80 lat temu w Polsce komuniści przegrali referendum. Wynik sfałszowali

Referendum z 30 czerwca 1946 r. miało legitymizować w Polsce władzę komunistów. Gdy Polacy zagłosowali inaczej, wyniki masowo sfałszowano. Jak to się odbywało?
Czyta się kilka minut
Hasła propagandowe zachęcające do głosowania w Referendum Ludowym. Warszawa, 1946 r. // Fot. Stanisław Dąbrowiecki / PAP
Hasła propagandowe zachęcające do głosowania w Referendum Ludowym. Warszawa, 1946 r. // Fot. Stanisław Dąbrowiecki / PAP

Choć minęło już wtedy ponad 20 lat, to rządzący w Warszawie najwyraźniej wciąż odczuwali potrzebę, by w kółko powtarzać „kłamstwo założycielskie” powojennej Polski.

Oto w komedii „Sami swoi” z 1967 r. pojawia się nagle motyw referendum z 1946 r.: Kargul, jeden z bohaterów, wiesza na swoim domu, na Ziemiach Odzyskanych, plakat propagandowy „3 x TAK”. Jego sąsiad Pawlak, by zrobić Kargulowi na złość, wiesza u siebie własnoręczny plakat „3 x NIE”. 

Na to wójt, też sąsiad, pyta Pawlaka: „Czyś ty oszalał? Nie chcesz powrotu Polski nad Bałtyk?”. W ten sposób widz dostaje podprogowo przekaz: „3 x TAK” to oczywistość, tylko bezmyślni mogli głosować „3 x NIE”.

Takie też przekonanie – o oczywistej oczywistości referendum z 1946 r. – przekazywano Polakom aż do 1989 r. Pełna skala tego „kłamstwa założycielskiego” wyszła na jaw po upadku komunizmu.

Dlaczego Stalin nie chciał wyborów w Polsce

Skąd jednak w ogóle pomysł tego referendum? Czy Stalin i jego ludzie, delegowani nad Wisłę, nie mogli się bez tego obejść? Cofnijmy się o 81 lat.

Po II wojnie światowej Stalin, upojony zwycięstwem nad III Rzeszą, przystąpił do tworzenia światowego imperium komunistycznego: najpierw miała być podporządkowana Europa Środkowa, a później Niemcy, na razie wspólnie okupowane przez (jeszcze) sojuszników.

W listopadzie 1945 r. Moskwa wyraziła zgodę na zorganizowanie wyborów na terenie Austrii i Węgier. Miał to być test: na ile, odwołując się do poczucia winy, strachu i oportunizmu, można zaprowadzić władzę sowiecką nad Europą Środkową. Oba kraje zdawały się podatne. W czasie wojny były po stronie Hitlera (od 1938 r. Austria jako część Niemiec), w 1945 r. na ich terenie panował reżim okupacyjny i ich obywatele nie mieli żadnych praw. 

Wyniki wyborów były zaskoczeniem: komuniści je przegrali. W zajętych przez armię sowiecką Węgrzech otrzymali 17 proc. głosów, a w Austrii, podzielonej tak jak Niemcy na strefy okupacyjne, jedynie ok. 5 procent. 

Wyciągnięto z tego wniosek: w Polsce nie można sobie pozwolić na taki scenariusz. Tu wybory nie mogły być oficjalnie przegrane przez komunistów, rządzących pod szyldem Rządu Tymczasowego i Polskiej Partii Robotniczej. Polska, korytarz do Europy, była zbyt ważna.

Jałta, Polska i obietnica „wolnych wyborów”

Wcześniej, w lutym 1945 r., status Polski był jednym z tematów konferencji w Jałcie: USA i Wielka Brytania ugięły się i zaakceptowały rosyjskie roszczenia do panowania nad nią. Choć Franklin Roosevelt i Winston Churchill mieli poczucie dyskomfortu – w końcu porzucili polskiego sojusznika.

