Mundial 2026: czy w brazylijskim karnawale chodzi o piękno

Brazylia nie zachwyca, ale Brazylia gra dalej – w odróżnieniu od Niemiec i Holandii. Co różni Carlo Ancelottiego od Juliana Nagelsmanna i Ronalda Koemana, i co ma do tego „Tao Te King”?
Czyta się kilka minut
Trener Brazylijczyków Carlo Ancelotti podczas meczu z Japonią, Houston, 29 czerwca 2026 r.
Trener Brazylijczyków Carlo Ancelotti podczas meczu z Japonią, Houston, 29 czerwca 2026 r. // Fot. Ashley Landis, Associated Press

Jeżeli istnieje coś takiego jak słownik komunałów piłkarskich – a ktoś, kto w ostatnich tygodniach nadużywał telewizji, świetnie wie, że istnieje – to frazy takie, jak „loteria rzutów karnych”, „argentyńskie tango” czy „brazylijska samba” zajmują w nim poczesne miejsce. Przyznaję jednak, że kiedy z ust selekcjonera Canarinhos Carlo Ancelottiego usłyszałem przed mundialem frazę o „brazylijskim karnawale”, uniosłem brew z zainteresowaniem.

Brazylia na mundialu 2026: jogo bonito to nie my

Doświadczony włoski szkoleniowiec nie próbował nią przecież maskować żadnej niewygodnej prawdy. Kto oglądał tę drużynę w pierwszych meczach pod jego wodzą, jeszcze przed mundialem, zdawał sobie sprawę, że słabości starzejącego się środka pola i jeszcze starszych boków obrony (Douglasa Santosa trzeba było ściągnąć z Zenitu Petersburg, a w Rosji naprawdę nie grają już futbolowe tuzy) znakomici gracze ofensywni, z Viníciusem Júniorem na czele, nie będą w stanie w pełni zrekompensować.

Kiedy Ancelotti mówił więc, że w karnawale odbija się oblicze Brazylii, nie wydobywał z tego święta cech, z jakimi przez lata kojarzył się tamtejszy futbol, czyli rozbuchanej, nieokiełznanej, cieszącej oko jogo bonito – pięknej gry. Owszem, opowiadał coś o alegria – radości życia, niewyczerpanej energii i pragnieniu bycia razem. Ale od razu dorzucał do tego znakomitą organizację, ponieważ karnawał – zwłaszcza ten w Rio – pod względem harmonogramu, planowania wydarzeń i oprawy scenicznej potrafi przypominać perfekcyjnie naoliwioną machinę.

I mówił coś jeszcze o pokorze, i o tym, że – jego zdaniem przynajmniej – Brazylia ma wiele różnych tożsamości.

Pokorni Brazylijczycy: jak zmienia Carlo Ancelotti

Widzieliśmy te odmienne tożsamości w każdym z jej czterech dotychczasowych meczów na mundialu. Nie było wcale łatwo: w pierwszej połowie spotkania z Marokiem została kompletnie zdominowana, po pierwszej połowie meczu z Japonią przegrywała, ale za każdym razem Ancelotti wiedział, jak wyprowadzić ją z tarapatów, dokonując zmian, które odwracały losy boiskowych zdarzeń.

„Pokorni Brazylijczycy” – Bruno Guimaraes, Paqueta, nawet ociężały w bieganiu za rywalami, a iście koci w powietrznej walce po rzutach rożnych Casemiro – walczyli o odbiór piłki. Kiedy nie wypaliła koncepcja grania z klasyczną „dziewiątką”, czyli środkowym napastnikiem Igorem Thiago, remis w spotkaniu z Marokańczykami pomógł ochronić wprowadzony na jego miejsce i cofający się do drugiej linii Cunha, a rozpęd w kolejnych meczach dawali podchodzący wyżej skrzydłowi, przede wszystkim wspomniany Vinícius Júnior.

Nawet w meczach ze słabeuszami z Haiti i Szkocji zdarzało się, że zamiast rywali dominować, popisując się technicznym kunsztem, Brazylijczycy cofali się i czyhali na okazję do kontry.

Równowaga Seleção: gdy celem jest wygrywanie

Kiedy Japończycy okazali się szybsi i agresywniejsi od jego podstarzałych zawodników, Ancelotti znów odpuścił rywalizację o środek pola: wprowadził tak wyczekiwanego przez brazylijskich fanów Endricka i polecił swoim piłkarzom częściej dośrodkowywać. 

