Kiedy czuje się w domu?
„Wtedy gdy mogę zdjąć maski. Nie chodzi o maski obłudy, ale te związane z kulturą, konwenansem, także te, które nakładamy, będąc w gościnie, kiedy uważamy na to, co mówimy, bo nie chcemy nikogo dotknąć. Oczywiście kultura, delikatność zawsze obowiązują, ale w domu jest luz” – mówił w wywiadzie.
A innym razem: „Tam, gdzie rozbiję swój namiot, jestem w domu”.
I jeszcze: „Trzeba mieć duszę koczownika. Rozstawiam namiot, jutro go zwijam, idę dalej… Wtedy nie da się mieć zbyt wielu rzeczy”.
W Krakowie – mieście, do którego przeprowadził się w 1964 r. i z którego ciągle wyjeżdżał: do Paryża, Rzymu, Brazylii, wielu innych miejsc na świecie – rozstawił niejeden namiot.
Krakowscy radni przyznali ks. Adamowi Bonieckiemu właśnie tytuł Honorowego Obywatela Miasta Krakowa. Dobry moment, by zajrzeć w te miejsca, które stały się jego domem.
Mieszkanie na Woli Duchackiej, ul. Przykopy 75
– Jaki jest plan? – pyta od razu, gdy podjeżdżamy pod ganek Domu Pomocy Społecznej, w którym teraz mieszka.
Anna Goc: – Może zaczniemy od Woli Duchackiej?
– Tak! Tam nie byłem od dawna.
– Pamięta ksiądz dokładny adres? – pyta Marcin Tusiński, ustawiając nawigację.
Ks. Adam Boniecki: – Przykopy 75.
– Jaki to był dom?
– Drewniany, w zakopiańskim stylu. Stał niedaleko cmentarza, wokół którego spacerowałem. W Zaduszki światła z grobów rozświetlały pokoje. Wynajmowałem tam poddasze. Mili właściciele, państwo Kumelowscy, w tygodniu zwykle nieobecni, wracali na weekendy – opowiada. – Raz przywieźli znalezionego gdzieś kota. Schował się od razu pod ławkę, ale gdy wszyscy wyjechali i w domu zrobiło się cicho, wyszedł do mnie. Nakarmiłem go, napoiłem, zaprzyjaźniliśmy się. Codziennie czekał na mój powrót przy furtce.
– Zabrałeś go, wyprowadzając się?
– Drewniany dom przyciągał w mroźne wieczory wszystkie myszy z okolicy. Wystarczyło zgasić światło, by usłyszeć szmer zjadanego papieru. Kot polował na myszy. Musiał się nimi zatruć, bo biedak umarł przy moim łóżku. Tędy? Pojechałbym prosto!
Marcin: – Też się zdziwiłem, że nawigacja tak nas prowadzi.
Ulica Przykopy jest wąską dróżką, zakończoną wjazdem na plac handlowy. Mijamy odrestaurowany dworek, prywatną przychodnię, nowe bloki. Drewnianego domu w stylu zakopiańskim nie ma.
– Czy to jest Przykopy 75?
– Tak.
– Cholera, niczego tu już nie rozpoznaję. Nawet dróżek wokół cmentarza – mówi ks. Adam. – Zwykle podjeżdżałem samochodem z innej strony miasta.
Krążymy. Próbujemy objechać cmentarz. Pytamy. Drewnianego domu w stylu zakopiańskim nikt nie pamięta.

Kilka dni później Ziemowit Pochitonow, syn współwłaścicielki, wyjaśnia zagadkę. Zbudowany z modrzewiowych bali w 1923 r. dom stoi na Woli Duchackiej do dziś. – Teraz, po zmianie nazw ulic, jest przy Dobczyckiej 1 – mówi.
Pochitonow wspomina, że gdy ks. Adam zajął w 1974 r. poddasze, on pomieszkiwał na parterze. – Od maja 1977 do domu przyjeżdżali studenci z duszpasterstwa i młodzi zaangażowani później w SKS i KOR. W czasie jednej z rewizji ubecy byli zdziwieni, gdy ks. Boniecki zszedł nagle na dół. Zapytali, skąd się wziął, bo obstawili wszystkie drzwi. Odpowiedział z uśmiechem, że wszedł przez komin.
I dodaje: – Ćwiczył na mnie kazania, pożyczał książki, których zawsze miał dużo, zwłaszcza prawie niedostępne w Polsce wydawnictwa paryskiej „Kultury”. No i miał lepsze niż moja Jowita, chyba estońskie, radio, które nieźle zbierało fale „Wolnej Europy”.
Anna: – To musiał być intensywny czas: KOR, SKS…
Ks. Boniecki: – Wojtek Onyszkiewicz zaprosił mnie do KOR. Miałem zgodę zakonnego przełożonego, ale Turowicz powiedział, że „wszyscy nie mogą robić wszystkiego”. Byłem blisko tego środowiska: i w Krakowie, i w Warszawie. To byli ludzie, którzy próbowali coś robić w tym biernym świecie.

Uniwersytecka kolegiata św. Anny
Wracamy do centrum, samochód zostawimy przy ul. św. Anny. W zasięgu kilkuset metrów jest uniwersytecka kolegiata św. Anny, gdzie dwa razy w tygodniu spotykali się na mszy i konferencjach członkowie Duszpasterstwa Akademickiego św. Anny. Boniecki organizował im spotkania z wybitnymi intelektualistami, ale też mobilizował do działalności charytatywnej.
Wchodzimy do kościoła. – Mój konfesjonał – ks. Adam zatrzymuje się w bocznej nawie po prawej. – Po drugiej stronie spowiadał zwykle biskup Jan Pietraszko. Powiedział mi: bądź, czekaj, ludzie przyjdą.
Mijamy ołtarz boczny. – Tu odbywały się konferencje dla studentów. Jeśli się przedłużały, zakrystian, pan Antoni, ciskał kluczami i trzaskał szufladami – opowiada.

Z ulicy Św. Anny skręcamy w Jagiellońską, dochodzimy do Plant.
Marcin: – Jak się ksiądz czuje, gdy tak podróżujemy po czasach przeszłych?
– Ta podróż jest sentymentalna, ale nie gorzka. Mam z tych miejsc dobre wspomnienia. Dobrze mi się trafiło.
Historyczna siedziba redakcji „Tygodnika Powszechnego”, ul. Wiślna 12
Gdy pierwszego dnia wszedł na Wiślną 12, miał wrażenie, że znalazł się w „krakowskim mieszkaniu, a nie w redakcji”.
Był 1964 r. Od tamtej pory z reporterską pamięcią do szczegółów opisywał to miejsce i ludzi, którzy je tworzyli. Miękki głos Jerzego Turowicza i zawsze otwarte drzwi do jego gabinetu. Skupienie Jerzego Kołątaja, który na szkolnej tablicy rysował plan numeru. Powiedzonka, jak „cmentarzyk”, bo tak Władysław Bartoszewski nazywał swoją stałą rubrykę „Zmarli”. Rytuały: „Panie pułkowniku, to były żarty” – padające co jakiś czas w trakcie zebrania zdanie, które wypowiadający kierował w stronę ściany, bo wszyscy sądzili, że tam zamontowany jest podsłuch.

Stajemy przed wejściem do kamienicy. Tabliczki „Tygodnik Powszechny” nie zdjęto po tym, jak abp Marek Jędraszewski wypowiedział redakcji umowę najmu w kurialnej kamienicy.
Wchodzimy po skrzypiących schodach, zaglądamy do środka naszej dawnej siedziby przez dziurkę od klucza. Pusto.
– Co palisz? – pyta Marcina ks. Boniecki, gdy wychodzimy na ulicę.
Marcin: – Cygaretki.
– Okropne, ale coś palić trzeba.
Mieszkanie Anny i Jerzego Turowiczów, ul. Lenartowicza 3
Podjeżdżamy na Lenartowicza 3. Stajemy przed niską furtką, której wtedy – w latach 60., gdy ks. Boniecki tu mieszkał – nie było.
Odchylamy się lekko, by spojrzeć w okna na trzecim piętrze.
– Do Krakowa zaprosił mnie Wojtyła, ale nikt nie pomyślał, gdzie mam zamieszkać. Mieszkałem przez chwilę na Szewskiej, z innymi księżmi. Przydzielili mi przechodni pokój i rozpaczliwie szukałem innego lokum. Wtedy Turowicz zapytał, czy nie znam jakiegoś studenta, któremu mógłby wynająć pokój. Zaproponowałem nieśmiało siebie.

Odkąd tu zamieszkał, stałymi bywalcami mieszkania byli studenci z Duszpasterstwa Akademickiego. – Gdy przychodzili, pani Anna z Jerzym wycofywali się do pokoju w głąb. Ludzie siadali na paczkach ze związanych gazet, dziewczyny robiły w kuchni kanapki, gadaliśmy.
Marcin: – Jaki to był dom?
– Siadaliśmy w kuchni przy stole i czasem czytaliśmy wiersze do późnego wieczora. Wszyscy byli naturalni i serdeczni. Pani Anna mówiła na mnie „mały”. Jerzy przychodził czasem i pytał, czy nie mam książki, którą on też co prawda ma, ale nie pamięta gdzie. To była głęboka więź, która kształtowała się latami. Nadal jestem w przyjaźni z ich dziećmi: Elżbietą i Magdaleną, choć za rzadko się widujemy.

Stary Kleparz
Parkujemy przy parafii św. Floriana, gdzie ks. Adam odprawiał msze. Mężczyzna w budce parkingowej uśmiecha się, a gdy pytamy, ile się należy, odpowiada: „z Bogiem” i jeszcze: „ukłony dla księdza Adama”.
Deszcz uderza o plastikowe zadaszenia straganów. Przy stoisku z kapeluszami pani Zofia ściska ks. Adama i zaczyna opowiadać.
– Cieszę się, że ksiądz nas odwiedził. Nawet dzisiaj mówiłam mężowi: o, jaka szkoda, tak długo nie widziałam księdza Bonieckiego. Wie ksiądz, mieszkam w Krakowie od pięćdziesięciu sześciu lat. Przyjechałam tu, gdy miałam czternaście. A teraz wyprowadziłam się poza miasto, do domu po rodzicach na wsi. I niech ksiądz zobaczy, ile się pozmieniało. Pełno obcokrajowców, wynajmują budki, sprzedają towary zagraniczne.
Ks. Boniecki: – Ale pani trwa.
– Pamięta ksiądz pana Andrzeja? Tego, który tu obok sprzedawał rzeczy z plastiku, talerzyki różne? Zmarł. Wielu ludzi zmarło, którzy tu pracowali. Modlę się za nich.
– Ma pani jeszcze czapeczki, jak kiedyś? – pyta ks. Adam, przymierzając plastikowy odlew kapelusza.
– Mam. I pamiętam, jak ksiądz je dawniej kupował, a potem ciągle gubił.
– Ksiądz przychodził tu po grejpfruty, chciałem się przywitać – mówi sprzedawca z kiosku prasowego i pokazuje jubileuszowe wydanie „Tygodnika Powszechnego” sprzed sześciu lat, wydane na 85. urodziny ks. Bonieckiego. – Jak zobaczyłem, że ma iść na makulaturę, wykupiłem wszystko – dodaje.
Burza mija. Wracamy z Kleparza.
– Wszystko się pozmieniało – mówi ks. Boniecki.

Mieszkanie przy ul. Basztowej 3
Brama jest otwarta, czyste podwórze, kręta klatka schodowa. Obwieszony obrazami przedpokój. Kurpiowskie wycinanki, grafiki, zdjęcie wykutej w kamieniu przez Annę Grocholską drogi krzyżowej. Sporo tu karykatur, dwie oprawione okładki: „wSieci” i „Do rzeczy” z niepochlebnymi tekstami o Bonieckim.

