Reklama

Ostatni burski generał

Ostatni burski generał

w cyklu STRONA ŚWIATA
07.04.2020
Czyta się kilka minut
Jego nazwisko pojawiało się z rzadka wśród tych, dzięki którym RPA pokojowo rozstała się z apartheidem. Ale kto wie, czy najwięcej nie zawdzięczała generałowi Constandowi Viljoenowi, który w piątek zmarł na swojej farmie, przeżywszy 86 lat.
Constand Viljoen i ówczesny prezydent elekt Nelson Mandela w Parlamencie w Kapsztadzie, 9 maja 1994 r. / FOT. John Parkin / ASSOCIATED PRESS/East News
W

Wiosną, czyli południowoafrykańską jesienią 1994 r., na miesiąc przed pierwszymi wyborami, w których głos czarnoskórej większości miał się liczyć tak samo jak białych, generał Viljoen miał pod komendą ze sto tysięcy uzbrojonych i potrafiących obchodzić się z bronią ochotników, gotowych wypełnić każdy jego rozkaz. Byli to emerytowani jak on biali żołnierze, emerytowani policjanci i oficerowie służb bezpieczeństwa, biali farmerzy i w ogóle ci z białych, stanowiących jedną piątą ludności kraju, którym wcale nie spieszyło się, by znaleźć się pod rządami czarnoskórych.

Idą nowe porządki

Na pierwsze wolne wybory, które mogły zakończyć się jedynie przejęciem władzy przez czarnych (trzy czwarte ludności), zgodził się rok wcześniej biały rząd. Wcześniej, na początku 1990 r., podjął z czarnoskórymi rokowania o podziale władzy i demontażu apartheidu oraz uwolnił z więzienia ich przywódcę, Nelsona Mandelę, którego trzy lat wcześniej skazał na dożywocie za działalność wywrotową. Do rozmów z czarnymi zachęcił białe władze upadek komunizmu w Europie oraz kres zimnej wojny, w której południe Afryki, jak wiele innych krajów i regionów na świecie, pełniło rolę zastępczego pola bitwy w globalnej rywalizacji między komunistycznym Wschodem a kapitalistycznym i demokratycznym Zachodem.

Nie wszyscy biali w RPA, zarówno Afrykanerzy, Burowie, jak i potomkowie Brytyjczyków, którzy osiedli tu po nich, zgadzali się na nowe porządki. Najbardziej nieprzejednani nie chcieli niczego zmieniać. Pragnęli utrzymać apartheid i rządy nad całym krajem. Inni, uznając, że segregacji rasowej nie da się utrzymać, uważali, że jedynym sposobem, by nie dostać się pod rządy czarnych, będzie wykrojenie z RPA mniejszego państwa, dla białych, w którym stanowiliby oni większość ludności. Wskrzeszona burska republika mogłaby w ogóle narodzić się jako jedno z wielu narodowych państw, powstałych ze starej Republiki Południowej Afryki – własne państwo na wschodnich wybrzeżach i w Górach Smoczych mogliby założyć Zulusi, najliczniejsi z czarnoskórych, na południu – Khosowie, z których wywodziła się większość czarnoskórego ruchu wyzwoleńczego z Mandelą na czele, na północy – Tswanowie, w centrum – Sotho.


CZYTAJ WIĘCEJ

STRONA ŚWIATA to autorski serwis Wojciecha Jagielskiego, w którym dwa razy w tygodniu reporter i pisarz publikuje nowe teksty o tych częściach świata, które rzadko trafiają na pierwsze strony gazet. Wszystkie teksty są dostępne bezpłatnie. CZYTAJ TUTAJ →


