Mnie też św. Walenty długo nie kojarzył się z zakochanymi. Miał inną rolę, aż go żałowałem: biedny, biedny św. Walenty. Był rzymskim kapłanem, lekarzem, męczennikiem za wiarę. Ścięty 14 lutego 269 r. Biedny, bo odpowiedzialny za cudowne uzdrowienia. W Polsce czczono św. Walentego jako patrona ludzi chorych na dżumę, podagrę, choroby nerwowe i psychiczne, a przede wszystkim chorych na epilepsję, nazywaną także chorobą św. Walentego.
Podobno jeszcze na przełomie XIX i XX wieku na wsiach odbywały się procesje, podczas których składano woskowe wota, m.in. wyobrażenia różnych organów i części ciała – serca, nóg, rąk, szczęk. Podobno też w czasie procesji zgarniano i przykładano do chorych miejsc kurz z ławek i innych sprzętów kościelnych. Odlewano także wielkie świece wotywne – wysokości chorego człowieka – i w dniu świętego zanoszono je do kościoła.
Z tych praktyk nie pozostało dziś wiele. Nie sądzę, by gdziekolwiek na świecie zbierano kurz i wcierano go w chore miejsca, choć wszystko jest możliwe. Wiara we wszechmoc Boga jest bardzo bliska magii, zapomina się o tym, kim jest Bóg. Pan Jezus często mówił ludziom, których uzdrawiał, że uzdrowiła ich wiara, nie On: „Wiara twoja cię uzdrowiła”. Cuda się zdarzają, ale czy woda z Lourdes lub innego sanktuarium leczy? Czy na pewno woda? Czy nie wiara tego, który został uzdrowiony, może wiara otoczenia? Nie wiem. Nie ma jednak takiej wody, takiej figury, takiego cudownego miejsca, które by działało jako cudowny lek zawsze i na wszystko.
Zwykliśmy patrzeć na wiarę magicznie. Zalecenia Kościoła czasem też nabierają dla nas mocy magicznej. Pozostanie przy chorym, niekoniecznie przecież umierającym, w niedzielę, z pewnością jest ważniejsze niż pójście na niedzielną mszę św. To mniej więcej wiemy, ale że jest mnóstwo innych racji, które nas z tego obowiązku zwalniają, już mniej nam wiadomo. O zakazach postnych, codziennej modlitwie (odklepywanej, bo trzeba), o niedzielnym wypoczynku, dzieleniu się tym, co się posiada, poświęcaniu czasu tym, którzy go od nas potrzebują, o przebaczaniu i tak dalej, mamy słabe wyobrażenia. Może zbliżone do ewangelicznych są nasze zwyczaje, ale – powiedzmy to wyraźnie – od nich różne. Urządziliśmy się jakoś w tym świecie, tylko wstrząsy nas budzą i to na krótko. Jezus mówił o niesieniu krzyża na każdy dzień, my wolimy raz do roku nosić woskowe członki na procesji. Może nie dosłownie, ale taka bywa nasza religijność. Z tego, co wtórne, często z produktów określonej (minionej) epoki, a nie z nauki Chrystusa, budujemy naszą religijność.
Odnoszę wrażenie, że obecny papież chce oczyścić wiarę z tego, czym obrosła. Obrastała przez stulecia i oczywiście nie oczyści się jej z dnia na dzień. Zawsze jest groźba, że wyrzucać będziemy coś, co należy do istoty wiary, a chronić będziemy coś, co jest produktem czasu i wcale nie zostało objawione. Dlatego potrzebny jest długi czas oczyszczania. Oczyszczenie jednak nie tylko nadejdzie, ale już się dokonuje, bierzemy w tym udział, niekoniecznie zawsze zdając sobie z tego sprawę. Podejrzewam, że jest to proces, który nie ma końca tu na ziemi, że jego zakończenie jest po drugiej stronie rzeczywistości. Jeśli zostaliśmy stworzeni dla nieba, to w niebie. Niemniej oczyszczanie wiary z rozmaitych bzdur jest ważne, wręcz konieczne. Byle pośpiech nas w tym dziele nie zgubił.
Biedny, biedny św. Walenty, dźwiga te wszystkie nasze prośby i intencje uzdrowienia – nieogarniony bezmiar nieszczęścia. Niech sobie choć raz w roku przy zakochanych odpocznie.
„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















