie więźniów). Działa też Sąd Kryminalny. Jednak, wedle zapowiedzi, w sprawach politycznych orzekać miał Sąd Najwyższy Kryminalny, a wciąż nie został powołany.

Wiele wydarzeń z okresu rozbiorów możemy dziś wyobrazić sobie dzięki Janowi Piotrowi Norblinowi: francuski malarz przebywał tu w latach 1774-96 i zwany jest „reportażystą” ówczesnej Warszawy. Na szkicu: walki z Rosjanami podczas insurekcji kościuszkowskiej na ulicy Miodowej w kwietniu 1794 r. // Domena publiczna

Żądanie kary dla zdrajców

Tymczasem w więzieniach siedzą liczni kandydaci do ukarania. Wielu krzywd doznano od nich w czasie rządów zwanych targowicko-grodzieńskimi (od Targowicy, gdzie zawiązało się prorosyjskie sprzysiężenie przeciw reformom, i Grodna, gdzie obradował Sejm, który akceptował rozbiory). Problem w tym, że ich osądzenie nazbyt się odwleka.

Pod presją wzburzonego ludu 9 maja powieszono wprawdzie publicznie czterech prominentnych targowiczan – po procesie, w którym z konieczności stosowano doraźną procedurę. Wkrótce zawisł też znany konfident Wacław Rogoziński. Jędrzej Kitowicz, historyk i świadek epoki, pisze, że wysługiwał się on „ministrom rosyjskim bieganiem po kafenhauzach, bilardach, domach publicznych i kompaniach, w których podsłuchiwał, co kto gadał naprzeciw Moskwie, a podług instynktu szalbierskiej duszy swojej oskarżał przed tymiż ministrami, za promocją których zrobiono [go] intendentem nad piekarzami, rzeźnikami i rybakami, których zdzierał kozubalcami [wymuszonymi łapówkami]”.

Jednak egzekucje te nie przyniosły uspokojenia. W dodatku kilku sędziów podało się do dymisji – w proteście przeciw doraźnej procedurze, ograniczającej prawo do obrony. Gdy zaś wreszcie ustanowiono Najwyższy Sąd Kryminalny, zawężono jego kompetencje tylko do przestępstw popełnionych przeciw insurekcji – od dnia jej ogłoszenia.

Widmo terroru

Opieszałość w wymierzaniu sprawiedliwości targowicko-grodzieńskim zdrajcom sprawia, że w kręgach mających wpływ na powstańcze rządy coraz bardziej aktywni są radykałowie. Wcześniej większość mieli tu działacze o poglądach umiarkowanych.

Zamiary radykałów ocenia się jako chęć zaprowadzenia terroru na wzór Francji. Władze rewolucyjne ścięły tam już króla Ludwika XVI i tysiące osób identyfikowanych z ancien régimem. Pod ostrze gilotyny poprowadzono królewską żonę Marię Antoninę. Tamtejsze trybunały rewolucyjne wydają wyroki nawet bez przesłuchiwania oskarżonych i świadków. Oskarżyciel publiczny Fouquier de Tinville chełpi się: „Głowy spadają jak dachówki”. W końcu ofiarami stają się też rewolucjoniści z innych frakcji, którym zarzuca się zdradę.

W Polsce o jakobinizm posądzani są członkowie powstałego w końcu kwietnia 1794 r. stowarzyszenia, którego intencje tak obwieszcza „Gazeta Wolna Warszawska”: „Już w tej tu stolicy wielu dobrze myślących obywatelów przyjaciół Powstania Narodowego w tym jedynie celu udzielają sobie wzajemnie światła, aby rząd i zwierzchność poczciwym zdaniem, dobrą radą i zbawiennymi projektami zasilać”. Statut stowarzyszenia (nie ma ono konkretnej nazwy) podaje, że jego członkowie to „obywatele ofiarujący pomoc i posługę magistraturom narodowym w celu dobra Ojczyzny”.

