Nowojorskie Brighton Beach, pełne kaukaskich grillów i knajpek z pielmieniami, bywa nazywane Małą Odessą ze względu na żyjącą tam diasporę różnych nacji z byłego Związku Radzieckiego. I doczekało się wielu filmowych portretów, chociażby u Jamesa Graya.
Tam właśnie mieszka tytułowa Anora, młoda pracownica seksualna z nowego filmu Seana Bakera, a podstawowa znajomość rosyjskiego bardzo jej się przyda, kiedy trzeba będzie obsłużyć zepsutego synalka oligarchy. Dla reżysera stanowi to elektryzujący punkt wyjścia, by raz jeszcze opowiedzieć o ludziach z tak zwanego półświatka – bez paniki moralnej, za to z komediowym szwungiem. Ale i z dyskretnym namysłem nad tym, co jest prawdziwą deprawacją.
Bohaterem „Red Rocket”, poprzedniego filmu Bakera, był emerytowany, oczywiście tylko w cudzysłowie, gwiazdor porno, który wraca po latach branżowych sukcesów i ekscesów do rodzinnego miasteczka. Wiele było podskórnej goryczy w tym „różowym” obrazie z posypką czarnego humoru. Przede wszystkim brutalna diagnoza współczesnej Ameryki, turbokapitalizmu, kultu męskości, narcystycznej kultury.
„Anora” takich ambicji z pozoru nie przejawia. Wygląda niczym komedia romantyczno-erotyczna z awanturniczym skrętem, psychologicznie naskórkowa, dziejąca się wyłącznie tu i teraz. Słychać w takiej klasyfikacji zarzut, bo jakże to – największe trofeum na najbardziej snobistycznym festiwalu otrzymuje frywolna wydmuszka, bez zaangażowanego przesłania czy wywrotowej formy. W przeszklonej willi rosyjskiego miliardera, w autentycznej scenerii nocnych klubów i klimatycznej dzielnicy nad Atlantykiem toczy się opowieść wyjątkowo „nieprestiżowa” – i dopiero finał wybija z krotochwilnego nastroju. Zaczynamy rozumieć, czemu reżyser bardziej powołuje się na „Cabirię” Felliniego niż na „Pretty Woman”.
„Anora” ma tyle wspólnego z bajką o Kopciuszku, który sprzedaje swoje ciało i wreszcie trafia na księcia, ile „The Florida Project” miała w sobie z pastelowej bajki o dzieciach śmieciach tworzących sobie własny Disneyland. Podobnie jak w tamtym filmie, Baker serwuje nam długą, ekscytującą i beztroską jazdę, zanim ukłuje znienacka w samo serce. Wcześniej każe imprezować i używać wraz ze słodką Ani i Wanią, lekkomyślnym „bananem” przepuszczającym rodzicielskie rublodolary.
Aż nagle, głównie dla kaprysu, bierze z dziewczyną ślub w Las Vegas, ściągając na siebie gniew oligarchicznej familii. Rozpoczyna się wtedy innego rodzaju komedia. A raczej wielka draka w stylu braci Coenów, z udziałem ormiańsko-rosyjskich „goryli”. Próbują oni przekonać Anorę do unieważnienia małżeństwa, a właściwie spacyfikować jej słuszny opór i gniew. Długo też nie bardzo wiadomo, co jest stawką w tej grze: szczeniackie, ale jednak szczere uczucie, jej albo jego wolność, czy może zwycięstwo nad wszechobecną transakcyjnością i cynizmem. Baker potrafi igrać z oczekiwaniami.
Dostarcza przy tym wiele filmowej frajdy i stało się to znakiem rozpoznawczym dla twórcy „Mandarynki”, bez względu na ciężar podejmowanych przez niego tematów. Chodziło często o różne formy wykluczenia, ze względu na rasę, tożsamość płciową, sytuację ekonomiczną. Samą pracę seksualną ukazywał Baker w prowokacyjny sposób – jako splot życiowej konieczności i chwilami całkiem udanej zabawy, zepchniętej na społeczny margines przez zbiorową hipokryzję. Zabawy tym bardziej podejrzanej, że w istocie była obsypanym brokatem ciemnym zwierciadłem, podsuwanym w jego kinie „zdrowemu” społeczeństwu. Stawiane tam pytania o uczciwość czy lojalność nie dotyczyły wyłącznie branży erotycznej i tak też jest w „Anorze”.
Co więcej, zamiast moralizatorstwa czy pokrzepienia, bije z ekranu po prostu bezwstydny wdzięk. Mimo obyczajowej śmiałości kryje się w nim coś uroczo staroświeckiego, toteż chętnie porównuje się film Bakera do zwariowanych komedii uprawianych w dawnym Hollywoodzie przez Franka Caprę, Ernsta Lubitscha czy Billy'ego Wildera. Wszyscy oni byli mistrzami opowiadania i prawdziwymi sowizdrzałami w przekręcaniu schematów związanych z ekranową romantycznością. Marzenia związane ze społecznym awansem również nie były obce ich bohaterom.
Prócz dziarskiego tempa i błyskotliwych dialogów wspomniany podgatunek, nazywany screwball comedy, wymagał idealnie trafionej obsady i pod tym względem „Anora” przynosi spełnienie absolutne. Mikey Madison gra „dziewczynę lekkich obyczajów” w podwójnym tego słowa znaczeniu, tragiczną i zabawną jednocześnie. Młodziutka aktorka, częściowo potomkini polskich Żydów, w swojej pierwszej dużej i chwilami improwizowanej roli wydobywa z Anory wszystkie możliwe tony. Od naiwności i brawury, po determinację i desperację. Chce się jej kibicować, kiedy osamotniona staje naprzeciw wszechmocnej rodziny Zacharowów, a tak naprawdę przeciwko niesprawiedliwości, pogardzie i tępej sile. W tak brutalnie urządzonym świecie jedyną jej walutą jest seks.
Ktoś powie: obrzydliwie bogaci Rosjanie nie są dziś tym, czym chciałoby się sycić oko, nawet w satyrycznym wydaniu. I Baker, unikając łatwych przerysowań i przegięć, nie pozostawia złudzeń, z jakim rodzajem ludzkim mamy tu do czynienia. Kontrowersje może natomiast budzić fakt, iż zaangażował znanych rosyjskich aktorów – Mark Eidelstein, czyli filmowy Wania, oraz Jura Borisow grający (świetnie!) jednego z wynajętych „gopników” nadal pracują w Rosji i to w reżymowych produkcjach. Pierwszy nazywany jest tamtejszym Chalametem, drugi zaś pojawi się wkrótce na rosyjskich ekranach w roli Puszkina. Zrozumiałe więc, że ich obecność na canneńskim czerwonym dywanie i Złota Palma z rąk Grety Gerwig mogły być zgrzytem, zwłaszcza dla gości z Ukrainy. Maja Kleczewska w swoich ukraińskich „Dziadach” dała widzom odczuć niemal na własnej skórze, dlaczego nie powinno się fetować rosyjskiej kultury dzisiaj.
Najwyraźniej amerykański reżyser, który swój film planował jeszcze przed pełnoskalową inwazją, nie miał nawet i potem związanych z tym dylematów. W wywiadach mówi, że interesują go „ludzkie historie”. Tyle, że ten szlachetny humanizm coraz trudniej wyabstrahować w dzisiejszym świecie od rządzących nim mechanizmów korupcyjnych, by nie rzec prostytucyjnych. I to też mogłoby stanowić ciekawy przypis do pędzącej na złamanie karku słodko-gorzkiej historii opowiedzianej w „Anorze”.
ANORA – reż. Sean Baker. Prod. USA 2024. Dystryb. UIP. W kinach od 22 listopada.
SEAN BAKER – amerykański reżyser, scenarzysta, montażysta i producent, zadebiutował filmem „Four Letter Words” (2000). Uwagę zwrócił tytułem „Take Out” (2004), a potem „Gwiazdeczką” (2012) i nakręconą smartfonem „Mandarynką” (2015). Kolejne filmy, „The Florida Project” (2017) i „Red Rocket” (2021), były sukcesami festiwalowymi, zwieńczonymi w tym roku Złotą Palmą dla „Anory”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















