W czerwcu 1962 r. mój ojciec, wówczas 17-letni, pierwszy raz w życiu obejrzał amerykański film. W kinie Metalowiec w Grudziądzu, od dawna nieistniejącym, a w owym czasie działającym pod opieką Związku Zawodowego Pracowników Pomorskiej Odlewni i Emalierni, grali western.
Gdy John Wayne był Ameryką
Tata zapamiętał tłum przed budynkiem, kotłujący się w bitwie o bilety. Szeryfa, który ratuje świat, czyli fikcyjne miasteczko Rio Bravo, zagrał John Wayne, o którym pewien krytyk napisze kiedyś: „On nie reprezentuje na ekranie Ameryki. On jest Ameryką”.
Westerny z Wayne’em, na jakie do dziś regularnie trafia w telewizji, towarzyszą mojemu ojcu przez całe życie, podtrzymując jego wiarę w amerykański mit. Nie tylko jego, posłuchajmy Joan Didion: „Kiedy John Wayne przejechał konno przez moje dzieciństwo, a być może również przez twoje, na zawsze określił kształt naszych marzeń”.
Typowy bohater wykreowany przez Wayne’a jest (prawie) zawsze opanowany, honorowy i bezkompromisowo oddany służbie publicznej. Ucieleśnia więc cechy, które częściej chcielibyśmy odnajdywać w sobie, w bliźnich i, być może, w najpotężniejszym (do niedawna) imperium na planecie.
Indiana Jones też nosił kapelusz
Przez dekady Hollywood było najskuteczniejszą maszyną do rozprzestrzeniania amerykańskiej mitologii na całym globie. Powstrzymać jej nie potrafiła nawet cenzura za żelazną kurtyną, dokąd hollywoodzkie hity, jak gdyby dla zachowania pozorów, docierały z kilkuletnim opóźnieniem. Rodzice mojej żony do dziś świętują rocznicę pierwszej randki, na którą udali się do kina, żeby obejrzeć „Obławę” z Marlonem Brando w roli głównej. Brando zagrał oczywiście szeryfa.
Pokolenie później niżej podpisany, w wieku sześciu lat, pierwszy raz zobaczył ucieleśnienie Ameryki na wielkim ekranie: facet w kapeluszu dzielnie rozwalał hitlerowców, aż głowa jakiegoś Niemca wpadła pod rozpędzone śmigło. Tę scenę z filmu „Indiana Jones i poszukiwacze zaginionej Arki” zapamiętałem na całe życie.
To western i jego pochodne (nie przypadkiem Indiana Jones nosi kapelusz przypominający kowbojski) przez dekady był najbardziej nośnym (i dochodowym) gatunkiem Hollywood. Zanim świat podbił jazz, blues, Elvis Presley, Coca-Cola albo McDonald’s, John Ford nakręcił „Dyliżans” (1939) obsadzając młodego Johna Wayne’a w roli rewolwerowca Ringo Kida i – co najważniejsze – wyprowadzając kino w plenery.
Grecy mieli „Iliadę”, Amerykanie Forda
Filozof Robert Pippin napisał, że western zamienił jedną z ważniejszych dla amerykańskiej tożsamości opowieść – o zdobyciu Zachodu – w uniwersalną epikę zrozumiałą dla wszystkich. „Grecy mieli »Iliadę«, Żydzi Stary Testament, Rzymianie »Eneidę«, Niemcy »Pieśń o Nibelungach«, Skandynawowie sagi, Hiszpanie »Cyda«, Brytyjczycy »Legendy arturiańskie«. Amerykanie mają Johna Forda”.
Ford filmował w Monument Valley, na pograniczu Arizony i Utah. Jako pierwszy pokazał ogrom i piękno zdobytej ziemi, nadając jej mityczny, niemal biblijny wymiar. Inni twórcy poszli jego śladem i wkrótce westerny podbiły świat.
Gwiaździste Sztandary i niewidoczne podpisy
W rotundzie Muzeum Archiwów Narodowych w Waszyngtonie oglądam wielką kartę spoczywającą pod pancernym szkłem filtrującym promienie UV. Pergamin ze skóry cielęcej sprzed 250 lat, wyblakłe, pochyłe pismo, 56 podpisów, większość z nich – choćby Thomasa Jeffersona czy Benjamina Franklina – zatarta, ledwie widoczna. Po obu stronach gabloty gwiaździste sztandary i mundurowi.
– Jak to jest, strzec Deklaracji Niepodległości? – pytam tęgą strażniczkę.