Polscy jakobini

W tym obywatelskim gronie wybijają się dwa nazwiska: Ignacy Potocki i Hugo Kołłątaj (stąd członkowie stowarzyszenia zwani są „sektą hugonistów”).

W niedawnej przeszłości obaj angażowali się na rzecz reformy Rzeczpospolitej. Dziś różni ich nastawienie co do charakteru dalszych zmian. Potocki jest zwolennikiem przemian ewolucyjnych w ramach konstytucyjnego monarchizmu. „Poczciwiec do ojczyzny przywiązany, nie był [to] człowiek do rewolucji” – ocenia go jeden z powstańczych działaczy.

O poglądach Kołłątaja badacz jego politycznej aktywności Bogusław Leśnodorski pisze, że sprawiały kłopot w rozpoznaniu. Ogólnie wiadome jest, że nie chce on wznowienia ustroju z Konstytucji 3 maja. Optuje za powołaniem Konstytuanty, która ułoży nowe zasady polityczne i społeczne (zapowiadał ją akt insurekcyjny). Zwleka więc, czym drażni radykałów. Kołłątaj popiera dyktatorską władzę Kościuszki, mającą chronić insurekcję także przed groźbą rozwiązań, które doprowadzą do rozlewu bratniej krwi.

Na podstawie późniejszych pism Kołłątaja historycy sądzą, że osłaniał on wtedy reformatorskie plany przed oskarżeniem o jakobinizm. Stąd też nie chciał, by inicjatywę w jego środowisku przejęły temperamenty radykalne. Charakter powstałego z jego inicjatywy klubu przedstawiano jako stowarzyszenie „przyjaciół Powstania Narodowego”. Mianem Klubu Polskich Jakobinów ochrzcili je przeciwnicy – i nazwa ta się utrwaliła.

„Pójdź jeno do Paryża”

Słowa odgrywają tutaj dużą rolę. Pejoratywne znaczenie nadano jakobinizmowi na ziemiach polsko-litewskich już w okresie Sejmu Wielkiego (1788-92).

Pełna nazwa pierwowzoru – francuskiego klubu, założonego w 1789 r. w klasztorze św. Jakuba – brzmi: Towarzystwo Jakobinów – Przyjaciół Wolności i Równości. To właśnie programowa równość – już nie wyłącznie szlachecka, lecz nowa: obywatelska, cywilna, religijna i demokratyczna – stanowi główny powód oskarżeń.

Gromi jakobinizm Stanisław Szczęsny Potocki, znany targowiczanin. Wyzyskują go propagandowo Rosja i Prusy, by uzasadnić zbrojną interwencję i drugi rozbiór w 1792 r. „Pójdź jeno dziś do Paryża – straszy franciszkanin Karol Surowiecki – a wymów chociaż półsłówek przeciw wolności lub równości, zaraz w te tropy każe ci inkwizycja jakubińska albo łeb uciąć, albo na laternę powiesić”.

Tymczasem, jak pisze historyk Leśnodorski, francuski klub „był umiarkowany w swym programie społecznym, po prostu drobnomieszczański, natomiast krańcowy i radykalny był w metodach działania, które składały się razem na usystematyzowany terror”.

Z lęku o targowiczan

Powstanie „sekty hugonistów” wywołuje kontrakcję króla Stanisława Augusta, a wraz z nim zamkowej koterii i zaangażowanych w insurekcję osób o nastawieniu zachowawczym.

Alarmują oni, jakoby klub Kołłątaja nacechowany był żądnym krwi jakobinizmem. Z lęku o samych siebie domagają się jego zamknięcia. Kościuszko odpowiada jednak na piśmie, że dążeniem jego jest, „aby lud warszawski utrzymywany był w tymże samym duchu, który go poprowadził do zniesienia z siebie jarzma niewoli (…) i aby ich czułość i żal przeciw zdrajcom Ojczyzny dla próżnych formalności tępione nie były”.

