Dla RPA to koniec epoki: Afrykański Kongres Narodowy, partia Nelsona Mandeli, po 30 latach traci większość

Zwyciężyli apartheid i w 1994 r. wygrali pierwsze wybory, w których głos czarnych po raz pierwszy liczył się tak samo jak białych. Ale potem politycy Afrykańskiego Kongresu Narodowego uwierzyli, że ich czarni rodacy, stanowiący większość ludności RPA, będą ich wybierać zawsze i bez względu na wszystko. Pomylili się.
Czyta się kilka minut
Jedną z partii odwołujących się do czarnego elektoratu jest lewicowy Ruch Bojowników o Wolność Gospodarczą (EFF), powstały w 2013 r. po rozłamie w ANC. Na zdjęciu: plakaty Ruchu w mieście Polokwane, gdzie tuż przed wyborami doszło do starć zwolenników ANC i EFF. 29 maja 2024 r. Republika Południowej Afryki, 29 maja 2024 r. // Fot. Paul Botes / AFP / East News
Jedną z partii odwołujących się do czarnego elektoratu jest lewicowy Ruch Bojowników o Wolność Gospodarczą (EFF), powstały w 2013 r. po rozłamie w ANC. Na zdjęciu: plakaty Ruchu w mieście Polokwane, gdzie tuż przed wyborami doszło do starć zwolenników ANC i EFF. 29 maja 2024 r. Republika Południowej Afryki, 29 maja 2024 r. // Fot. Paul Botes / AFP / East News

Po tym jak wygrał tamte historyczne wybory z kwietnia 1994 r., Afrykański Kongres Narodowy zwyciężał jeszcze pięciokrotnie, przez długie lata zdobywając około dwóch trzecich głosów. Dopiero ostatnie zwycięstwo, przed pięciu laty, nie było już tak okazałe: Kongres poparła niewiele ponad połowa głosujących. Ale i to zdawało się nie martwić kongresowych towarzyszy. Wierzyli, że czarnoskórzy rodacy, stanowiący ponad trzy czwarte ludności RPA, już zawsze będą ich wybierać, z wdzięczności za wolność, którą dla nich wywalczyli. „Będziemy panować aż do końca świata” – zapewniali.

Przed siódmymi wyborami, które w tym roku wypadły 29 maja, liderzy Kongresu byli już ostrożniejsi. A sceptycy przyznawali, że tym razem może być im trudno zdobyć większość, i że trzeba będzie pomyśleć o koalicjantach. Sądzili, że nawet jeśli sprawy pójdą źle, do większości zabraknie im 4-5 punktów i łatwo uzupełnią deficyt, zawierając przymierze z jedną lub dwoma słabymi partiami, którym nie będą musieli wiele ustępować.

Najgorsi nawet czarnowidze w Kongresie nie przypuszczali jednak, że wybory zakończą się aż tak fatalnie. Wprawdzie po raz siódmy zebrał on najwięcej głosów, ale tym razem większość wyborców odwróciła się od dawnych wyzwolicieli i opowiedziała za tym, by odebrać im władzę. Kongres zdobył jedynie 40 proc. głosów i żeby dalej sprawować rządy, naprawdę będzie się musiał nią podzielić. W dodatku ze swoimi zaprzysięgłymi nieprzyjaciółmi – białymi liberałami albo czarnymi radykałami, rozłamowcami, którzy odebrali mu głosy. To dlatego majowe wybory okrzyknięto najważniejszymi od tamtych sprzed 30 lat, pierwszych wolnych.

Mandela i koniec historii

Afrykański Kongres Narodowy (ANC) nie jest – a może raczej nie był – zwykłą partią polityczną. Był najstarszym w Afryce, ponadstuletnim ruchem wyzwoleńczym, który doprowadził do upadku apartheidu i zakończył epokę białej dominacji w RPA. Wydał najwybitniejszych – nie tylko w Afryce Południowej, ale na całym kontynencie – przywódców: pokojowych noblistów Alberta Luthuliego i Nelsona Mandelę. Trzeci noblista, arcybiskup Desmond Tutu, nie należał wprawdzie do partii, ale był jej gorącym orędownikiem. Do narodzin ANC w 1912 r. przyczynił się nawet Mahatma Gandhi, który żył wtedy w RPA.

Byli oni nie tylko przywódcami politycznymi, ale także autorytetami moralnymi. Mandela, skazany w 1962 r. na dożywocie (odsiedział 27 lat), był postrzegany jako symbol niezłomności i walki z niesprawiedliwością. Gdy w maju 1994 r. został pierwszym czarnoskórym prezydentem Południowej Afryki, dodatkowo okrzyknięto go symbolem wybaczania krzywd i pojednania, a wygraną ANC w pierwszych wolnych wyborach uznano za dowód zwycięstwa Dobra nad Złem.

Nową Południową Afrykę ochrzczono wtedy Ludem Tęczy, żyjącym w zgodzie z sobą i ze wszystkimi na świecie. Działo się to wszystko w czasach, które ogłoszono Końcem Historii, a Mandela i kraj, którym władał, zdawali się być jej ziszczeniem.

Południowa Afryka ustrzegła się wojny domowej , która – jak wróżono – miała wybuchnąć nieuchronnie po upadku apartheidu. Strach przed nią, a także przed odwetem czarnych na białych i sabotażem białych wobec poczynań niedoświadczonego czarnego rządu sprawiły, że Mandela poświęcił swoje panowanie trosce o pokój i zgodę.

Powołał więc komisję prawdy i pojednania, która miała ujawnić i rozliczyć zbrodnie z przeszłości. Triumfował, gdy południowoafrykańska drużyna rugby – ukochanego sportu białych Afrykanerów, w czasach apartheidu wykluczona ze światowych rozgrywek – w 1995 r. wygrała puchar świata, a kibicowali jej także czarni. Rok później, gdy drużyna futbolistów (to z kolei sport czarnych) zdobyła mistrzostwo Afryki, sukces świętowali też biali. To głównie za sprawą Mandeli oba sportowe zwycięstwa uznano w RPA za wspólny sukces.

Mbeki: wizja nowej RPA…

Mandela złożył prezydencki urząd już po pierwszej kadencji. Drugiej nie chciał. Tłumaczył, że jest na to za stary (miał 81 lat), że pora przekazać stery państwa młodym. Zresztą i tak raczej panował, niż rządził – cały ten mozół pozostawiał swojemu zastępcy, wiceprezydentowi Thabo Mbekiemu.

I to jemu przekazał prezydenturę – choć w roli swojego następcy widział ponoć raczej Cyrila Ramaphosę. Ten związkowiec i prawnik był głównym negocjatorem ANC podczas obrad południowoafrykańskiego „okrągłego stołu” (poprzedzających pierwsze wolne wybory), a potem napisał nową konstytucję. Jednak partyjni towarzysze wybrali Mbekiego, który lata apartheidu spędził na wygnaniu w Wielkiej Brytanii, skąd zawiadował sprawami ANC w zastępstwie starszych przywódców, uwięzionych (karę dożywocia wraz z Mandelą odsiadywał ojciec Thabo, Govan Mbeki) lub schorowanych.

Choć Thabo Mbeki w młodości należał do partii komunistycznej (jak ojciec), a nawet szkolił się w Związku Sowieckim na buntownika, w Londynie upodobnił się do konserwatywnych lordów, przejął ich maniery i poglądy (zwłaszcza na gospodarkę). Oschły i nieco wyniosły, lepiej czuł się w gabinetach niż na wiecowych trybunach.

Uznawszy, że sprawy pokoju i zgody zostały załatwione przez Mandelę, jako prezydent Mbeki zajął się zadaniem jeszcze trudniejszym. Biali oddali mianowicie władzę polityczną, ale zachowali wszystko, do czego dzięki tej władzy i apartheidowi doszli. Mbeki nie chciał im nic zabierać, ale liczył, że pomogą mu zbudować czarną klasę średnią, by stała się motorem rozwoju gospodarki i posłużyła za najlepsze zabezpieczenie przed rewolucją.

Służyć temu miało „Gospodarcze Wzmocnienie Czarnych”: akcja afirmatywna, której celem było wynagrodzić krzywdy, wyrównać szanse i przyspieszyć awans czarnoskórych, dyskryminowanych przez prawie trzy stulecia białego rasizmu i apartheidu.

…i jej realizacja

Zarzucano mu potem, że troszczył się tylko o białych oraz o bogatych czarnych. Odpowiadał, że nie potrafił czynić cudów i wszystkiego zmienić od razu. Zresztą to właśnie za jego i Mandeli rządów władze zbudowały kilka milionów domów dla biedoty, doprowadziły do nich prąd i bieżącą wodę.

Mbeki nie popsuł państwa, uchodzącego za najbogatszy i najlepiej urządzony kraj całej Afryki, gospodarka dobrze się rozwijała, a jego rząd nie wydawał więcej, niż zarabiał. To głównie dzięki jego rządom czarni stanowią dziś dwie trzecie południowoafrykańskiej klasy średniej i jedną piątą najbogatszej elity (większość to wciąż biali).

Jeden z najsurowszych krytyków rządów Mbekiego – jego rodzony młodszy brat Moeletsi – od dawna wytyka mu jednak, że powstanie czarnej klasy średniej było w znacznej mierze uwłaszczeniem działaczy Kongresu. Biali przedsiębiorcy chętnie dobierali ich sobie do zarządów i rad nadzorczych swoich firm, licząc, że dzięki ich politycznym wpływom łatwiej będzie im o rządowe kontrakty, tanie kredyty i ulgi podatkowe.

Tutaj nie liczyła się kompetencja, lecz znajomości – tak tłumaczył mi przed laty Moeletsi Mbeki, profesor ekonomii politycznej z johannesburskiego uniwersytetu Witwatersrand. Przekonywał też, że skutkiem ubocznym takich narodzin czarnej klasy średniej stały się korupcja i nepotyzm, które zaczęły zżerać południowoafrykańskie państwo.

Zuma: „swój chłop”…

Ani rządy Mandeli i Mbekiego, ani wcześniej białe rządy z epoki apartheidu nie były wolne od korupcji. Jednak gdy na fotelu prezydenckim zasiadł Jacob Zuma, wymknęła się ona spod wszelkiej kontroli.

Zuma był przeciwieństwem Mbekiego – i właśnie dlatego został wybrany na trzeciego prezydenta po przełomie roku 1994. Partyjni towarzysze obawiali się bowiem, że ich czarni zwolennicy stracą w końcu cierpliwość do wyrachowanego technokraty Mbekiego i odwrócą się od ANC. Tymczasem o takich jak Zuma mówi się: „swój chłop”.

Nie miał on ani wykształcenia, ani światowego obycia, a lata apartheidu spędził w partyzantce i więzieniu. Lubił gabinety i luksusy, ale jeszcze lepiej wypadał na partyjnych wiecach, podczas których zdobywał ludzi swoim urokiem i charyzmą. Ponadto Zuma wywodził się z Zulusów, najliczniejszego z ludów Południowej Afryki, rywalizującego o wpływy z sąsiednimi Khosami. Po rządach Mandeli i Mbekiego, którzy wywodzili się z ludu Khosów, towarzysze z ANC uznali, iż dla dobra partii dobrze powierzyć władzę Zulusowi.

Podobnie zresztą kalkulował Mbeki, gdy brał Zumę na zastępcę. Jako wiceprezydent miał on zjednać dla rządu ANC zarówno Zulusów, jak też czarną biedotę, wciąż czekającą na swoją kolejkę po lepszy los i tracącą cierpliwość do przemądrzałego prezydenta.

Jednak w efekcie Mbeki sam ukręcił sobie sznur na szyję: rozsmakowawszy się we władzy jako wice, Zuma zażądał, aby po drugiej kadencji Mbekiego mógł go zastąpić jako prezydent. Mbeki miał Zumę za prostaka i parweniusza i nie chciał o tym słyszeć. Także Mandela i arcybiskup Tutu przestrzegali, że Zuma nie nadaje się na prezydenta.

Ostrzeżeniem powinien być już fakt, że ledwie został wiceprezydentem, a oskarżono go o przyjęcie łapówki za załatwienie miliardowego kontraktu na dostawy broni (jeśli w 2025 r., już jako 82-latek, stanie w końcu przed sądem, grozić mu będzie nawet dożywocie). Mbeki zwolnił go wtedy, ale Zuma wywołał w ANC frakcyjną wojnę – aby zdobyć władzę i uniknąć kary. Pobuntował towarzyszy przeciw nielubianemu Mbekiemu i zmusił go do ustąpienia na rok przed upływem kadencji. Wkrótce potem, w 2009 r., objął prezydenturę.

…i dziewięć lat chudych

Jego panowanie upłynęło pod znakiem niezliczonych skandali finansowych i pozamałżeńskich romansów. Kiedy po dziewięciu latach zmuszono go do złożenia urzędu, specjalna komisja śledcza orzekła, że pod rządami Zumy państwo zostało przejęte przez przestępcze korporacje. Ich szefowie od początku prezydentury obstąpili Zumę, obsypując go pieniędzmi i spełniając zachcianki – także jego licznej rodziny (jako Zulus jest poligamistą i dochował się ponad 20 dzieci).

On zaś pozwalał swoim dobrodziejom i wierzycielom na wszystko. Decydowali nawet o tym, kto ma zostać ministrem finansów. Przestępcze korporacje przejęły kontrolę nad należącymi do państwa filarami gospodarki – koncernem energetycznym, liniami lotniczymi, kolejami, a nawet urzędami celnymi i skarbowymi.

Pod koniec panowania Zumy południowoafrykańskie państwo przestało działać. Dawni rewolucjoniści i bojownicy o wolność przemienili się w pospolitych karierowiczów. Z ulic nie sprzątano śmieci, niszczały nieremontowane drogi, wiadukty i mosty. W najbogatszym kraju Afryki zaczęło brakować bieżącej wody i prądu, bo zawodziły wodociągi i przestarzałe elektrownie, do których nie docierały rabowane po drodze transporty węgla. Gospodarka, która dotąd się rozwijała, stanęła w miejscu. Zrażeni korupcją zagraniczni inwestorzy zaczęli uciekać. W ich miejsce Zuma spraszał Chińczyków i rosyjskich oligarchów, którzy nie szczędzili mu pieniędzy, a w zamian przejmowali kopalnie platyny i złota.

Rabunek i niekompetencja rządów Kongresu stały się w końcu tak jawne, iż partyjni towarzysze uznali, że jeśli nie pozbędą się Zumy, stracą władzę w najbliższych wyborach. W ANC doszło do kolejnego pałacowego przewrotu: w 2018 r., na rok przed upływem panowania Zumy, zastąpił go dawny faworyt Mandeli – Cyril Ramaphosa.

Ramaphosa: na (spóźniony) ratunek

Został więc w końcu prezydentem. Ale kto wie, czy ten awans nie przyszedł za późno.

Wypchnięty wcześniej z polityki przez zazdrosnego o władzę Mbekiego, Ramaphosa zajął się biznesem. Dzięki akcji afirmatywnej, a przede wszystkim dzięki odkrytej smykałce do interesów zbił majątek, który uczynił go jednym z najbogatszych ludzi w Afryce. Nie przestał jednak tęsknić za polityką i wrócił do niej w 2012 r. na wezwanie Zumy: mianując przedsiębiorczego Ramaphosę swoim zastępcą, prezydent chciał podreperować reputację.

Na Ramaphosę, na jego przywódczy talent i gospodarność, liczyli też jego rodacy. Mieli nadzieję, że zrobi porządek po Zumie, ukróci złodziejstwo i korupcję, ożywi gospodarkę. Zadanie to okazało się trudniejsze niż cała południowoafrykańska przemiana.

Dziś, po 30 latach rządów ANC, Południowa Afryka wciąż pozostaje najbogatsza na kontynencie. Ale jednocześnie jest krajem, gdzie przepaść między bogatymi i biednymi jest największa i nadal pokrywa się z podziałami rasowymi; biali wciąż mają się znacznie lepiej od czarnych. Kryzys gospodarczy i recesja z czasów Zumy sprawiły, że obywatel RPA jest dziś o jedną czwartą uboższy niż pod koniec panowania Mbekiego. „Zuma cofnął nas o sto lat” – narzekają przywódcy ANC.

Bezrobocie zalicza się do najwyższych na świecie (jedna z najwyższych jest też przestępczość). Pracy nie może znaleźć jedna trzecia ogółu mieszkańców, a wśród młodych, urodzonych już po 1994 r. – prawie połowa. To oni głosowali teraz przeciwko ANC. Ich rodzice, pamiętający czasy apartheidu, wciąż uważają się za dłużników Kongresu.

„Kraść jednak nie musieli”

Dziś połowa z 62-milionowej ludności Południowej Afryki (od 1994 r. przybyło tu 20 mln ludzi) żyje w biedzie. Do najzamożniejszych, stanowiących dziesiątą część ludności, należy trzy czwarte jej bogactwa. Czarni bogacze przeprowadzili się do zamożnych dzielnic, zastrzeżonych w czasach apartheidu dla białych, a biedacy, z których połowa żyje z rządowych zapomóg, po staremu tkwią na przedmieściach, zbudowanych przed laty dla czarnej służby i górników z kopalni złota.

Trzy czwarte młodych nie spodziewa się, by sprawy w ich kraju miały się rychło poprawić. Twierdzą, że byliby gotowi zrezygnować nawet z politycznych praw i żyć jak ich rodzice w czasach apartheidu, jeśli tylko rząd zapewniłby im pracę, dach nad głową i bezpieczeństwo.

„Kiedyś, żeby być wolnym, trzeba było być białym. Dziś, żeby być wolnym, musisz być bogaty” – narzekają zwłaszcza młodzi czarni Południowoafrykanie. Trzy czwarte z nich uważa też, że nie wolno wierzyć politykom: „Rozumiemy, jak trudnego podjęli się zadania, przejmując władzę od białych. Kraść jednak nie musieli”.


Prezydenci z ANC:

1994-1999: Nelson Mandela

1999-2008: Thabo Mbeki

2008-2009: Kgalema Motlanthe (p.o. prezydenta od usunięcia z urzędu Mbekiego do nowych wyborów)

2009-2018: Jacob Zuma

2018 do dziś: Cyril Ramaphosa 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 24/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Co się stało z marzeniem Mandeli