„Left-Handed Girl”: ten film wybornie smakuje i rozgrzewa

Ta historia pozwala na całego zanurzyć się w drapieżnej rzeczywistości. I przedrzeć się stopniowo na jej jaśniejszą stronę.
Czyta się kilka minut
Kadr z filmu „Left-Handed Girl. To była ręka... diabła!”, reż. Shih-Ching Tsou, 2025 r. Dystryb. So Films // materiały prasowe
Kadr z filmu „Left-Handed Girl. To była ręka... diabła!”, reż. Shih-Ching Tsou, 2025 r. Dystryb. So Films // materiały prasowe

Gdyby amerykańsko-tajwańskie relacje wyglądały tak harmonijnie, jak między Seanem Bakerem a Shih-Ching Tsou, azjatycki tygrys mógłby spać spokojnie. Proszę wybaczyć to naciągane porównanie, lecz twórca „Anory” wiele zawdzięcza swojej koleżance z Tajpej – i pewnie vice versa. Była jego producentką, montażystką, współscenarzystką czy kostiumografką, a teraz on wyprodukował i zmontował jej reżyserski debiut, pomagając także przy scenariuszu.

Nic więc dziwnego, że „Left-Handed Girl. To była ręka... diabła!” jest filmem tak bardzo „bakerowskim”, choć kto wie – może to ręka Tsou odcisnęła się bardziej na twórczości amerykańskiego kolegi ze studiów? Swoją drogą, symbiotyczne (bądź pasożytnicze) relacje pomiędzy twórcami są tematem arcyciekawym i często trudnym do zgłębienia. 

Niewątpliwie pierwszy film Tsou, chociaż zrealizowany w dalekowschodniej ojczyźnie, nosi wiele podobieństw do „The Florida Project”, zarówno w temacie, jak i w tonie czy estetyce. Za to koloryt lokalny robi sporą różnicę. Aż nie chce się wychodzić z nocnego targu w Tajpej, gdzie rozgrywa się większa część „Leworęcznej dziewczynki”, jakkolwiek w tym kolorowym zgiełku dzieją się rzeczy niewesołe czy mało prawdopodobne. Patrzymy na nie jednak przez dziecięcy filtr, tak dobrze znany nam skądinąd.

Tsou i Baker stosują tę nakładkę na rzeczywistość wręcz dosłownie, wyznaczając nam na przewodniczkę małą I-Jing, wyposażoną już na wstępie w kalejdoskop pełen wielobarwnych szkiełek. Wiadomo zatem, że niby-dokumentalna sceneria tego filmu (kręconego, podobnie jak „Mandarynka” tegoż Bakera, za pomocą iPhone’ów) będzie trochę naiwną projekcją. Równocześnie spojrzenie zadziornej kilkulatki dodaje odrobinę szorstkości. 

Dziewczynka, pomagająca samodzielnej mamie (Janel Tsai) na bazarowym stoisku z kluskami, nadzwyczaj sprawnie porusza się po brutalnym świecie, gdzie nawet najbliższa rodzina jest rodzajem bezwzględnego biznesu. Na czele stoi babcia, która robi szemrane interesy z paszportami, oraz dziadek, który „śmierdzi jak zgniłe tofu” i w pełni sobie zasłużył na to dziecięce określenie – nie mogąc zaakceptować leworęczności wnuczki, zatruwa ją demonicznymi fantazjami. 

Stąd polski podtytuł „To była ręka... diabła!”, nawiązujący oczywiście do filmu Paola Sorrentina, wypełnionego podobnym realizmem baśniowym. „Left-Handed Girl” wyrosła też z osobistych doświadczeń reżyserki, której tajwański dziadek zakazywał ponoć używania „diabelskiej” ręki. Dla filmowej I-Jing leworęczność staje się przekleństwem, supermocą i rodzajem alibi dla łobuzerskiej aktywności. Szkoda tylko, że pod koniec filmu twórcy trochę zapominają o swojej rezolutnej bohaterce, przepysznie zagranej przez małą Tajwankę Ninę Ye, i „Left-Handed Girl” staje się bardziej rodzinną dramą czy zwariowaną komedią omyłek.

Siłą tego kina jest bowiem przede wszystkim żywa energia miejsca i wcale nie kolorowego dzieciństwa, które po swojemu próbuje ubarwiać i porządkować świat dookoła. W tym świecie raczej niefajnie urodzić się dziewczynką: ciągle faworyzuje się męskich potomków i to na kobiety spada cały ciężar wychowania dzieci, kiedy mężczyzna znika. Stąd Tsou opowiada głównie o matkach i córkach, włączając również nastoletnią siostrę (Ma Shih-yuan). 

