Anegdoty spod Waterloo: majątek Rothschilda, buty Wellingtona

Na wieści o wyniku bitwy pod Waterloo, która miała zdecydować o losach Europy, w Londynie czekano aż trzy dni.
Czyta się kilka minut

Wtedy nikogo to nie dziwiło. Choć byli tacy, którzy podobno wiedzieli wcześniej – i na tej wiedzy zarobili.

Do dziś nie ustalono, ile prawdy jest w historii o fortunie bankiera Nathana Rothschilda, której miał dorobić się właśnie na opóźnieniu w przekazywaniu szczęśliwej wieści. Bo zanim o zwycięstwie Wellingtona dowiedzieli się londyńczycy, Rothschild już wiedział: podobno wysłał swego człowieka w ślad za brytyjską armią i opłacił sztafetę koni, którymi ten szybko wrócił z wieścią. Anegdota głosi, że Rothschild z posępną miną udał się na giełdę i sprzedał brytyjskie papiery wartościowe. „Rothschild wie, Wellington przegrał!”: uznali inni i zaczęli paniczną wyprzedaż papierów. Wtedy Rothschild miał je skupić cichcem po niskiej cenie – i zbił fortunę, gdy dotarła w końcu wieść o zwycięstwie, a wartość papierów poszła w górę. W tej historii, której rodzina Rothschildów zdecydowanie zaprzecza, jedno jest pewne: wiadomości dotarły do Londynu w żółwim tempie.

Ale gdy już dotarły, Brytyjczyków ogarnęła „waterloomania”: na miejsce bitwy organizowano wycieczki, tworzono naprędce muzea Waterloo, kwitł też handel wszystkim, co miało związek z bitwą. Poza typowymi memorabiliami (jak kule armatnie czy szable), sprzedawano też... zęby poległych. Nie z sentymentu, lecz pragmatyzmu. Higiena jamy ustnej była wtedy trudna, wielu majętnych obywateli Imperium cierpiało z powodu ubytków, w cenie były więc protezy z zębów ludzkich. Prawdziwe zęby zwykle pochodziły z kostnic – więc teraz pole bitwy z ponad 40 tysiącami trupów okazało się potężnym źródłem dentystycznych zapasów...

Dziś „zęby spod Waterloo” to przeszłość. Ale coś z tamtej gorączki pozostało: buty księcia Wellingtona, czyli kalosze, zwane w Wielkiej Brytanii wellingtons. Książę uchodził nie tylko za znawcę sztuki wojennej, ale też mody. Za siodłem miał ponoć specjalną torbę na czyste ubranie, by mógł się przebrać nawet w polu.

Po bitwie pod Waterloo przyszło mu zmienić buty – te, które dotąd nosił (a wraz z nim mężczyźni z wyższych sfer), sięgały do kolan i pasowały do bryczesów, ale nie do długich prostych spodni, które właśnie zaczynały być modne. Teraz książę potrzebował butów niższych, bez ozdób, tak aby można je było włożyć pod długie spodnie. Zadanie zlecił słynnemu szewcowi George’owi Hoby’emu, który miał zakład na St. James’s Street. Hoby uszył skromne buty z czarnej cielęcej skóry na skórzanej podeszwie. Wellington je pokochał, a wkrótce model ten nosił cały Londyn (tj. jego zamożna część), podziwiający swego idola.

Dziś słynne buty można oglądać w londyńskim muzeum, a popularne „wellingtony” są robione z gumy, nie skóry. Zresztą także geneza gumowej wersji jest związana z wojną: używano ich w okopach I wojny światowej, a armia brytyjska zamówiła ponad milion par. ©℗

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 25/2015