„Grają to, co umieją, a więc: jedzenie, picie, spacerowanie, gadanie” – pisał w swoich „Notesach” Andrzej Wajda, mając na myśli obejrzane właśnie „Wszystkie poranki świata” (1991) Alaina Corneau. Uznał go, oczywiście z przekąsem, za wzorcowy przykład „filmu artystycznego à la française”. Prawdopodobnie do tego samego garnka wlałby dzisiaj „Bulion i inne namiętności”. Sami Francuzi uznali go przed rokiem za specjalność domu i zgłosili do Oscara, zamiast nagradzanej i drapieżnej „Anatomii upadku” Justine Triet (ale to już zupełnie inna opowieść).
W istocie film Trana Anh Hunga ma wszelkie cechy wysmakowanej wizytówki, a chociaż metafory kulinarne w odniesieniu do kina łatwo wietrzeją, nie da się ukryć, że ta kostiumowa historia miłosna, dziejąca się głównie w kuchni, jest przede wszystkim ucztą dla zmysłów. I to dla wielu naraz. Gotowanie na dużym ekranie rzadko bywa aż tak konkretne i zarazem tak bezwstydnie uwodzicielskie.
Pochodzący z Azji reżyser potraktował stuletnią, niewydaną u nas powieść „La vie et la passion de Dodin-Bouffant, gourmet” niczym esencję francuskości. Jej szwajcarski autor, Marcel Rouff, opowiada tam o XIX-wiecznym smakoszu, wzorowanym luźno na Jeanie Anthelme Brillat-Savarinie, twórcy słynnej „Fizjologii smaku”, Tran zaś zrobił z tego połączenie „Uczty Babette” z „Przepiórkami w płatkach róży”. Czyli epikurejską przypowieść, podszytą melancholią i w tym sensie podobną do wspomnianego dzieła Corneau.
W rolach głównych obsadził ikony francuskiej kinematografii i zarazem niegdysiejszą parę w życiu prywatnym, co nadaje filmowi szczególnego smaczku. Tytułowego Dodina gra Benoît Magimel, najlepiej znany z ról różnej maści pasjonatów i obsesjonatów („Pianistka”, „Król tańczy”, „Pacifiction”), a partneruje mu Juliette Binoche, o której po „Trzech kolorach: Niebieskim” mówiło się, że nikt tak pięknie nie oddaje w kinie namiętności i cierpienia.
Oboje ćwiczyli gotowanie pod okiem mistrza Pierre’a Gagnaire’a, zdobywcy trzech gwiazdek Michelina i konsultanta filmu (zagrał też małą rólkę). Stąd chwilami ogląda się „Bulion” jak wielki spektakl fine diningu. Instruuje krok po kroku, jak wykonać idealny warzywno-mięsny wywar o nazwie pot-au-feu, paszteciki vol-au-vent z owocami morza, polędwicę cielęcą w duszonej sałacie czy ciasto lodowe Alaska. Pichcone ponoć bezpośrednio przed kamerą, bez oszukańczych stylizacji.
I prawie w milczeniu, bowiem kulinarne „porno” wyraża przy okazji to, co dzieje się po cichu między dojrzałymi kochankami – możnym pracodawcą i jego skromną, acz genialną kucharką. Zresztą ukazane w filmie stosunki społeczne chwilami wydają się bardziej postępowe aniżeli dziś na zapleczu niejednej renomowanej restauracji.
Szefową swojej kuchni Dodin traktuje z ogromnym szacunkiem (również jako kobietę) i tak też obchodzi się z rodziną Pauline – terminującej w jego kuchni małoletniej geniuszki smaku. Co prawda na pokazowych ucztach w wiejskiej posiadłości zjawiają się wyłącznie panowie (smakują, komentują, filozofują), jednakże do swego stołu zapraszają także Eugénie (choć ta woli się krzątać i jeść ze służbą w kuchni). Mamy rok 1898 i wyrafinowany w każdym calu gospodarz zdaje się wyprzedzać swój czas. Efektem jest świat cudownie (także w znaczeniu życiowego prawdopodobieństwa) harmonijny, dostarczający niemal samych przyjemności. No, chyba że jesteśmy wegetarianami, albowiem francuska haute cuisine bywa pod tym względem bezlitosna, a i sam film mocno celebruje jej mięsność. Określenie „martwa natura” w scenach hardkorowej kuchennej obróbki nabiera innego znaczenia.