Chodziło nie tylko o ich samopoczucie: ustalenia jałtańskie były złamaniem zasad Karty Atlantyckiej z 14 sierpnia 1941 r., gdzie mowa była o niezgodzie na zmianę granic, jakie zostały wymuszone po 1 września 1939 r. Karta Atlantycka była prezentowana jako kompas dla udziału aliantów w tej wojnie i cel, stanowiący o moralnej przewadze nad III Rzeszą.

Aby stworzyć pozory, w Jałcie ustalono więc pewne minimalne zobowiązania Stalina w sprawie Polski. Minimalne, ale przez Londyn i Waszyngton traktowane jako ważne elementy relacji z Moskwą, bo pozwalające „zachować twarz”. W tym zobowiązanie do stworzenia warunków, w których w Polsce „tak szybko, jak będzie to możliwe” będą się mogły odbyć „wolne i nieskrępowane wybory na zasadzie powszechnego i tajnego głosowania”.

Referendum w zastępstwie. Jak komuniści kupowali czas

Pod koniec roku 1945 i w pierwszej połowie 1946 r. między Związkiem Sowieckim a krajami Zachodu narastały napięcia, ale wciąż utrzymywano iluzję wspólnoty krajów, które pokonały Hitlera. Zimna wojna jeszcze nie zaczęła się na dobre.

Polska stała się w tej sytuacji papierkiem lakmusowym dla stanu wzajemnych relacji. Stalin wciąż jeszcze unikał dawania państwom zachodnim podstaw do oskarżeń o otwarte niewywiązywanie się ze zobowiązań. Na spotkaniach ministrów spraw zagranicznych  przedstawiciele USA i Wielkiej Brytanii pytali więc Wiaczesława Mołotowa, kiedy w Polsce będą wybory. Ten reagował agresją, oskarżając kraje Zachodu o ingerencję w polskie sprawy (sic!).

Sowieci i ich komunistyczni przedstawiciele w Polsce zdawali sobie sprawę, że potrzebują czasu, by zastraszyć i spacyfikować społeczeństwo, złamać trwający wciąż opór – zbrojny i polityczny, którego eksponentem było legalne Polskie Stronnictwo Ludowe (PSL). Musieli wymyśleć sposób, by wiarygodnie odsunąć termin wyborów.

Francuska inspiracja dla referendum w Polsce?

Historycy nie znają kulis decyzji podjętej w Moskwie. Wiadomo, że jeśli pomysł wyszedł od kogoś w Polsce, i tak musiał zyskać zgodę Stalina.

Z pomocą Stalinowi przyszły prawdopodobnie wieści z Francji: 21 października 1945 r. generał Charles de Gaulle – podczas wojny przywódca tych Francuzów, którzy nie zgodzili się na współpracę z Niemcami, a teraz faktyczny lider państwa – zorganizował referendum konstytucyjne. Chciał legitymizować swoją władzę i swoje plany zmiany ustroju. Francja huczała od plotek, że de Gaulle może dokonać zamachu stanu, gdyby referendum nie poszło po jego myśli.

Być może to właśnie była inspiracja dla sowiecko-komunistycznego pomysłu na Polskę.

Jeszcze w grudniu 1945 r. Mołotow zapewniał więc, że władze w Warszawie chcą jak najszybciej zorganizować wybory. Ale już w marcu 1946 r. dowodził, że trzeba je odłożyć – ze względu na problemy organizacyjne w zniszczonym kraju i masy Polaków, którzy wracają z tułaczki. I że ekwiwalentem będzie referendum z pytaniami, które określą kierunek zmian.

To miało przekonać aliantów, szukających dla siebie alibi. Referendum miało być głównie dla nich. Społeczeństwo polskie było w tej koncepcji na drugim planie – jako przedmiot, nie podmiot tej operacji. Podobnie jak nieistotne były pytania: o reformę rolną i nacjonalizację przemysłu (co i tak już się stało), o nową granicę, o zachowanie Senatu jako izby parlamentu. Mogły brzmieć tak, mogły inaczej. Liczył się wynik: „3 x TAK”.