Dodaje też: „Klubów nie chwalę, bo te dają sposób naradzania się i wpływania do rządu jednym obywatelom z krzywdą drugich; ale te pospolicie tworzyć się zwykły wtenczas, kiedy lud od rządu nie jest szanowany, kiedy go ziębi zbytnie rządu umiarkowanie i opóźnienie sprawiedliwości na złych”.

Radykałowie faktycznie chcą, aby – obok niezwłocznych reform – zaspokojone zostało również elementarne poczucie sprawiedliwości. 22 czerwca „hugonista” Tomasz Maruszewski ostrzega w memoriale Radę Najwyższą Narodową: „Naród wam szczęście i nieszczęście swe przypisywać będzie. Zgubicie go, jeżeli dłużej w tym samym duchu (…) postępować będziecie. Postępki wasze mdłe i rozwlekłe, nigdy ludziom wolnym, a tym bardziej ludziom w rewolucji będącym nie przyzwoite”.

Sześć dni później zrewoltowany lud Warszawy wedrze się do więzień.

Sprawcy

Kim jest ten lud? Ochocki tak opisuje swe uliczne obserwacje: „Gawiedź zbita niby w jakieś szeregi pod chorągwiami swych cechów, uzbrojona w oręż wszelkiego rodzaju, w różnobarwnych, świątecznych i łatanych ubiorach, z piórami kapłoniemi, gęsiemi, kurzemi, kaczemi, z kilami końskich włosów na czapkach, dla dodania sobie miny i postawy marsowej. (…) Tłuszcza po większej części pijana”.

Poeta Franciszek Karpiński notuje w pamiętniku, że nie był to „zbiór dobrze myślących i rozumnych ludzi, ale burzących bardziej i śmiałych, którzy w zamieszkach tylko znaczyć albo zyskiwać mogą i nie było bezpiecznie także zbliżać się dla przysłuchania ich radom, tym bardziej otwierać im zdanie swoje”.

Leśnodorski na podstawie dokumentów podaje, że „byli to przede wszystkim rzemieślnicy, (…) zwłaszcza posiadacze mniejszych warsztatów, drobni kupcy, przekupnie, także kanceliści i drobni urzędnicy, niektórzy wojskowi, wreszcie czeladnicy, wyrobnicy, różnoraka biedota”.

W sobotę 28 czerwca lud ten wywleka aresztantów z więzień i prowadzi ich pod szubienice. Emocje potęgują wieści o przegranych bitwach z Rosjanami pod Szczekocinami i Chełmnem, a zwłaszcza o oddaniu Krakowa bez walki Prusakom. Krążą pogłoski o zdradzie.

Nastroje już od poprzedniego dnia podburzają radykałowie, m.in. Kazimierz Konopka, sekretarz Kołłątaja. Popularna piosenka wzywa: „Powieśmy te dumne pany / Jeśli nam naród kochany”.

Sądna sobota

Na szubienicach giną: Karol Boscamp-Lasopolski (szambelan królewski i płatny agent rosyjskich ambasadorów), Marceli Piętka (policyjny donosiciel), Mateusz Roguski (intendent policji i rosyjski szpieg), Stefan Grabowski (pasierb królewskiej faworyty i szambelan). Ten ostatni, jak relacjonuje Kitowicz, „śmiercią swoją zawziętość pospólstwa przeciw królowi ukontentował”.

Kitowicz pisze też o adwokacie Michale Wulfersie, podejrzanym o potajemne kontakty z uwięzionymi targowiczanami i wykradzenie kompromitujących króla dokumentów (na początku insurekcji znaleziono je w zajętej rosyjskiej ambasadzie). Wulfersa pospólstwo „z sznurków między sobą wyszukanych stryczek ukręciwszy, na szubienicy źle wkopanej, chwiejącej się, dlatego pikami i szablami podpieranej, (…) obwiesiło”.