Owszem, mogący znów grać szerzej przy linii bocznej Vinícius (Ancelotti chętnie ustawia go bliżej środka, przekonując, że tu zamiast kilku dryblingów wystarczy wbiec w tempo do jednego podania) zdołał się w końcu przebić przez zaporę duetu Tomiyasu-Doan i po bajecznym dryblingu skrzydłowego Realu Brazylijczycy byli o włos od gola. Ale i tu nie o wrażenia estetyczne chodziło, a o czystą skuteczność, którą zapewnił w doliczonym czasie gry Gabriel Martinelli. „Celem nie jest piękna gra, celem jest wygrywanie” – tak brzmi interpretacja karnawału w ustach Carlo Ancelottiego.

To, jak Włoch rozumie futbol i co sprawia, że tyle się w życiu nawygrywał, fascynuje mnie nie od dziś. Kiedy zaczynał pracę z Brazylią, uchylał się od prób zdefiniowania „tożsamości” drużyny – tłumaczył, że stałaby się w ten sposób przewidywalna. Upierał się raczej, że jego piłkarze muszą umieć robić rzeczy niekojarzone dotąd ze stereotypem Seleção: czasem na przykład ustawić się w niskim bloku obronnym albo wykonywać stałe fragmenty gry, czasem zareagować w obliczu niepowodzenia, rezygnując z cieszących oko widza sztuczek i po prostu regularnie wrzucając piłki w pole karne. 

Słowem kluczem byłaby tu równowaga – potrzebna także po to, by nie nakładać na Viníciusa zbyt wielkiej presji związanej z rozstrzyganiem meczu w pojedynkę.

Europejska szkoła: Vinícius nie jest Neymarem

O ewidentnie największym dziś brazylijskim talencie, jedynym być może zdolnym równać się z rzucającymi cień na boisko legendami tej reprezentacji (z wysokości stadionowych lóż tegoroczny mundial obserwują „prawdziwy” Ronaldo, a wraz z nim Romario, Ronaldinho czy Bebeto) przyjdzie pewnie napisać więcej innym razem: urodzony w biednej rodzinie w São Gonçalo, po drugiej stronie zatoki od Rio de Janeiro, wyjechał do Hiszpanii jako siedemnastolatek i dopiero tam, zresztą pod ręką Carlo Ancelottiego, stał się gwiazdą światowego formatu. 

Inny z Brazylijczyków z Realu Madryt, Rodrygo, nazywa Włocha „figurą ojca” – i faktycznie Ancelotti nieraz musiał być dla Viníciusa kimś więcej niż tylko trenerem, zwłaszcza w kontekście ścigających go na hiszpańskich boiskach rasistowskich bluzgów.

„Ukształtowany piłkarsko w Europie, Vini nie wpisuje się w brazylijską tradycję futebol-arte, której symbolem jest Neymar. Preferuje bardziej bezpośredni styl gry: jako lewoskrzydłowy schodzi do środka i kończy akcje strzałem prawą nogą” – podsumowuje Simon Kuper.

Mister: trener wolny od brazylijskich obciążeń

O tym, że tegoroczny mundial jest inny niż wszystkie, napisano już wiele – o powiększeniu liczby uczestników do czterdziestu ośmiu, o przerwach na nawodnienie, czytaj: na reklamy, o pogłębiającym się kryzysie drużyn z Europy (w fazie pucharowej odpadli już Niemcy i Holendrzy) itd.

Jedną z charakterystycznych zmian jest także liczba obcokrajowców na ławkach trenerskich: niemal co szósty selekcjoner nie urodził się w kraju, którego reprezentację mu powierzono, i dotyczy to również tradycyjnych futbolowych potęg, jak Anglia prowadzona przez Niemca Tuchela i Brazylia Włocha Ancelottiego.

Ten ostatni – nazywany przez piłkarzy z szacunkiem „Mister” – jest rutyniarzem, który w swoim trenerskim życiorysie potrafił zadowolić tak wymagających pracodawców jak prezes Realu Madryt Florentino Perez oraz niegdysiejszy właściciel Milanu i premier Włoch Silvio Berlusconi. 

Do traum, neuroz i nostalgii za przeszłością brazylijskiego futbolu również potrafi zachować dystans – a to może sprawić, że Brazylia zajdzie na tegorocznym mundialu dalej, niż wskazywałby jej rzeczywisty (czyli oparty o ocenę bieżącej sytuacji kadrowej, a nie wspaniałej przeszłości; gdzie tam Danilo i Douglasowi Santosowi do Cafu i Roberto Carlosa...) potencjał.