– Wspaniale.
Nieprzerwana kolejka, od świtu do zmierzchu, jeden za drugim, jeden zagląda przez ramię drugiego, dzieci, dorośli i staruszkowie. W ciszy. Z czcią, z jaką studiuje się Pismo.
Amerykański paradoks polega na tym, że choć to nowoczesne idee Oświecenia dały podwaliny dokumentom założycielskim, wykwitł z nich patriotyzm, który jest religijny. Podpisana 4 lipca 1776 r. Deklaracja Niepodległości i przechowywana w tej samej sali Archiwów Konstytucja szybko zyskały rangę świętych prawd ustanowionych i spisanych przez ojców założycieli, powołujących do życia naród obdarowany (obarczony?) boską misją.
Dwie minuty Abrahama Lincolna
Już w 1630 r., długo przed powstaniem USA, na pokładzie „Arbellii”, jednego ze statków wiozących purytanów do Nowej Anglii, prawnik John Winthrop wygłosił przemówienie, w którym stwierdził, że nowa kolonia ma być jak „miasto na wzgórzu”, na które patrzą oczy całego świata.
W roku 1863, w czasie wojny domowej, która omal nie unicestwiła Stanów Zjednoczonych, Abraham Lincoln w swej najsłynniejszej (choć ledwie dwuminutowej) mowie, odwołując się do Boga, biblijnym językiem przywołał wyzwoleńczą misję, jaką Ameryka odgrywa jakoby w świecie. Poległych żołnierzy spod Gettysburga obsadził w roli chrystusowej ofiary na rzecz ludzkości.
W ostatnim stuleciu wszyscy prezydenci wyznawali mesjanizm zdefiniowany przez Winthrope’a i Lincolna, nagminnie nazywając USA najwspanialszym narodem na ziemi. Wyjątek stanowił Jimmy Carter, który zakwestionował amerykańską mitologię m.in. w wystąpieniu z 1979 r., nazwanym później „mową o kryzysie zaufania”. Wezwał Amerykanów do autorefleksji, zwracając uwagę na moralną słabość amerykańskiej wspólnoty. Rok później z kretesem przegrał wybory.
Co Ronald Reagan mówił o rdzennych
W jednym z największych wyborczych triumfów w historii (489 do 49 w głosach elektorskich) pokonał go Ronald Reagan.
Przystojniak urodzony w mieszkaniu nad piekarnią w maleńkim Tampico w stanie Illinois, zanim został rzecznikiem i ambasadorem General Electric, jednej z największych korporacji świata, a później gubernatorem najbogatszego stanu USA, Kalifornii, a później prezydentem największego imperium, był przez kilka dekad wziętym aktorem w Hollywood. Zagrał w ponad 50 filmach, również w wielu westernach. Wcielił się choćby w rolę George’a Armstronga Custera („Szlak do Santa Fe”, 1940, reż. Michael Curtiz), legendarnego dowódcy w tzw. wojnach indiańskich, w których Stany Zjednoczone zgładziły opór Pierwszych Narodów i rozciągnęły się od Atlantyku po Pacyfik.
Jako prezydent Reagan odmawiał spotkania z delegacją rdzennych Amerykanów. Komentując trudną sytuację w rezerwatach powiedział: „Być może popełniliśmy błąd. Być może nie powinniśmy byli im pobłażać w tym, że chcą pozostać przy takim prymitywnym stylu życia”.
Rambo, który obalił komunizm
Reagan jest drugim obok Johna Wayne’a amerykańskim idolem mojego ojca. Tata nie jest w tym oryginalny. Wielu Polaków z jego pokolenia, członków albo sympatyków Solidarności, w latach 80. żywiło nadzieję, że Ameryka w taki czy inny sposób pomoże nam wyswobodzić się spod jarzma znienawidzonej komuny.
Prezydent USA idealnie tę nadzieję ucieleśniał. Do globalnej polityki wkraczał z hollywoodzkim przesłaniem: nie lękajcie się, bo dobro zwycięża i co by się nie działo, happy end gwarantowany jest w cenie biletu. Jego ulubioną figurą retoryczną było, bezpośrednio nawiązujące do Winthrope’a, określenie „świetliste miasto na wzgórzu”. Ameryka nie tylko daje przykład, ale też radośnie, z firmowym reaganowskim uśmiechem na ustach, pokonuje złoczyńców. Niczym John Wayne w „Rio Bravo”.