Poza tym prawie wszystko u Trana wygląda idyllicznie i malarsko – bukiety jarzyn, gotujące się jajka, kompozycje z miedzianych rondli… Ten film sensualnie wręcz widza pochłania, włącznie z płynną choreografią kuchennych prac i całym tym smakowitym skwierczeniem, sykiem, bulgotem. Ma się wrażenie, że film pachnie, nie mówiąc o jego dyskretnej erotyce, naturalnym oświetleniu czy „opisach przyrody”, oczywiście na tle różnych pór roku.
Nic dziwnego, gotowanie podniesione tu zostało do rangi sztuki wysokiej, a wymyślanie menu – do odkrywania nowych gwiazd czy dowodzenia armią. Desery przypominają klejnoty lub rzeźby, w dodatku z niespodzianką w środku. W tym sensie „Bulion i inne namiętności” doskonale wstrzela się w dzisiejszą modę. Nie tyle na okołokuchenną blogosferę czy telewizyjne zawody w gotowaniu. Bliżej mu do wysokoartystycznego „kina kulinarnego” w rodzaju dokumentów „Jiro śni o sushi” czy „El Bulli. Kuchnia to sztuka”. Ma być elegancko, na bogato, najlepiej wedle starych receptur i z odrobiną miłosnego szaleństwa.
Jako nieśpieszna love story film Trana też niczego się nie wstydzi – romantyzowania, idealizacji czy sekretnych przejść między kuchnią i alkową. W końcu te najlepsze dania, z pogranicza doznań metafizycznych, nie są tutaj li tylko wyrazem czyjejś pasji czy popisem umiejętności, lecz prawdziwym miłosnym wyznaniem. I nawet jeśli nie ma nic oryginalnego w porównywaniu wysublimowanej erotyki i takiegoż jadła, a doświadczenie utraty niechybnie przyniesie całkowity brak apetytu, odbywa się to w „Bulionie” z niewymuszonym wdziękiem. Gdy przyglądamy się kuchennym rytuałom, trudno uciec od skojarzeń z grą wstępną – z przyjemnością odraczaną i podsycaną. Po tym filmie traci się ochotę na dania instant typu odgrzewane w mikrofali paluszki rybne.
Ktoś powie, że oglądamy kino dla snobów. Że owo „jedzenie, picie, spacerowanie, gadanie” oraz samo gotowanie grzeszy nadmiarem, konsumpcjonizmem, zbytnią estetyzacją. Jest tam także scena, w której odsłania się na chwilę okrucieństwo wyznawanej przez Dodina perfekcji. Lepiej zatem zobaczyć w „Bulionie” opowieść o wiecznym niespełnieniu i tęsknocie. Ta cała kuchenna krzątanina, „rzeźbienie” w jedzeniu, dążenie do zmysłowego ideału jawi się w finale jako zaklinanie czasu, powszedniości, nicości. Przywołując brutalny aforyzm Brillata-Savarina: „Można zostać kucharzem, ale człowiek rodzi się pasztetnikiem” (przeł. Joanna Guzy).
Tak, twórca „Zapachu zielonej papai” również próbuje wyrwać się z tej pasztetniczej kondycji. Nawet kiedy pracuje na zbyt wysokim C, to jednak na najwyższym poziomie wykonawstwa, z ponadprzeciętnym wyczuciem stylu i smaku.
BULION I INNE NAMIĘTNOŚCI („La passion de Dodin Bouffant”) – reż. Trần Anh Hùng. Prod. Francja 2023. Dystryb. Gutek Film. W kinach od 30 sierpnia.
Tran Anh Hung jest francuskim reżyserem urodzonym w Wietnamie. Jego debiut, „Zapach zielonej papai” (1993), był nagrodzony w Cannes i nominowany do Oscara. Za „Rykszarza” (1995) otrzymał Złotego Lwa w Wenecji. W ojczyźnie zrealizował także „Schyłek lata” (2000), a poza nią „Przychodzę z deszczem” (2009) czy „Norwegian Wood” (2010) według powieści Harukiego Murakamiego.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