Ojciec pojawia się dopiero tuż przed swoją śmiercią i, co znaczące, do samego końca pozostanie kompletnie niemy. Na dodatek w tym świecie kobiet zmuszonych do samowystarczalności kartą przetargową często bywa ich ciało. Dopiszmy do tego szerszy kontekst społeczno-ekonomiczny – nocny targ, sprzedający „wszystko” (kluski, betel, cudowne mydło i powidło), zamienia się w pigułkę rzeczywistości, którą rządzi niewidzialna ręka rynku. 

Drobną przedsiębiorczość czasem dzieli włos od drobnej przestępczości i nawet jeśli cała ta straganowa krzątanina wypada na ekranie bardzo filmowo, stoją za nią ludzkie dramaty. Dobrze chociaż, że wiecznie nieobecny mężczyzna, oprócz długów i zaległych alimentów, zostawi swoim kobietom w spadku... surykatkę. Autorzy filmu wiedzą, jak krytyczny ogląd zamienić w surrealizm. Bo świetnie ogląda się tę opowieść wtedy, kiedy ma się wrażenie, iż pisze ją leworęczna, plująca kulkami z tapioki dziewczynka. Gdy kamera pozostaje na jej wysokości, śmigając po neonowych uliczkach bazaru. 

Najlepiej, choć i najbardziej znajomo brzmi właśnie ów smarkaty wdzięk, z jakim odtwarza się w „Left-Handed Girl” śmieciowe realia i wieczną prowizorkę. Zmuszają one tych najmniej uprzywilejowanych, pozbawionych szansy na wykształcenie i dobry start, do bycia twardzielami – a raczej twardzielkami. Kiedy dzieci biorą diabelskie czy boskie sprawy w swoje ręce (patrz: „The Florida Project” czy nasi „Ministranci”), widać w całej jaskrawości, że coś fundamentalnie jest nie tak z naszym światem.

Filmom to zazwyczaj bardzo służy, trudno wszak znaleźć na ekranie większe napięcie niż w scenach z dzieckiem balansującym między beztroską zabawą a nieodległą przepaścią. Jednak zwłaszcza w finale za bardzo bierze górę „wielka draka”, czyli duch bliższy „Anorze”. Tamten film Bakera odzyskiwał na końcu swoją stawkę, rozproszoną zrazu w satyryczno-awanturniczej galopadzie; u Tsou wygrywa telenowelowe rozwiązanie rodzinnej tajemnicy i aktorska nadekspresja. 

W omówieniach „Left-Handed Girl” powraca modne ostatnio słowo „rezyliencja”, czyli psychiczna elastyczność pozwalająca przetrwać w mało sprzyjających warunkach, tutaj nie tylko gospodarczych, ale także obyczajowych, naznaczonych konserwatywną hipokryzją. Ta historia, aczkolwiek nie pachnie „zgniłym tofu”, raczej orientalną mieszanką ulicznych spalin, pieczonej kukurydzy i klopsików z kałamarnicy, pozwala na całego zanurzyć się w drapieżnej rzeczywistości. I dzięki przewodnictwu I-Jing, wcale nie tak czułemu, przedrzeć się stopniowo na jaśniejszą stronę. 

Chwilami scenariusz poszukuje tej drogi za bardzo na skróty, sięgając po łatwe atrakcje, konwencje, szarże. Twórcze wyrachowanie ustępuje na szczęście miejsca szczerej empatii i autentycznemu zaciekawieniu portretowanym mikroświatem. Ostatecznie ten film jest niczym jedna z tych błyskawicznych zupek, które pochłania I-Jing. Wiemy, że sporo w niej ulepszaczy i konserwantów, lecz co poradzić, że tak wybornie smakuje.

LEFT-HANDED GIRL. TO BYŁA RĘKA… DIABŁA! (Zuopiezi nuhai) – reż. Shih-Ching Tsou. Prod. USA/Wielka Brytania/Francja/Tajwan 2025. Dystryb. So Films. W kinach. 

Shih-Ching Tsou pochodzi z Tajwanu, w USA zaczynała jako współtwórczyni filmu „Take Out” (2004) Seana Bakera. Pracowała potem przy kilku jego filmach: „Gwiazdeczka” (2012), „Mandarynka” (2015), „The Florida Project” (2015) czy „Red Rocket” (2017). „Left-Handed Girl” jest jej pierwszym samodzielnie wyreżyserowanym tytułem i tegorocznym tajwańskim kandydatem do Oscara.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 49/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Co nas rozgrzewa