Brew i guma: Ancelotti nie wie, co to presja

Widzieliśmy to na poprzednich turniejach z udziałem Brazylijczyków, oglądamy to także w brazylijskich klubach (coś o tym mógłby powiedzieć były selekcjoner reprezentacji Polski Paulo Sousa, który po rzuceniu pracy w PZPN próbował swoich sił w Flamengo…): presja nakładana na szkoleniowców, oczekiwanie, że będą grali w jakimś określonym stylu, zgodnym z jedynie słusznym brazylijskim „wzorcem”, bywa tu paraliżująca.

Ale przybysz Carlo Ancelotti zdaje się nie wiedzieć, co to presja. Kiedy awans do kolejnej rundy zapewnił Brazylii w doliczonym czasie gry meczu z Japonią wprowadzony na boisko pół godziny wcześniej Martinelli, Włoch nie okazał najmniejszych emocji; kiedy wszędzie dookoła świętowano już wygraną Brazylii, on rozglądał się za szkoleniowcem Japończyków, którzy sprawili jego piłkarzom tyle kłopotów: chciał mu podziękować za rywalizację.

To coś, co pamiętamy z jego czasów madryckich: ów stoicki (nie licząc intensywnego ruchu szczęk, przeżuwających kolejną gumę, i jeszcze intensywniejszego wznoszenia brwi) spokój nieskazitelnie ubranego siwowłosego mężczyzny stojącego przy linii bocznej. Ów przegrywany mecz, którego losy nieoczekiwanie zostają odwrócone. Owe pogłoski, że ta drużyna w zasadzie prowadzi się sama.

„Czasami największa umiejętność Ancelottiego polega na nicnierobieniu  – napisał po meczu z Japonią ekspert od południowoamerykańskiej piłki Tim Vickery. – Bycie oazą spokoju w otaczającym go chaosie”.

Zamiast rzutów karnych: lekcje niewidzialnego lidera

„Niewidzialny lider, który działa tak, że ludziom się zdaje, jakby to oni działali” – komentowała Ursula Le Guin jeden z wierszy Lao Tzu. Podaję go, spolszczonego przez Justynę Bargielską i Jerzego Jarniewicza, w całości, bo zdaje mi się doskonale oddawać metodę „działania bez działania” Carlo Ancelottiego – i doskonale kontrastować np. z zachowaniem łaknącego uwagi kamer selekcjonera Niemców Juliana Nagelsmanna, którego drużyna sensacyjnie odpadła z turnieju, wyeliminowana rzutami karnymi przez Paragwaj.

Najlepszych liderów

ich fani ledwo znają.

Kolejni są liderzy

znani i kochani.

Po nich są ci groźni.

Na końcu – pogardzani.

 

Nie zaufasz

– nie zaufają ci.

 

Gdy robota jest zrobiona

bez wrzawy i przechwałek,

ludzie tacy jak my mówią:

nieźle, mamy to.

Nie nabierajmy się więc zbyt łatwo na to „nicnierobienie”: Ancelotti jest elastyczny taktycznie i dokonuje w porę zmian, tyle że robi to „bez wrzawy i przechwałek”. Pamiętajmy też: w meczu z Japonią Brazylia nie zachwyciła, imponowali raczej ofiarni i świetnie zorganizowani w defensywie gracze z Azji. Ancelotti wiedział jednak, że energia rywali w końcu się wyczerpie, że popełnią błąd, zgubią krycie, odsłonią przestrzeń, w którą zdoła wbiec Martinelli. Że robota będzie zrobiona, jak karnawał w Rio, o którym przecież nikt nie wie, przez kogo został zorganizowany.

Myśl o odwołaniu się do wiersza Lao Tzu zawdzięczam Richardowi Williamsowi.


Partnerem tekstu jest wydawnictwo Albatros, którego nakładem ukazały się „Maradona. Ręka Boga” Jimmy’ego Burnsa oraz „Pelé” Stéphane Cohena... i dobrze, że się ukazały: wieczorami i nocami można oglądać mundial, wiadomo, ale za dnia można o nim czytać. O nim i duchach, które unoszą się nad mundialowymi boiskami - wszak i Pele, i Maradona na stadionach Meksyku i USA przeżyli niejeden wzlot i upadek. Przed Messim obaj byli najwięksi, ale ich pozaboiskowe losy okazały mocno nieoczywiste, czego ich biografowie bynajmniej nie ukrywają. Legendy sportu, ikony popkultury - ale za tymi, coraz mniej w sumie mówiącymi określeniami, kryją się ludzkie dramaty. Ważne przypomnienie, także w kontekście gwiazd tegorocznych mistrzostw świata.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29,90 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz
1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł