Katarzyna Kubisiowska: Akcja kilku Pana dzieł jest osadzona w latach poprzedzających i następujących po 1989 r. To sentyment czy ciekawość?
Jan Holoubek: To był czas, kiedy zacząłem świadomie rejestrować rzeczywistość, więc dokładnie ją pamiętam. Także radosną atmosferę. W naszej rodzinie Okrągły Stół, a potem czerwcowe wybory przyniosły masę nadziei. Coś, co wydawało się jeszcze dwa lata wcześniej niemożliwe, następowało niezwykle gwałtownie. A równocześnie to okres niepewności, bo nie było jasne, jak się zachowa reżim. I co zrobią Ruscy. Przecież Związek Radziecki wtedy jeszcze istniał, a w Polsce stacjonowała Armia Czerwona. Czy to wszystko nie skończy się stanem wojennym, podobnie jak osiem lat wcześniej karnawał Solidarności?
Skończyło się wielkimi kompromisami politycznymi.
Co do przełomu ’89 wszyscy byli zgodni, że to wielki moment, niemniej na linii ojciec-dziadek tlił się konflikt. Ojciec mojej mamy, Andrzej Zawadzki, był o dwa lata starszy od mojego taty. Obaj mieli doświadczenia okupacyjne – tata po kampanii wrześniowej trafił do oflagu, dziadek z kolei brał czynny udział w Kedywie, potem w powstaniu warszawskim. Mieli różne punkty widzenia na historię. Ojciec twierdził, że powstanie było fatalną pomyłką dowództwa i podziemnych władz II RP, a dla dziadka, mimo tragicznych konsekwencji, miało ono głęboki sens.
W kolejnych latach dziadek był rozczarowany tym, co się dzieje w Polsce, skręcił więc mocno w prawo, w stronę ugrupowania Jana Olszewskiego. Ojciec związany był z obozem Unii Wolności. Zawsze bliżej było mi do postawy ojca, który nie oglądał się do tyłu, tylko skupiał się na przyszłości. Ale teraz, zważywszy na tematykę moich filmów i seriali, można uznać, że ostatecznie wdałem się w dziadka zapatrzonego w przeszłość.

Zatonięcie promu „Jan Heweliusz”, o którym kręci Pan teraz serial, jest interesujące ze względu na niejednoznaczność polskich lat 90.?
A także daje możliwość pokazania ich w inny sposób, niż zrobiłem to w drugim i trzecim sezonie „Rojsta” czy w „Wielkiej Wodzie”. „Heweliusz” zatonął w styczniu 1993 r. Jedną nogą byliśmy wtedy jeszcze w PRL-u. Było biednie i bylejako. Dopiero teraz łapię się na tym, że działo się to przecież tak niedawno.
Jest kontrast?
Wykonaliśmy niebywały skok cywilizacyjny. Dla mnie był to czas energetyczny, ale – z drugiej strony – dobrze pamiętam strach. W biały dzień na ulicy piętnastolatek, jakim byłem wówczas, mógł dostać w ryja i wrócić do domu bez butów. Rzeczywistość była brutalna: upadały państwowe przedsiębiorstwa, fabryki, koncerny, PGR-y, a ludzie lądowali na bruku pozbawiani środków do życia.
Polski nie było stać zarówno na nowy prom, jak i na poniesienie kosztów jego katastrofy?
Przed katastrofą „Heweliusz” ulegał licznym awariom: przechyłom, pożarowi, zderzeniom z innymi jednostkami. Od roku 1977, kiedy był zwodowany, przemierzył swoją trasę w jedną i drugą stronę około 5500 razy. Dzień w dzień był na morzu. Właściwie poza okresowymi remontami tego rodzaju prom jest non stop w ruchu: ładuje, wypływa z portu, wpływa do portu, rozładowuje, kilka godzin przerwy, powrót, co dwa tygodnie zmiana załogi. Nie można wyłączyć maszyn, bo jeśli smary i oleje się zastaną, to ponowne uruchomienie całej tej machiny grozi popsuciem. Dlatego serwis robi się rzadko i tylko wtedy statek cichnie. Tego rodzaju jednostki pływają po 40 lat bez przerwy. Potem sprzedaje się je do innego kraju, gdzie pływają przez kolejne dekady, aż się rozlecą.

„Heweliusz” rozleciał się na morzu, zginęło 55 osób.
Kiedy „Heweliusz” wypływał z portu, niewiele wskazywało na to, że rozpęta się huragan o takiej skali. Wszystkie inne promy były wtedy na morzu, na jednym, nadal pływającym, kręciliśmy zdjęcia do serialu. A to, co się się wydarzyło na Bałtyku 14 stycznia 1993 r., wykroczyło poza skalę typowych dla Bałtyku zimowych sztormów. Akcja ratunkowa w tych warunkach była niemalże nie do przeprowadzenia. Bo jak to zrobić, jeśli wiatr wieje z prędkością 180 km na godzinę, wysokość fal sięga pięciu metrów, woda ma dwa stopnie, a widoczność ogranicza się do dwóch metrów?
Na pewno w akcji popełnione zostały błędy i nasz serial również o tym opowiada, lecz żywioł, w którym to się odbywało, wykroczył poza ludzkie możliwości. Jeszcze nie powstały statki, które są niezatapialne i nie istnieją wały wytrzymałe na napór każdej masy wody.
I jak taki żywioł pokazać na ekranie?
Zdjęcia kręciliśmy w hali należącej do Polsatu – 2400 metrów kwadratowych i 18 metrów wysokości; tam zbudowaliśmy największe dekoracje. A także w Lites Film Studios w Brukseli. To hala przeznaczona do kręcenia ujęć wodnych i podwodnych. Basen 24 na 21 metrów, w najgłębszej części ma 9 metrów. Temperatura wody wynosi ponad 30 st. Celsjusza. Jest to absolutnie niezbędne zarówno dla komfortu i bezpieczeństwa aktorów, jak i kaskaderów. Nawet w temperaturze wody o kilka stopni niższej organizm ludzki ulega szybkiemu wychłodzeniu, więc zdjęcia trwają o kilka godzin krócej.
Czyli kręciliście w tropiku?
Tak, gorąc i wilgoć. Można wywoływać deszcz czy dwumetrową falę rozbujawszy, jak w misce, kilka milionów litrów wody. Są wiatraki robiące podmuchy wiatru, i suwnice, pod którymi można powiesić skorupę helikoptera. Trzeba wybudować dekoracje, które można przechylać, kręcić, zmieniać. W takim filmie widz ma poczuć grozę, niszczycielską siłę żywiołów.
Rozmawiał Pan z którymś z dziewięciu marynarzy ocalałych z katastrofy „Heweliusza”?
Spotkałem się z Bogdanem Zakrzewskim, który na „Heweliuszu” był szefem kuchni. Kiedy zobaczył kilka ujęć z przebiegu katastrofy, był mocno poruszony. Powiedział: tak było. Natomiast dla mnie niesamowite jest to, że pan Bogdan po tym, czego doświadczył, błyskawicznie, bo po pół roku, wrócił na morze... I los chciał, że właśnie wtedy rozpętał się kolejny sztorm. Co też pokazuje miłość człowieka do wody, do pływania, mającą tę samą naturę co związki himalaistów z górami.
Rozmawiałem też z żoną i córką kapitana Andrzej Ułasiewicza, który zginął w katastrofie, do ostatniej chwili wzywając pomocy. Po śmierci został osądzony jako winny tragedii. Dopiero w 2005 r. trybunał w Strasburgu orzekł, że przeprowadzone w Polsce dochodzenie było stronnicze.
Co dają takie rozmowy?
Chodzi o dwie rzeczy: by ludzie mi zaufali, wiedzieli, że filmem nie chcę im zrobić krzywdy, że jestem po ich stronie. Oraz o to, by dowiedzieć się od nich jak najwięcej szczegółów, bo to one potem tworzą filmowy świat.
I to wszystko należy opowiedzieć według określonych reguł dramaturgicznych?
Mam słabość do kina gatunkowego. Kiedy jako nastolatek zacząłem bawić się kamerą, kręciłem horrory, kryminały, komedie etc. Całe lata 90. spędziłem w kinie i przed telewizorem, oglądając na kasetach video tysiące filmów, także klasy B i C – szpiegowskich, westernów, thrillerów. Po dekadach ograniczonego dostępu do światowej kinematografii, dystrybucja w Polsce eksplodowała i nastąpił zalew wszystkiego.
A polskie kino gatunkowe? Komuś się tu chciało opowiadać ludziom historie?
Mamy znakomitą tradycję, tyle że ona została zepchnięta do narożnika przez kino moralnego niepokoju. Na własne uszy słyszałem, jak Agnieszka Holland mówi, że czuje się współwinna, bo przyłożyła do tego rękę. W drugiej połowie lat 70. zapanowała moda na kino społeczno-psychologiczne, a to, co gatunkowe, spadło w hierarchii ważności. A przecież w latach 50. i 60. powstawały u nas znakomite filmy wojenne, historyczne, komedie, sensacje: „Zezowate szczęście”, „Jak rozpętałem drugą wojnę światową”, „Gangsterzy i filantropi”, „Prawo i pięść”... Podoba mi się to, że w ramach gatunku można przekraczać jego granice, łamać reguły, igrać z widzem, mówić mu coś ważnego.
I zaspakajać serialami potrzebę opowiadania historii?
Serial istnieje od zawsze, tylko w różnych formach: w malarskich cyklach czy w powieściach w odcinkach drukowanych na łamach XIX-wiecznych gazet. Nowością może jest to, że seriale dogoniły, a nierzadko przegoniły jakością wykonania, klasyczną kinematografię. Filmowcy, którzy dotąd uważali serial za niższą formę, przeprosili się z nim, dzisiaj robią je najlepsi i grają w nich gwiazdy kina.
To jak się osiąga tak wiarygodne formy świata z lat 80. i 90. odtworzonego w Pana „Rojście” i „Wielkiej wodzie”?
Dzięki scenografom. A także zespołowi charakteryzatorek oraz dziewczynom od kostiumów. To ich DNA zawodowe: jak na ekranie odtworzyć wiarygodnie epokę. Tu liczy się każdy szczegół: pieczątka, gąbka, kształt autobusu czy telefonu, maszyna do pisania, krój kurtki, rodzaj ondulacji itd. Detale z życia moich bohaterów, o które podpytywałem córkę i żonę kapitana Ułasiewicza, czynią to, że widz myśli: ojej, tak wtedy było. Do tego dokłada się też operator, który robi zdjęcia w taki sposób, by stworzyć iluzję epoki. Jerzy Skolimowski powiedział coś, z czym zgadzam się w stu procentach: „film to 24 kłamstwa na sekundę”. A celem tych kłamstw jest, paradoksalnie, przekazanie prawdy...
Jaka jest prawda o polskim świecie lat 80.?
To była epoka stonowana, prawie wszystko było szarobure. Trudniejsze do pokazania pod względem estetycznym są lata 90., kolorystyczna kakofonia z mnóstwem badziewia. Jednocześnie sądzę, że rzeczy z tamtego czasu poprzez sam dystans będą nabierać szlachetności. Samochody z lat 90., szczególnie te japońskie, zaczynają mi się podobać w tej swojej kanciastości.
Nie daje mi spokoju Pana debiut pełnometrażowy: „Sprawa Tomasza Komendy. 25 lat niewinności”. Życie dopisało tragiczny scenariusz: Tomasz Komenda jako 46-latek w lutym tego roku zmarł na raka.
Byłem na pogrzebie Tomka.
Rozważa Pan nakręcenie filmu o tym, co się z nim działo przez tych sześć lat po wyjściu z więzienia? Po tym, jak otrzymał od państwa prawie 13 mln zł z tytułu zadośćuczynienia i odszkodowania za niesłuszne skazanie? Jak został ojcem i próbował ułożyć sobie życie prywatne? Jak w pewnym momencie zerwał kontakty z rodziną, nie wyłączając matki, która przez lata walczyła o jego uwolnienie?
Po tym wszystkim co przeszedł, po tych latach bycia śledzonym przez media, siłą rzeczy wycofał się z życia publicznego. Trzeba zrozumieć, że wieloletnia narracja medialna wokół niego, kiedy uważano go za winnego, zmieniła się niemal z dnia na dzień o 180 stopni. Nagle stał się pozytywnym bohaterem – gwiazdą prasy plotkarskiej, pogadanek w telewizjach śniadaniowych i radiowych audycjach. Tomek zwyczajnie zasługiwał na święty spokój. I na ten spokój zasługuje także jego rodzina.
Pytał go Pan o te 18 lat spędzone więźniu?
Wiedzę na ten temat czerpałem ze świetnie udokumentowanej książki Tomasza Głuszaka „25 lat niewinności. Historia Tomasza Komendy”. A z nim samym na ten temat nie rozmawiałem, wiedziałem, że nie chce do tego wracać. Doświadczył w więźniu niewyobrażalnej przemocy od osadzonych, a wcześniej było zupełnie absurdalne śledztwo, z naściąganymi dowodami. Komenda dostał obrońcę z urzędu, który nie zrobił absolutnie nic, żeby go wybronić. Wystarczyło zweryfikować absurdalną teorię prokuratury o tym, jak rzekomo Tomek dostał się do Miłoszyc w mroźną sylwestrową noc, kiedy zginęła Małgosia. W tym czasie siedział za stołem, w maleńkim mieszkaniu, w centrum Wrocławia, co potwierdziło dwanaście osób.
Początkowo oskarżono nie tylko Tomka, ale także jego brata i ojczyma.
Ale w końcu całe uderzenie śledczych poszło na samego Tomka, który był najsłabszym elementem tego łańcucha. Choć okazał się być najsilniejszym: nie przyznał się do zarzucanych mu czynów i przeżył odsiadkę, która trwała trzy razy dłużej niż okupacja. Świadomie używam tego porównania, bo Komenda był traktowany jak więzień obozu – nie miał żadnych praw. Każdy dzień mógł być jego ostatnim – z tym paragrafem nie byłoby dziwne, gdyby ktoś zakatował go na śmierć.
No, ale czy powstanie kolejny Pana film o Komendzie?
Nie sądzę, bym wrócił do tego tematu, choć ta historia nie jest do końca opowiedziana. Być może ktoś nakręci serial, by w pełni opowiedzieć o zbrodni w Miłoszycach i o tym, co się działo w jej następstwie przez kolejne naście lat. Sprawa zabójstwa Małgorzaty Kwiatkowskiej była niczym bomba, która swoimi odłamkami poraniła nie tylko Tomka i jego rodzinę, ale dziesiątki innych ludzi wmieszanych w tę sprawę, wbrew swojej woli. To wszystko rzuciło cień na resztę ich życia.
A może powinien powstać serial o innych niewinnie skazanych w polskich więzieniach?
Remigiusz Korejwo, policjant, który doprowadził wraz z prokuratorami Robertem Tomankiewiczem i Dariuszem Sobieskim do wyjścia Tomasza na wolność, założył fundację „Dowód Niewinności” prowadzącą działalność na rzecz zapobiegania niesłusznym skazaniom i przeciwdziałania patologiom wymiaru sprawiedliwości. Tacy ludzie jak Remik są dla niesłusznie osadzonych jedyną nadzieją na odzyskanie wolności.
Samotni sprawiedliwi?
Remik nigdy nie dostał ze strony przełożonych należytego wsparcia. Nie dostał partnera do pomocy w rozwiązaniu miłoszyckiej zagadki. Nie dostał też żadnej premii za rozwiązanie sprawy Tomasza Komendy i doprowadzenie przed sąd prawdziwych sprawców... Nawet po tym, jak Komenda wyszedł na wolność, musiał pracować w pojedynkę. Nie licząc wyżej wymienionych prokuratorów, był sam. W rezultacie przeszedł na wcześniejszą emeryturę.
Więc nasza rozmowa nie będzie miała optymistycznego finału. Policja takich ludzi wypluwa. Uczyniono wszystko, by go zniszczyć jako policjanta. Bo udowodnił, że jego formacja popełniła karygodny błąd. W takich służbach ten, kto się wychyla, dostaje po głowie. A żeby być skutecznym, trzeba przecież tę głowę wychylić.
JAN HOLOUBEK (ur. 1978) jest reżyserem i operatorem. Jego fabuła „25 lat niewinności. Sprawa Tomka Komendy" nagrodzona została m.in. za debiut reżyserski na 45. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Wyreżyserował serial „Rojst”, a także „Wielką wodę” nagrodzoną Orłem w kategorii najlepszy filmowy serial fabularny. Ostatni jego film „Doppelgänger. Sobowtór” otrzymał pięć nagród indywidualnych w Gdyni. Teraz pracuje nad serialem „Heweliusz” dla Netfliksa (premiera w 2025 r.).
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