Instygator (tj. oskarżyciel publiczny) sądów kryminalnych Józef Majewski protestuje przeciw samosądom. Zaatakowany przez tłum, nie chce wydać spisów więźniów, które ma przy sobie. On też staje się ofiarą.

Wieszania odbywają się naraz w różnych miejscach. Tłumne pochody prowadzą skazańców ulicami wśród szyderstw i triumfalnych okrzyków. Konował Tomasz Stawicki, który powiesił Majewskiego, wali w bęben i śpiewa: „Dalej, wiara! dalej! dalej!”.

Burza kończy rozruchy

Biskupowi Wojciechowi Skarszewskiemu udaje się przekupić oprawcę dwuzłotówką. Ten woła do innych: „Ho! temu dajmy pokój, bo to dobry pan!”. I komenderuje, wskazując na biskupa Ignacego Massalskiego: „Ale tego szelmę prowadźmy, co ludziom swoim służącym każe dawać po sto rózg”.

Massalski jest lżony i bity. Wieszają go pastuch i dwaj murarze. Brakuje drabiny i sznura. Użyte zostają końskie lejce, a za drabinę służą piki. Wspina się po nich pod górną belkę, aby zawiązać na niej węzeł, jeden z murarzy.

Marszałek wielki koronny Fryderyk Moszyński szarpie się pod szubienicą. Nie daje sobie założyć stryczka. W ostatniej chwili ratuje go od śmierci prezydent miasta Ignacy Wyssogota Zakrzewski, mający w Warszawie duży autorytet.

Przy wieszaniu księcia Antoniego Czetwertyńskiego trzej oprawcy kłócą się o podział jego odzieży. Książę całuje ich po rękach, błaga o litość. Egzekucja się przedłuża, postronek jest za krótki. Wreszcie wieszają księcia na furmańskim biczu. Po czym okazuje się, że powiesili nie tego, którego chcieli. Miał to być hrabia Tomatis, znany szuler i sutener. Tłum mimo to się raduje.

W mieście dochodzi do rabunków. Szaleńcze rozruchy przerywa dopiero nagła burza i towarzysząca jej ulewa.

Idealizm Kościuszki

Historyk Jerzy Łojek przytacza pewne zdarzenie.

W roku 1793 Kościuszkę, który przebywał wtedy w Lipsku i tam przygotowywał insurekcję, odwiedziło dwóch młodzieńców. Słuchając ich pełnych nienawiści słownych ataków na targowiczan, Kościuszko skarcił ich, by się miarkowali. Miał powiedzieć: „Wada to nasza, iż jesteśmy tyle niepohamowani w przedwczesnych pochwałach, ile nieubłagani w namiętnym potępieniu. (…) Krzyczą wszyscy: interes i duma połączyły i skojarzyły [targowiczan] przeciw Rzeczypospolitej (...). Wreszcie tak tym sprawcom rokoszu Targowickiego, jak i uwiedzionym przez nich ofiarom, naród złorzeczy i rzuca na nich przekleństwa. To dzieli nas na dwa obozy. Nam trzeba nawet względem zdrajców iść śladami Chrystusa, może to ich na drogę cnoty zwróci. Obłąkani, a działający w dobrej wierze, są godnymi litości, a nie wzgardy. Możemy się różnić w opiniach, a wzajemnie się szanować”.

Ten idealizm Kościuszki, który wyśnił sobie, że w walce o wolność zjednoczy się zgodnie cały naród, na warszawskich ulicach dramatycznie zderzył się z rzeczywistością.

Po rozruchach z 28 czerwca na jego rozkaz osądzono i powieszono najbardziej aktywnych sprawców samosądów. Jerzy Łojek ocenia ten krok Kościuszki krytycznie: „Właśnie wówczas – pisze – rewolucja (…) zboczyła z toru radykalizmu patriotycznego w stronę chronienia kolaborantów i zdrajców przed gniewem ludu”. Historyk ocenia to jako „hańbę całej Insurekcji”.

Czy słusznie?

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 26/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Powieśmy te dumne pany