Propaganda „3 x TAK”. Państwo rusza do akcji

Oficjalnie decyzję o przeprowadzeniu referendum podjęto 5 kwietnia 1946 r. Trzy miesiące – to nie było wiele czasu. Ale komuniści podjęli wysiłek.

To znaczy: przede wszystkim uruchomili machinę propagandową. Działało specjalne Ministerstwo Propagandy z urzędami w każdym powiecie; swoje akcje prowadziły wojsko i milicja. Utworzono kolumny transportowe do rozwożenia materiałów propagandowych, sformowano eskadry samolotów do zrzucania ulotek. Kilkadziesiąt zakładów produkowało plakaty i litery do tworzenia sloganów wieszanych na budynkach, mostach itd. 

Plakat propagandowy przed Referendum Ludowym 1946 r. // Archiwum Narodowe w Krakowie

Przygotowano też proste szablony: wycięte w drewnie hasła (głównie „3 x TAK”), którymi miały się posługiwać trzyosobowe zespoły propagandowe (dwie osoby trzymały szablon na ścianie, trzecia przesuwała po nim pędzlem z farbą). Zespół taki potrafił wymalować w ciągu godziny 10-15 haseł (niestety tuż obok siebie).

Drukowano broszurki i ulotki, organizowano kursy propagandzistów, przygotowano zestawy tez, a nawet dowcipów (często niewybrednych) o „karłach reakcji, skrytobójcach z NSZ, pogrobowcach faszyzmu” itd. Pośpiesznie instalowano na ulicach miast (a czasem też wsi) megafony do propagandy radiowej. 

Cztery ulotki na głowę. Skala propagandy

Metodologia działań odwoływała się do psychologii z okresu międzywojennego – tej samej, na której opierała się propaganda goebbelsowska i leninowska. Chciano stworzyć świat, w którym nie można uciec od kontaktu z treściami propagandowymi. Wierzono, że wobec tak zmasowanego ataku umysł ludzki jest bezbronny i musi ulec.

Ministerstwo Informacji i Propagandy, podsumowując swój wysiłek przed referendum, podliczyło, że tylko ono „stworzyło i rozdysponowało” ponad 90 mln „jednostek aktywności propagandowej” – ulotek, plakatów, broszur, wieców, malunków na ścianach, filmów itd. 

Działo się to w biednym i zniszczonym kraju, mającym 24 mln mieszkańców. To znaczy, że między kwietniem a czerwcem 1946 r. wyprodukowano po cztery ulotki, plakaty albo napisy na każdego, łącznie z niemowlętami. Doceniając zaś „agitację bezpośrednią”, zorganizowano 29 tys. wieców. Tak wyglądała estetyka świata, w którym żyli Polacy. 

Na przygotowanych listach haseł można znaleźć ponad 100 propozycji: „Trzy razy tak – Niemcom nie w smak”, „TAK to polskości znak”, „Każde nie to tak dla niemieckich dążeń odwetowych” „Dwuizbowy parlament to gadulstwo i zamęt” czy „Chłopie, pamiętaj, wróg nie drzemie, wróg chce odebrać twoją ziemię”. Miały wryć się w podświadomość.

Wśród Polaków krążył bon mot: „Urna to jest taki pniak, wrzucisz nie – wychodzi tak” . Jak się okazało, proroczy.

Sowieccy fałszerze w Warszawie. Kto nadzorował referendum

Nie zapominano o innych działaniach. Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego dostało polecenie, by spowodować rozłam w opozycyjnym PSL. Istotnie, 7 czerwca ukazał się pierwszy numer organu rozłamowej PSL-owskiej grupy „Nowe Wyzwolenie”. Pismo dostało przydział papieru na nakład 50 tys. egzemplarzy (sic!), a w kolportażu pomagało wojsko, samolotami. 

Ponadto do Warszawy skierowano z Moskwy w połowie czerwca dyrektora wydziału  fałszowania dokumentów w sowieckim Ministerstwie Bezpieczeństwa Państwowego, pułkownika Arona Pałkina z grupą 15 dobranych funkcjonariuszy.

Wespół z głównym doradcą w polskim MBP, płk. Siemionem Dawidowem, mieli nadzorować przeprowadzenie referendum. Pałkin i Dawidow spotkali się co najmniej dwukrotnie z Bierutem i raz z Gomułką.

To jedna z zagadek tej historii: po co fałszowano protokoły z wyników w komisjach? Nikt, także dziś, nie jest nimi zainteresowany. Czyżby chciano się przygotować do ewentualnej kontroli wyborów ze strony państw zachodnich?

30 czerwca 1946 r.: jak sfałszowano głosowanie

Nadszedł 30 czerwca 1946 r. Rzesza funkcjonariuszy partyjnych, wojskowych i milicyjnych ruszyła w teren, by „pilnować” wyników. Często przyjeżdżali z kartami „3 x TAK”, które mieli dorzucać. Szybko zorientowano się, że ilość kart z odpowiedziami „2x TAK, 1 x NIE”, a nawet „3 x NIE” jest olbrzymia. Polacy chcieli okazać niezgodę na komunistyczną rzeczywistość.

Wyniki więc fałszowano. Masowo i na każdym poziomie: w obwodach (dorzucając karty i fałszując protokoły) i okręgach (tu władze terenowe „poprawiały” je dodatkowo, także aby wykazać się przed centralą). W efekcie prawdziwe wyniki nie są znane i nie można ich odtworzyć. Te oficjalne, ogłoszone 12 lipca 1946 r., mówiły, że likwidację Senatu poparło 68 proc., reformę rolną i nacjonalizację 77 proc., a granicę na Odrze i Bałtyku 91 procent.

Te liczby nie miały żadnego związku z faktycznymi. Po 1989 r. w archiwach znaleziono notatkę, jaką przedstawiono Bierutowi o rzekomo prawdziwych wynikach: trzy razy „tak” miało odpowiedzieć 27 proc. głosujących, a na pytanie o Senat 73 proc. miało odpowiedzieć „nie”. Jednak i te dane zapewne były nieprawdziwe, bo nie uwzględniały fałszerstw w komisjach przed sporządzaniem protokołów.

Wedle notatki sowieckiego ministra Abakumowa dla Stalina, sama tylko grupa z Moskwy dokonała 5994 „korekt” protokołów (tj. fałszerstw). W notatce podano też, że w ocenie sowieckiej grupy procent odpowiedzi na „tak” wynosił od 1 proc. do 15 proc., w zależności od pytania i regionu (nie wiadomo, czy tu z kolei funkcjonariusze nie chcieli podkreślić „reakcyjności” Polaków, by zasłużyć na lepszą gratyfikację – w każdym razie, wszyscy dostali ordery).

Wybory 1947 r.: komuniści wyciągnęli wnioski

Komuniści przegrali referendum i wyciągnęli wnioski. Do wyborów do Sejmu, wyznaczonych na 19 stycznia 1947 r., przygotowali się inaczej. Propagandę zastąpiła siła. Tysiącom ludzi odbierano prawa wyborcze, aresztowano, rozwiązywano oddziały PSL, kraj obsadzano wojskiem wedle zasady „kompania na każdą gminę”. Ogłoszono, że kto nie będzie głosował jawnie (pokazując, że oddał głos na listę władzy), będzie traktowany jak „reakcja” (to słowo i skutki jego użycia ludzie już znali).

USA i Wielka Brytania skwitowały wybory jako „przemoc i oszustwo”, ale nie miało to żadnych konsekwencji. Jedynie przedstawiciel USA w Warszawie uznał, że nie godzi się być ambasadorem przy takim rządzie jak warszawski i podał się do dymisji. 

Nie, referendum z 1946 r. to nie był dobrotliwy spór Pawlaka z Kargulem.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29,90 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz
1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru Nr 27/2026

W druku ukazał się pod tytułem: 5994 protokoły