Wskrzesiciele republiki burskiej wiedzieli, że ani biały rząd, ani sposobiący się do władzy Mandela i jego ruch wyzwoleńczy, Afrykański Kongres Narodowy, nie zgodzą się na wstrzymanie demontażu apartheidu ani na rozbiór RPA na mniejsze państwa. Wierzyli jednak, że przed faktem dokonanym może postawić ich zdominowane wciąż przez białych wojsko, policja i służby bezpieczeństwa. Liczyli, że wojsko może dokonać przewrotu i wywrócić do góry nogami „okrągły stół”, przy którym Mandela i ostatni biały prezydent Frederik de Klerk dzielili między siebie przyszłą władzę i kraj. Ceną, jaką gotowi byli za to zapłacić, była nawet krótka, lecz zwycięska – co do tego nie mieli żadnych wątpliwości – wojna domowa. Na to właśnie liczyli organizatorzy najgłośniejszego politycznego mordu w najnowszej historii RPA, którzy tuż przed Wielkanocą 1993 r. zamordowali Chrisa Haniego (zabójcą był Janusz Waluś, polski emigrant), jednego z przywódców czarnej większości, wierząc, że w odwecie czarni zaczną mordować białych, wojsko dokona zamachu stanu, wybuchnie wojna domowa, która położy kres demontażowi apartheidu.

Przeciwnicy de Klerka i jego rokowań z Mandelą uważali białego prezydenta za zdrajcę i tchórza, który zbyt łatwo uległ naciskom Zachodu i z niepotrzebnym pośpiechem godził się oddać władzę czarnym, nie przygotowawszy wcześniej przyszłości dla białych, zwłaszcza rodaków, Afrykanerów/Burów, „białego plemienia Afryki”. Z wyjątkiem niechęci do de Klerka w pozostałych sprawach przeciwnicy białego prezydenta byli jednak podzieleni – zarówno przyszłości, jak przeszłości, apartheidu oraz republiki burskiej, i przegrywali kolejne polityczne batalie. W 1992 r. przegrali rozpisane przez de Klerka referendum w sprawie prowadzonego przez niego demontażu apartheidu. W 1993 r. zamach na Haniego, zamiast wywołać wojnę domową, wymusił na białych władzach wyznaczenie konkretnego terminu pierwszych wolnych wyborów. Godzina, w której RPA miała przejść pod panowanie czarnych, zbliżała się z każdym tygodniem.

Na czele Volksfrontu

Właśnie wtedy na polityczną scenę RPA wkroczył emerytowany generał Constand Viljoen. Całe życie spędził w wojsku i na wojnach. Wsławił się podczas inwazji zbrojnej RPA na Angolę (1975-88), gdzie sam uczestniczył w walkach. W 1980 r. został dowódcą całego południowoafrykańskiego wojska. W 1985 r., jako 55-latek, przeszedł na emeryturę i osiadł na rodzinnej farmie we wschodnim Transwalu, dzisiejszej prowincji Mpumalanga (Kraj Wschodzącego Słońca). Do powrotu z emerytury namówili go towarzysze broni, emerytowani generałowie z wojska, policji i wywiadu, którzy przekonali go, by stanął na czele założonego przez nich Afrykanerskiego Frontu Ludowego, Volksfrontu, który miał walczyć o odrodzenie republiki burskiej i uwolnić Afrykanerów i białą prawicę od opinii rasistowskich jaskiniowców i faszystów, na jaką ciężko zapracowali biali fanatycy.

W marcu 1994 r., na miesiąc przed wyznaczonymi wolnymi wyborami, po których RPA miała przejść we władanie Mandeli, ANC i czarnoskórej większości, Viljoen mógł liczyć na sto tysięcy białych, obytych z bronią, przemocą i wojną ochotników, a także Zulusów z partii Inkatha wodza Mangosuthu Butheleziego, marzącego o restytucji zuluskiego królestwa. Viljoen zawarł z Zulusem Przymierze Wolności, do którego przystąpił też wódz Tswanów Lucas Mangope, przywódca marionetkowego bantustanu Bophuthatswana, któremu białe władze przyznały nieuznawaną przez nikogo niepodległość. Mangope też chciał rozbioru RPA, dzięki któremu mógł zachować władzę i zyskać własne państwo. Do Przymierza przystał też Joshua „Dziadek” Gqozo, wojskowy dyktator bantustanu Ciskei, utworzonego jako rezerwat dla Khosów, ludu rodaków Mandeli.

Szykując się do wolnych wyborów, zwolennicy Mandeli nie zamierzali cierpieć dłużej sobiepaństwa namaszczonych przez białych kacyków. W marcu mieszkańcy Bophuthatswany podnieśli bunt przeciwko wodzowi Mangopemu, który nakazując bojkot południowoafrykańskich wyborów wykluczał tym samym swoich poddanych z pierwszych wolnych na południu Afryki wyborów. W Mmabatho i Mafikengu doszło do rozruchów, a z pomocą dla buntowników ruszyli zwolennicy Mandeli z całej RPA. Mangope wezwał na odsiecz sojuszników z Przymierza Wolności. Nie wzywał nawet Zulusów, lecz generała Viljoena i jego burskie komanda.

Na nieszczęście dla Mangopego, zanim Viljoen ze swoim ludźmi zjechał ze wschodniego Transwalu do Bophuthatswany, do Mmabatho i Mafikengu wkroczyli biali fanatycy z położonego tuż tuż zachodniego Transwalu, bojówkarze Afrykanerskiego Ruchu Oporu (AWB), których generał nazywał pogardliwie „niedzielnymi kowbojami”. Urządzili w Bophuthatstwanie  „polowanie na czarnuchów”, czym zrazili do siebie zarówno nienawidzących ich deomonstrantów, jak podległą Mangopemu policję, której szli niby na odsiecz. Policjanci zastrzelili w Mmabatho trzech „niedzielnych kowobojów”, a pozostali uciekli przez linczem ze strony czarnych oraz rządowym wojskiem i policją, które wkroczyły do Bophuthatawany i rozwiązały bantustan. Wkrótce sytuacja, według prawie identycznego scenariusza, tylko bez udziału już skompromitowanych „niedzielnych kowbojów”, powtórzyła się w Ciskei. Zniesmaczony „niedzielnymi kowbojami” Viljoen wystąpił z Sojusz Przymierza i Volksfrontu. Ogłosił, że zakłada nową, własną partię, Front Wolności.

Przed buntem w Bophuthatswanie Viljoen chwalił się, że na czele swojego burskiego pospolitego ruszenia oraz ze sprzyjającymi im białymi żołnierzami oraz policjantami, pozostającymi na rządowej służbie, mógłby, gdyby tylko zechciał, w jedno popołudnie przejąć kontrolę nad całą RPA. „Bez dwóch zdań – przytaknął mu na to ówczesny dowódca rządowej armii gen. Georg Meiring. – Ale co zrobimy następnego dnia rano?”.

Braterskie rady

Do tego, że zbrojny zamach stanu nie rozwiąże żadnego z południowoafrykańskich problemów, przekonywał generała także jego brat bliźniak, Abraham „Braam” Viljoen, wybitny teolog. Constand, jako żołnierz, bronił państwa apartheidu. „Braam”, jako liberał z przekonania i działacz opozycyjnej, białej Postępowej Partii Federalnej Frederika van Zyla Slabberta, starał się państwo apartheidu zmienić. Działał w założonym w 1986 r. przez Slabberta Instytucie na rzecz Demokratycznej Alternatywy dla Południowej Afryki, a rok później pojechał razem z nim do Dakaru, żeby spotkać się z przebywającymi na wygnaniu towarzyszami Mandeli, przywódcami zakazanego w kraju Afrykańskiego Kongresu Narodowego. Podobnych rodzinnych historii w RPA było w tamtych czasach wiele. Afrykanerski poeta Breyten Breytenbach (laureat Nagrody Literackiej im. Zbigniewa Herberta za 2017 rok) był przeciwnikiem apartheidu i siedział za to w więzieniu, a jego starszy brat Jan, jako oficer południowoafrykańskiego wojska, podwładny Viljoena, bronił w tym czasie apartheidu przed jego zagranicznymi wrogami. Trzeci z braci, nieżyjący już Cloete, był dziennikarzem, kronikarzem RPA z czasów apartheidu i pierwszym fotografem, któremu pozwolono zrobić zdjęcie Mandeli na zesłaniu na wyspę Robben.

Bliźniacy Viljoen różnili się sprawach apartheidu, za to byli ze sobą całkowicie zgodni w sprawie niechęci i nieufności wobec de Klerka, ostatniego białego prezydenta, którego za pokojowy demontaż apartheidu w 1993 r. uhonorowano wspólnie z Mandelą Pokojową Nagroda Nobla. Bracia mieli go za polityka słabego i pozbawionego wizji, krętacza i tchórza, spełniającego bez szemrania wszystkie życzenia przywódców Zachodu, mimo że popychał w ten sposób RPA na wody niebezpiecznie nieznane, ani jej, ani jemu samemu. Niechęć braci do de Klerka podzielał też Mandela. „Z rokowań z czarnymi byłby dużo większy pożytek, gdyby ze strony białych prowadził je ktoś o równie silnej politycznej pozycji i osobowości, co Mandela” – powiedział „Braam” Constandowi, pytając, czy jako burski generał i przywódca południowoafrykańskiej, białej prawicy sam by się tego zadania nie podjął.

Generał się zgodził, a Mandela, tradycjonalista o królewskich manierach i niezwykłym wyczuciu osobowości rozmówcy, ujął Viljoena i rozbroił go, tak jak zrobił z niemal wszystkimi konserwatywnymi i niechętnymi mu zrazu politykami: Pieterem W. Bothą, poprzednikiem de Klerka, czy brytyjską premier Margaret Thatcher. Przekonał Viljoena, żeby wraz ze swoim Frontem Wolności i nieufnymi wobec nowych czasów zwolennikami wziął udział w pierwszych wolnych wyborach, i obiecał mu, że po wyborach nowy rząd, któremu będzie przewodził, zajmie się sprawą volkstaatu, republiki burskiej z prawem do samostanowienia włącznie. Viljoen się zgodził i w ostatniej chwili zgłosił swoją partię do wyborów, czym ostatecznie dał do zrozumienia pozostającym na służbie oraz emerytowanym wojskowym i policjantom, że odrzuca zamach stanu i wojnę jako sposób załatwienia południowoafrykańskich spraw. To właśnie, zdaniem wielu znawców, przesądziło, że choć południowoafrykańskiej transformacji towarzyszyły krwawe rozruchy i polityczne mordy, w których zginęły tysiące ludzi, przejście od apartheidu do demokracji nie prowadziło jednak przez wielką wojnę.

W przemówieniu wygłoszonym na zjeździe Bractwa Burskiego, Broederbondu, sekretnego stowarzyszenia afrykanerskich elit politycznych, kulturalnych i religijnych, generał miał ponoć powiedzieć o czarnoskórych żołnierzach, którymi dowodził: „Jeśli byli wystarczająco dobrzy, żeby walczyć za Południową Afrykę, to powinniśmy się zgodzić, że są również wystarczająco dobrzy, żeby w niej głosować jak każdy inny obywatel”. Za takie słowa i za decyzję o udziale w wyborach najzagorzalsi obrońcy apartheidu, którzy nazywali go dotąd swoim „Mojżeszem”, okrzyknęli go „Judaszem”. 

W tamtych pierwszych wyborach, pod koniec kwietnia 1994 r. zwyciężył oczywiście Mandela i jego Afrykański Kongres Narodowy. Front Wolności Viljoena zdobył 2,2 proc. głosów i 9 poselskich mandatów w parlamencie. Uznano to za wynik bardzo przyzwoity, lepszy niż wynik białych liberałów z Partii Demokratycznej, następczy „postępowych federalistów”, do których należał „Braam” Viljoen. Ponieważ trzy najsilniejsze partie, ANC, Partia Narodowa, twórczyni apartheidu i zuluska Inkatha utworzyły koalicyjny rząd, Front Wolności stał się oficjalną opozycją w parlamencie.


Constand Viljoen i ówczesny prezydent elekt Nelson Mandela w Parlamencie w Kapsztadzie, 9 maja 1994 r. / FOT. John Parkin / ASSOCIATED PRESS/East News

Zapaleńcy w republice burskiej

Ze sprawy volkstaatu ostatecznie nic nie wyszło. W całej RPA nie sposób było znaleźć kawałek ziemi, na którym Burowie byliby w wystarczającej większości, albo na który zgodziliby się przeprowadzić, wyrzekając swoich rezydencji i farm w Johannesburgu, Kapsztadzie czy Pretorii. „Małym, burskim Izraelem”, który obiecywał rodakom generał, stało się tylko niewielkie miasteczko Orania w Północnym Kraju Przylądkowym, dokąd przeniosła się grupa zapaleńców, by na środku pustyni stworzyć samowystarczalną i wolną od wyzysku nową republikę burską. Kiedy odwiedziłem Oranię w 1999 r., mieszkało w niej około pół tysiąca ludzi, w tym Betsie Verwoerd, wdowa po Hendriku, zamordowanym przez gońca w parlamencie premierze RPA (1958-66) i głównym architekcie apartheidu. Przeczytałem, że ostatnio miasteczko rozrosło się do dwóch tysięcy.

Rozmowy z generałem

W 2001 r. generał po raz drugi przeszedł na emeryturę, tym razem polityczną, i wrócił na swoją farmę w Mpumalandze zająć się hodowlą bydła i uprawą papryki. Już w 1999 r., gdy rozmawiałem z nim w Pretorii po raz ostatni, sprawiał wrażenie człowieka zmęczonego polityką i rozczarowanego politykami. – Nie lubię polityków. W przeciwieństwie do nich nigdy nie obiecywałem niczego, czego nie mógłbym spełnić, ani nie podejmowałem się zadań niemożliwych do wykonania – powiedział mi. – Nasi politycy okazali się skończonymi łajdakami troszczącymi się wyłącznie o swoje tyłki. Ale tacy już są politycy. W czas najtrudniejszej próby, gdy moi rodacy, Burowie, byli zagubieni i najbardziej potrzebowali przewodnika, ci, którzy mienili się politycznymi przywódcami, zawiedli. Okazali się głupcami albo tchórzliwymi zdrajcami. Nie troszczyli się też o to, co się stanie ze zwykłymi obywatelami, którzy nie mieli pojęcia, co począć. Nie idąc na wybory ze strachu czy z niewiedzy, Burowie postawiliby siebie na marginesie, uczyniliby wrogami nowej władzy i nowych porządków. Brakuje nam dziś prawdziwych przywódców. Takich jak Mandela.

Po tamtych wyborach, w 1999 r., Mandela przeszedł na emeryturę, a władzę przekazał swojemu zastępcy Thabo Mbekiemu. Viljoen stery partii przekazał młodszym, Pieterowi Mulderowi. Dziś Frontem Wolności Plus przewodzi Pieter Groenewald. Plus w nazwie partii został dostawiony z powodu kilku niewielkich partii i frakcji, które dołączyły do Frontu w ostatnich latach.

Po 1999 r. znaczenie Frontu znacznie spadło. Aż do ostatnich wyborów w 2019 r., gdy niespodziewanie zdobył 2,4 proc, głosów i pobił swój rekord z pierwszych wyborów. Zyskał na rosnącym rozczarowaniu białych nie tylko z powodu ogólnej sytuacji w kraju, ale też działalności Sojuszu Demokratycznego, kolejnego wcielenia partii białych liberałów, która usiłując zdobyć zwolenników wśród czarnej większości, zniechęciła do siebie starych wyborców.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Reporter, pisarz, były korespondent wojenny. Specjalista od spraw Afryki, Kaukazu i Azji Środkowej. Ponad 20 lat pracował w GW, przez dziesięć - w PAP. Razem z wybitnym fotografem...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

"..zarówno Afrykanerzy, Burowie,..." Co Pan wypisuje?!!!
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]