W pokoju na wersalce, krzesłach i fotelach rozsypanych wokół dębowego biurka – pudła z zapiskami i listami. Popielniczka, wyciory do fajki i ulubiony tytoń Da Vinci. Na regałach książki: Tischnera, Tokarczuk, Vetulaniego, Pilcha, Ligockiej. W kącie pokoju rzeźba Matki Boskiej.
Marcin: – Cicho tutaj. Cisza jest ważna?
– Cisza jest bardzo ważna.
Marcin: – Na ciszę trzeba mieć odwagę, prawda?
– Na hałas też trzeba mieć odwagę. Zawsze trzeba mieć trochę odwagi. Dopóki człowiek nie wysiądzie na umyśle. Chociaż nawet wtedy trzeba.
Marcin: – Co ksiądz tutaj robi?
– Segreguję listy, które składałem przez lata. Chcę zostawić część z nich w redakcji. Osobistych zostawić nie mogę, więc je przeglądam i wyrzucam. Wszystkie są mi bliskie, ale każdy inaczej. Są ludzie, którzy pisali do mnie, choć ich nie znałem. Listy tych, którzy nie żyją.
Marcin: – To trochę sentymentalne?
– Ani nie sentymentalne, ani nie intelektualne. To rachunek sumienia, zwłaszcza wobec tych nieodpisanych listów. Należałoby usiąść i napisać dłuższą wiadomość do tych ludzi.
Klasztor kamedułów na Bielanach
Opisał to miejsce w jednym z tekstów na Boże Narodzenie.
„Wieże kościoła i kawałek dachu są doskonale widoczne z daleka, stąd widać tylko ślepą ścianę i bramę. Szarpnięcie za sznur dzwonka i z okienka w bramie głos pytający (głos słychać, osoby nie widać), kto przychodzi i po co. Jestem umówiony, wystarczy nazwisko. Wtedy się zjawia brodaty zakonnik w białym habicie. Otwiera bramę. Wjeżdżam na porośnięty trawą przestronny plac przed zamkniętym na głucho kościołem”.
Tym razem parkujemy poza murami i wspinamy się na Srebrną Górę. Czekamy pod drewnianą bramą. Szarpiemy za sznur dzwonka, w końcu drzwi uchylają się, biały habit i długa broda zakonnika są widoczne tylko przez ułamek sekundy.
Za bramę wchodzą ks. Adam i Marcin, kobiety mogą tylko w wybrane dni, dwanaście razy w roku.
Zakonnik wita się z ks. Bonieckim serdecznie, jakby mieszkali razem od zawsze. Stają przed fasadą kościoła Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Dzień jest deszczowy, światło miękkie. Widać Beskidy.
Marcin: – Zazdroszczę im tego widoku.
Ks. Adam: – Ludzie, którzy są tu zamknięci przez całe życie, przyzwyczają się do niego. To trudne, wielu rezygnuje.
W świątyni jest półmrok. Ks. Adam prosi o chwilę. – Teraz się pomodlimy – mówi. Milczy. Potem wspomina nocne odmawianie brewiarza z mnichami. Przez wiele lat to było jego miejsce rekolekcji.
„Rekolekcje w kamedulskim eremie to jak wyjście na pustynię” – pisał w „Tygodniku”.
Marcin: – Co to znaczy: modlić się?
– Modlitwa jest obcowaniem z Bogiem, bez słów. W tym jednym słowie zawiera się wiele stanów. Może być modlitwa człowieka, który stracił wiarę. Modlitwa świętego, który modli się gorąco. Poczucie obecności Boga. Poczucie nieobecności Boga. Dla mnie modlitwa to coraz mniej słów, a więcej miejsca na przeżywanie Boga.
Zatrzymujemy się nad kamienną tablicą, wmurowaną w podłogę kościoła. – „Domine noli me condemnare” – mówi cicho ks. Adam. – „Panie, nie chciej mnie potępić”.
– Przyjeżdżam tutaj, żeby zastanowić się nad swoim życiem i nad swoją śmiercią – mówi, gdy wracają. – Bycie tutaj było mi potrzebne. Wracałem stąd, jakbym wracał z innego świata.