Albo Sylwester Stallone, który w „Rambo” ratował amerykańskich jeńców w Wietnamie, przy okazji unicestwiając sowiecko-wietnamskie bataliony i wygrywając dla Ameryki dawno przegraną wojnę. W schyłkowym PRL-u powielane po tysiąckroć na taśmach VHS hity ze Stallone utrwalały nasze przekonanie o wyższości mitologii amerykańskiej nad sowiecką.
Jak Wałęsa rozmawiał z Robertem De Niro
W tym samym czasie, kiedy oglądaliśmy czwartą część opowieści o Rockym, w której amerykański Walczak rozkwaszał sowieckiego pięściarza Ivana Drago, Reagan spotykał się na szczytach z Michaiłem Gorbaczowem. Reaganowska strategia wyścigu gospodarczego i zbrojeniowego sprawiła, że Sowieci wylewali siódme poty. Gorbaczow przyjeżdżał na spotkania zepchnięty do narożnika. Wkrótce USA wygrały zimną wojnę. Nieco później na Trakcie Królewskim w Warszawie stanął pomnik Ronalda Reagana.
We wrześniu 1989 r., gdy mur w Berlinie jeszcze stał, a w Polsce rządził już solidarnościowy gabinet Tadeusza Mazowieckiego, gdy to my przez chwilę dzierżyliśmy symbole, z pomocą których można całemu światu sprzedać opowieść o zwycięstwie wolności, nad Wisłę przyleciał Robert De Niro. Gwiazdor chciał z bliska zobaczyć pierwszy wyswobodzony kraj zza żelaznej kurtyny.
Przed kinami, do których przyjeżdżał na spotkania, kłębiły się tłumy, jak kiedyś przed Metalowcem w Grudziądzu. Iście hollywoodzkim happy endem opowieści o tym, jak dzielni Polacy z pomocą Ameryki obalili komunę, było spotkanie De Niro z Lechem Wałęsą w siedzibie Solidarności przy Wałach Piastowskich w Gdańsku.
– Jest pan jednym z najsłynniejszych ludzi świata – powiedział Wałęsa.
– Pan też – odparł De Niro.
Za chlebem i Coca-Colą
Wiosną 1984 r., gdy Reagan prowadził już kampanię przed drugą kadencją (slogan: „Morning in America”, poranek w Ameryce), gdy Michael Jordan, choć nie zagrał jeszcze ani jednego meczu w NBA, podpisał już kontrakt z firmą Nike, gdy Madonna nagrywała już album „Like a Virgin” – czyli kilka miesięcy po tym, gdy kończy się akcja pierwszego sezonu „Stranger Things” – w wieku siedmiu lat dotarłem z ojcem do Ameryki.
20 lat wcześniej wyemigrowała tam starsza siostra taty. A jeszcze wcześniej, na początku XX wieku, jego stryj, który odbył odyseję podobną do tej, w jaką dziś wyruszają uchodźcy z Afryki. Ze wsi zagubionej gdzieś na wschodzie pośród łąk dotarł konno lub pieszo do miasteczka, dalej koleją do portu i dalej parowcem napakowanym ludźmi, pod pokładem, w ciemnej kajucie z piętrowymi kojami, pośród szczurów, wiader z fekaliami, kałużami wymiocin i smrodu – do Nowego Jorku. I dalej do Detroit. Jak miliony Europejczyków w tamtym czasie, wierzył w amerykański sen.
Dla nas, przybyszów z Polski stanu wojennego, sen zmaterializował się najpierw na lotnisku JFK w Nowym Jorku pod postacią Afroamerykanina z Caritasu, który znał rosyjski, dzięki czemu mój ojciec nie musiał znać angielskiego, żeby zostać uroczyście powitanym w ojczyźnie wolności. Nasz opiekun był jasnym znakiem tego, że Ameryka jest zdolna zorganizować dosłownie wszystko, nawet – mówiąc językiem tamtych lat, wybaczcie – Murzyna gadającego po rusku.
W kolejnych dniach cieszyliśmy się licznymi artefaktami amerykańskiej przewagi cywilizacyjnej: półgalonowymi butlami Coca-Coli, kiściami bananów, koszulkami z Michaelem Jacksonem, transmisjami wrestlingu.
Pionierski znój i grzechotanie węży
Ojciec jednak przede wszystkim docenił powszechną dostępność pracy za dolary. Jako uchodźca, magister inżynier, uczęszczający na intensywny kurs angielskiego, podejmował się licznych proletariackich zajęć, takich jak kierowca osiemnastokołowca, pilarz, murarz, tragarz albo deratyzator.
Każda robota dostarczała kolejnych niezbitych dowodów na to, że pionierski mit o ciężkiej pracy, jaką dochodzi się do dobrego, dostatniego życia, jest najprawdziwszą prawdą. Ojciec doświadczał jej na co dzień, pracując u boku etnicznych Niemców, Irlandczyków, Portorykańczyków, poznając ludzi z dziesiątek innych kultur zasuwających od rana do wieczora, albo popijając wino z Grekami w kanciapkach greckiej dzielnicy, którą przecinał wracając pieszo z pracy.
USA, gdzie dziś pracuje się statystycznie o wiele więcej niż np. w Unii Europejskiej, są krajem zbudowanym na harówie. Znój traperów i poszukiwaczy złota. Znój osadników opisany w klasykach amerykańskiej literatury.
Sięgnijmy po jeden z nich, być może mniej oczywisty: autobiograficzna seria „Domek na prerii” Laury Ingalls Wilder jest zapisem przetrwania wyszarpanego naturze, dzień za dniem, w głodzie, chłodzie, na przekór krwi i rozpaczy.
Wspomnijmy znój dziesiątek milionów przybyszów z Europy, takich jak stryj ojca, którzy na przełomie XIX i XX w. opuszczali najbiedniejsze wioski starego kontynentu, żeby dotrzeć do fabryk samochodów, stoczni, kopalni w Detroit, Baltimore, Pittsburghu. Znój Latynosów z imigranckiej fali pierwszych dwóch dekad XXI w.
Większość z nich dotarła do ziemi obiecanej nielegalnie, przez pustynię, prowadzona światłem księżyca i grzechotaniem węży. Jeden z nich, z którym jako dwudziestolatek prowadziłem nieskończone rozmowy za ladą pewnej pizzerii przy nowojorskim Broadwayu, przez siedem lat nie opuścił ani jednego dnia harówy, pracując siedem dni w tygodniu, 12 godzin na dobę.
Przy gorącym piecu do pizzy trzymała go mityczna siła dolara.
Gorączka złota i gacie napchane „zielonymi”
Mój ojciec – po tym, gdy w latach 80. nasza emigracja skończyła się przedwcześnie z powodów zbyt skomplikowanych, by je tutaj opisać – kilkukrotnie wracał do Stanów. Za pracą. Dolary przewoził w zakładanym pod majtki własnej roboty bawełnianym pasie wyposażonym w specjalne kieszonki mieszczące zwitki zielonych banknotów. Za owe banknoty kupił domek pod miastem, malucha, meble, telewizor.
Poza gotówką przywoził sprzęt: narzędzia, termosy, przenośną lodówkę, walkmana. Niektóre z tych przedmiotów mam do dziś i na kilku wciąż widnieje niezatarta, dumna etykieta Made in USA. Relikwie mitu o amerykańskiej potędze przemysłowej.
Od kilku dekad żyjemy w erze Made in China. Gdy opowieść o niezawodnej amerykańskiej produkcji zostaje zapomniana (bo nie podtrzymuje jej żadna produkcja), słabnie też znaczenie dolara. Systematycznie zmniejsza się jego udział w globalnych rezerwach banków centralnych. Rosnące zadłużenie USA dalej podważa zaufanie do amerykańskiej waluty.
W jej miejsce wchodzi nowa, coraz silniejsza. Gdy ostatnie amerykańskie fabryki wyjeżdżały do Azji i Ameryki Łacińskiej, u nas skończyła się komuna. Po jej upadku po naszej stronie Atlantyku rozrosło się nowe cywilizacyjne imperium, nazwane Unią Europejską. Wkrótce wprowadziło własny pieniądz.
Polacy i inni ubodzy Europejczycy, którzy przez stulecia odbywali podróż przez ocean, żeby dokopać się do złota albo napchać gacie „zielonymi”, mogli nagle wsiąść w tani samolot i po godzinie, dwóch, wylądować w jednym z dziesiątek europejskich miast nęcących powszechnym dostępem do pracy za euro. Dla tzw. zwykłego człowieka z naszej części świata Ameryka niemal z dnia na dzień stała się zbędna. Okazało się, że American Dream nie trzeba spełniać w Nowym Jorku albo w Chicago, bo dużo łatwiej i szybciej można to zrobić w Dublinie lub w Utrechcie.
Widok z Mount Rushmore
W Deklaracji Niepodległości, kilkanaście akapitów poniżej stwierdzenia, że „wszyscy ludzie zostali stworzeni równymi”, ojcowie założyciele przestrzegają przed „bezlitosnymi dzikimi Indianami, których znaną taktyką jest mordowanie ludzi bez względu na wiek, płeć i stan”. Dehumanizacja Pierwszych Narodów miała jednoczyć przeciw nim nowy naród, bo wielu rdzennych liderów wchodziło w sojusze z Brytyjczykami, którzy obiecywali zablokowanie ekspansji osadników na zachód.
Myślę o rdzennych Amerykanach, wyjeżdżając z turystycznej mieściny Keystone w Dakocie Południowej. Dwupasmowa droga wypada z miasta i wijąc się między górami, prowadzi wprost pod jeden z najważniejszych pomników Ameryki. Jeden z najbardziej zdumiewających na świecie. Żeby wyrzeźbić w górskiej ścianie mierzące ponad 18 metrów głowy czterech prezydentów trzeba było, z użyciem dynamitu, usunąć 450 tysięcy ton granitu. Zajęło to czternaście lat.
Sześciometrowe nosy ojców założycieli
Dziś Mount Rushmore odwiedzają rocznie dwa miliony ludzi. W czasie kampanii prezydenckich jest ona też obowiązkowym celem pielgrzymek kandydatów. Nawet politycy najbardziej wrażliwi, wydawałoby się, na zawiłości historii, jak Barack Obama czy Bernie Sanders, przybywali pod Rushmore, aby pokłonić się amerykańskiej wielkości. „Rozpiera mnie duma z tego, że jestem Amerykaninem”, westchnął wzruszony Sanders, spoglądając w górę na wykute w skale podobizny Washingtona, Lincolna, Jeffersona i Theodora Roosevelta (o nosach sześciometrowych).
Nieznany jest przypadek, aby którykolwiek z prezydentów bądź kandydatów wspomniał pod Mount Rushmore, że to święta góra dla rdzennego narodu Lakotów, zrabowana im, tak jak całe Góry Czarne, nielegalnie, z pogwałceniem traktatu, jaki zawarli w dobrej wierze z rządem Stanów Zjednoczonych. Układ został zerwany, gdy odkryto tu złoto. Kampanię wykańczania Indian prowadził wspomniany już George Armstrong Custer. W 1980 r. Sąd Najwyższy potwierdził, że ta ziemia należy się Lakotom.
Co się naprawdę wydarzyło na ziemi objawionej
Dziś politycy milczą o zbrodni przeciw rdzennym ludom, bo, jak uczy przykład Jimmy’ego Cartera, kwestionowanie mitologii nie przynosi politycznych korzyści. Podtrzymuje się więc religijny mit ziemi objawionej przez Johna Forda w westernach, na której pionierską harówą zbudowaliśmy kraj od Atlantyku po Pacyfik.
Aby opowieść żyła, ta ziemia przed naszym przybyciem musi pozostać dziewicza. Dlatego USA, w przeciwieństwie do Kanady, nie prowadzą zinstytucjonalizowanego procesu pojednania z Pierwszymi Narodami.
Przyznając oficjalnie, że kraj powstał kosztem eksterminacji, Amerykanie ryzykowaliby rozpad narodowej tożsamości. Widać to doskonale na przykładzie rozliczeń rasowych. Stopniowa emancypacja Afroamerykanów i towarzysząca jej demitologizacja rodzą napięcia rozsadzające kraj od środka.
Make Europe Great Again
Podczas gdy mitologia USA tuszuje prawdę o niewolnictwie Czarnych i zagładzie rdzennej ludności, Unia Europejska wyewoluowała z porozumienia gospodarczego, którego celem było coś odwrotnego: nie ucieczka przed Historią, lecz jej przemyślenie i wyciągnięcie wniosków.
Dziś po dwóch stronach Atlantyku zachodzą przeciwne procesy. W Stanach obserwujemy rozpad mitu i związany z nim kryzys tożsamości. Amerykanie boją się, bo nie wiedzą, kim będą, kiedy w końcu faktycznie dokonają rachunku sumienia.
W Europie to właśnie rachunek sumienia był punktem wyjścia. Unia, z jej wszystkimi wadami, wewnętrznymi waśniami i niepewną przyszłością – pozostaje, zarówno cywilizacyjnie, jak i tożsamościowo, dynamicznym projektem na etapie konstrukcji. Jej największą słabością i, paradoksalnie, największą siłą jest to, że jako jedyne imperium w dziejach buduje się wolna od kłamstwa nazywanego dla niepoznaki mitem. Największą siłą i, paradoksalnie, największą słabością Ameryki jest jej mit.
Amerykański sen jest dążeniem
Zapisana w dokumentach założycielskich Stanów Zjednoczonych koncepcja nazwana później American Dream, obiecująca równość, wolność, wynikający z nich szacunek i możliwość bogacenia się ciężką pracą, nie jest czymś, co kiedyś istniało, a później zostało zaprzepaszczone i – zgodnie ze sloganem Make America Great Again – wróci dzięki niemal boskim mocom takich czy innych polityków.
Amerykański sen jest dążeniem.
Ameryka słabnie również dlatego, że inne wspólnoty na planecie lepiej to rozumieją. Marzenia skuteczniej spełnia się dzisiaj w Europie, co pokazują statystyki jakości życia, zadowolenia obywateli, przestępczości, bezpieczeństwa, rozwarstwienia, przestrzegania praw człowieka, dostępu do służby zdrowia, edukacji itd.
Baza w Redzikowie i wrzaski Donalda
My, Polacy, dobrze to rozumiemy. Koniec komunizmu, zbliżenie do Europy, a później wstąpienie do Unii i – między innymi, dzięki skuteczności jej mechanizmów gospodarczych – dołączenie do grupy najbogatszych państw świata, stopniowo uwalnia nas nie tylko od dolara, ale od całej amerykańskiej mitologii.
To fakt, że na tle większości społeczeństw Europy pozostajemy wyspą ze względnie wysokimi słupkami sympatii dla USA i poparciem dla obecności amerykańskich wojsk na naszym terenie. Jednak nasza miłość do Ameryki z czasów przepraw parowcami przez ocean, budowania skupisk Polonii w metropoliach, z czasów Johna Wayne’a i Ronalda Reagana jest melodią przeszłości.
Donald Trump wywrzaskując amerykańskie prawdy przez globalny megafon, ośmiesza je i pogłębia również naszą niechęć do Stanów. Prezydent wbrew swoim intencjom przyczynia się do dekonstrukcji mitu, bo uosabia najsłabsze strony Ameryki: megalomanię, chciwość, oszustwo, przemoc, głupotę.
Moja córka słucha Taylor Swift
Moja 14-letnia córka słucha Taylor Swift i Chappell Roan. Uczy się grać na gitarze, śledząc na YouTubie pewną dziewczynę z Kalifornii. Ogląda hollywoodzkie klasyki z lat 80. i 90.
Skomplikowana emigracja mojej rodziny w latach 80. sprawiła, że dziś córka ma w Ameryce kuzynów, babcię, ciocie, wujków oraz, raz na jakiś czas, przywilej podróży przez ocean, poznawania Stanów. Ale jej rówieśnicy, także ci, którzy nigdy nie odwiedzili USA, równie łakomie pochłaniają wszelkie wyroby amerykańskiej popkultury, od BigMaków, przez koszulki z nadrukiem NASA, po kultowe seriale.
Co nam zostanie, gdy zawinie się stąd nawet US Army? Stranger Things.
Mój tata patrzy na kondory
Dla większości Polaków Ameryka pozostaje krainą – nomen omen – mityczną. Niby bliską, znaną z wielopokoleniowych wyobrażeń i obrazków powielanych miliony razy, a jednocześnie geograficznie i kulturowo tak odległą, że czasami samo jej istnienie wydaje się bujdą. Coraz liczniejsi z nas przestają w nią wierzyć, ale nadal ma wielu wyznawców.
Takich jak mój tata. Już do Stanów nie jeździ, co nie przeszkadza mu trwać pod urokiem mitu. Kibicuje Amerykanom w wojnach i w mistrzostwach świata. Gdy kupuje wiadro do kiszenia kapusty albo pralkę, wybiera firmy amerykańskie, ufając w ich solidność i nie dbając o to, że ich produkty skrywają etykiety Made in China albo Made in EU.
W telewizji ogląda serial dokumentalny o parkach narodowych w USA. Biblijna kraina z westernów, odebrana tzw. dzikim, zaprezentowana detalicznie i spektakularnie z użyciem nowoczesnej technologii. Prawdziwe życie: niedźwiedź grizzly, kondor kalifornijski, karpieniec z Doliny Śmierci.
Szeryf nie ma tu nic do roboty.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.