MARIA DE BARBARO, psychoterapeutka: Mieszkałam z Magdaleną, z którą się przyjaźniłyśmy, w jej pokoju. Pani Anna wspaniale gotowała – proste posiłki w jej wykonaniu były wykwintne. Zapamiętałam jej portret pędzla Witkacego, cały w pajęczynach.
Boniecki miał w domu Turowiczów swoje miejsce. To było jego terytorium w obrębie ich terytorium. Na środku pokoju stało biurko, przy ścianach regały z książkami. Miał zawsze ogromny ład. Kiedy odwiedzali go młodzi i robili bałagan, po ich wyjściu wszystko porządkował, ustawiał rzeczy na swoje miejsca. Natomiast łazienka była przestrzenią niewydzieloną. Nad wanną wisiały na sznurku biustonosze, majtki, rajstopy. Adam żartował, że to test jego kapłaństwa.
BOGUSŁAW SONIK, polityk, działacz opozycji demokratycznej w PRL: Ks. Adama poznałem w 1977 r., gdy powstał Studencki Komitet Solidarności. Byliśmy młodą opozycją. Boniecki, starszy nieco od nas, okazał nam zainteresowanie i życzliwość. Chciał wiedzieć, kim jesteśmy, jak myślimy, dlaczego podejmujemy działalność. Chodziliśmy do „Tygodnika”, by porozmawiać i dostać egzemplarz pisma, którego nie było wtedy w kioskach. W domu na Woli Duchackiej drukowaliśmy bibułę i ulotki. Kiedy lokal został zdekonspirowany, mieliśmy tam spotkania otwarte Towarzystwa Kursów Naukowych, m.in. z Antonim Macierewiczem, Jackiem Kuroniem i Adamem Michnikiem. Pamiętam, że to tam odbyła się dyskusja wokół książki „Kościół, lewica, dialog”.
STANISŁAW KRACIK, wiceprezydent Krakowa: Duszpasterstwo było odkrywaniem nowego obrazu chrześcijaństwa. Adam uruchomił młodych do pomagania osobom z niepełnosprawnościami, samotnym, opuszczonym. Pokazał nam, że nie chodzi o klepanie paciorków. Zorganizował akcję „Mieszkanie dla Róży” – dziewczyny, która mieszkała w DPS-ie, w szesnastoosobowej sali i miała tylko maszynę do szycia. Dzięki składce studenckiej pomagaliśmy jej się przenieść do mieszkania, które Adam dla niej zorganizował. Dawał nam ciągle okazję do robienia dobrych uczynków.
ANDRZEJ BARAŃSKI, prezes Herbewa: Poznaliśmy się, gdy byłem studentem. Odszedłem od Kościoła, wiary. Dzięki Bonieckiemu wróciłem. Najpierw chodziłem na jego msze, potem do mieszkania Turowiczów. Adam mówił do nas zupełnie inaczej niż księża, których znałem. Czuło się, że nie jest urzędnikiem kościelnym, tylko człowiekiem Boga. I świetnym alpinistą. Gdy wyprowadzał się z krakowskiej parafii św. Floriana, zaproponowałem, by zamieszkał przy Basztowej, skąd miał blisko do redakcji.
MICHAŁ OKOŃSKI, redaktor „Tygodnika”: Zanim w 1999 r. odziedziczył gabinet naczelnego, w zasadzie nie miał w redakcji własnego miejsca. Na Wiślnej wchodził do tzw. środkowego pokoju, przysiadał byle gdzie, czytał teksty, rozmawiał. Większe rzeczy pisał wieczorami w domu, ale jak było trzeba skomentować coś na szybko, robił to bez żadnych ceregieli i najsprawniej z nas wszystkich. Zgodnie z tym, co mówił o duszy koczownika, nie urządzał przestrzeni wokół. Gdziekolwiek go odwiedzałem – także w Rzymie, gdzie urzędował jako generał marianów – mój wzrok przyciągało tylko zdjęcie jego mamy.
Dodatek do „Tygodnika Powszechnego” 23/2025
Redakcja: Anna Goc, Marcin Tusiński
Proj. graf.: Marek Zalejski
Skład: Andrzej Leśniak
Opieka wydawnicza: Anna Pietrzykowska
Partnerami wydania są Miasto Kraków, Miasto Gdańsk, Miejskie Przedsiębiorstwo Energetyki Cieplnej S.A. w Krakowie, Pekao Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych oraz Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















