Jeden mówił: „Nie służy prawdzie przemoc i demonstracja siły. Przemoc jest kłamstwem, bo niszczy to, czego rzekomo broni”. Drugi: „Nie ma nic ważniejszego od życia ludzkiego, zwłaszcza życia ubogich i uciskanych”. Pierwszy: „Życie narodu jest jak gleba: gdy wrzuca się w nią plewy, zbiera się chwasty, a gdy wrzuca się ziarno prawdy, miłości, poszanowania ludzkiej godności, zbiera się plon i to plon obfity”. Drugi: „To struktury niesprawiedliwości społecznej zadają powolną śmierć naszym ubogim”.
Gdy w Polsce rozpoczynały się strajki roku 1980, arcybiskup Oscar Romero już nie żył – został zamordowany kilka miesięcy wcześniej. Wątpliwe, by ks. Jerzy Popiełuszko się nim bezpośrednio inspirował. Jeden sprzeciwiał się władzy antykościelnej i nominalnie lewicowej, drugi zaś prawicowej juncie odwołującej się do chrześcijaństwa i zblatowanej z większością hierarchów. Jeden odczuwał imperialne zakusy Związku Radzieckiego, drugi – konsekwencje imperialistycznej polityki Stanów Zjednoczonych. W ich postawach widać jednak podobieństwa. Łączył ich duch sprzeciwu wobec deptania, zabijania i upadlania człowieka – niezależnie od szat, w które przystroił się depczący, zabijający i upadlający. Dlatego podobnych jak wyżej zestawień cytatów można poczynić więcej. Niekiedy trudno będzie rozróżnić, który powiedział które słowa. Obaj wskazywali na strukturalne źródła przemocy i zła. Obaj odwoływali się do wierności tym samym ideałom: Ewangelii, miłości bliźniego, ludzkiej godności.
Ich drogi były bardzo różne, ale w tym, co najważniejsze, głęboko pokrewne. Miały też tożsamy finał. Kilka lat po Romero, 40 lat temu, 19 października 1984 roku, ks. Jerzy Popiełuszko został „poprowadzony, dokąd nie chciał” (J 21, 18): na męczeńską śmierć.
Także dziś ich drogi – ich paradoksalnie wspólna droga? – mogą i powinny być nam inspiracją.
Kim był Jerzy Popiełuszko
Popiełuszko wykazywał brak zgody na otaczającą go rzeczywistość od wczesnych lat. Urodził się w rolniczej, niezamożnej rodzinie. Już w liceum jego religijność przysparzała mu kłopotów ze strony władz szkoły. Później, gdy poszedł do seminarium, został wezwany do odbycia służby wojskowej, podczas której był ofiarą systematycznej, brutalnej przemocy: wyśmiewania, zmuszania do nadludzkiego wysiłku, czołgania się przy ujemnych temperaturach. Wytrzymał, wspierając przy tym kolegów, ale konsekwencje tej wielomiesięcznej, wyniszczającej „ścieżki zdrowia” odczuwał do końca życia.
Jeśli więc w jego stanięciu po stronie strajkujących ludzi pracy, walki o wolność i godność było coś zaskakującego, to nie sama decyzja o zaangażowaniu, lecz to, że zdrowie mu na to pozwoliło. Już wcześniej niektóre obowiązki duszpasterskie musiał zarzucać z braku sił.
Romero: niespodziewany wybór na biskupa
W przypadku Romero było inaczej. Gdy ten urodzony w ubogiej rodzinie w salwadorskich górach ksiądz najpierw zostawał biskupem, a potem arcybiskupem stolicy kraju, nie od razu dał się poznać jako człowiek odważny i stojący po stronie krzywdzonych. Wręcz przeciwnie. Jego późniejszy wieloletni współpracownik, wybitny teolog ks. Jon Sobrino wspominał, że gdy przeczytał o nominacji Romero, pomyślał: „Ay, Dios mio! To nie był dobry wybór”.
Było to powszechne odczucie prospołecznie i antyreżimowo nastawionych księży, sióstr, działaczy i zwykłych obywateli. Wybór Romero uznano za bezpieczny dla władz, bo wówczas jeszcze, jak opisuje Artur Domosławski, „bardziej przeszkadzały mu idee sprawiedliwości społecznej, w których widział konia trojańskiego komunizmu, czy diagnoza mówiąca o walce klas – Salwador był klinicznym przykładem takiej walki – niż skandaliczne nierówności i represje. Miał też Romero obsesję antymasońską i antyliberalną”.

Romero: obrońca ubogich
A jednak niedługo później ten sam Romero stał się jednym z najważniejszych symboli obrony uciśnionych, zabijanych i ograbianych w Salwadorze i całej Ameryce Łacińskiej. Przełom dokonał się, gdy w 1977 r. szwadrony śmierci zamordowały ks. Rutilio Grande, przyjaciela Romero, z którym pozostawał jednak w sporze odnośnie do działań Kościoła, polityki, obrony uciśnionych. To Grande wypowiedział choćby legendarne zdanie, że „psy właścicieli ziemskich jedzą lepiej niż dzieci pracujących w polu chłopów”.
Brutalny mord na duchownym i towarzyszących mu współpracownikach wstrząsnął niedługo wcześniej powołanym biskupem San Salvador. W całym kraju w kolejną niedzielę zabronił odprawiania mszy, osobiście przewodnicząc jedynej, która zgromadziła tłumy, stając się jednocześnie wielką społeczną manifestacją wspólnoty i sprzeciwu. Z każdym miesiącem coraz silniej krytykował władze za zbrodnie, wołał o sprawiedliwość i zaprzestanie przemocy. Dokumentował zło: terroryzowanie ludności przez służby mundurowe i prawicowe bojówki, działalność szwadronów śmierci, ograbianie ludności z plonów ziemi, która w 40 proc. należała do kilku rodzin, śmierć dziesiątek tysięcy osób – w tym także księży i zakonnic.
Romero zdecydował się także na przeproszenie niektórych teologów i duchownych, którym zarzucał wcześniej działalność wywrotową i pozbawiał stanowisk. Przyznał im rację, zrozumiawszy, że nie byli w pierwszej kolejności wyznawcami marksizmu, lecz Ewangelii (nawet jeśli część z nich rzeczywiście łączyła obie inspiracje). Zaczął współpracować na rzecz obrony uciśnionych także z ludźmi, z którymi wciąż wiele go dzieliło.
Popiełuszko i Msze za Ojczyznę
Podobnie czynił Popiełuszko. Odprawiane przez niego Msze za Ojczyznę gromadziły nie tylko katolików i katoliczki, ale także ludzi innych wyznań i niewierzących, również przedstawicieli i przedstawicielki lewicowej inteligencji czy środowisk artystycznych. Łatki miały mniejsze znaczenie niż postawa, poglądy filozoficzne i społeczne mniejsze niż wspólne stawanie po stronie krzywdzonych.
Popiełuszko wspierał więc robotników, odprawił choćby strajkową mszą w Hucie Warszawa, popierał Solidarność, pomagał prześladowanym, oskarżanym, aresztowanym i więzionym, a także ich rodzinom. W homiliach nazywał po imieniu naruszenia praw człowieka, niesprawiedliwość, przemoc.
Obaj byli kochani przez tych, których bronili.
Bez poparcia zwierzchników w Kościele
Siłą rzeczy postawa obu nie podobała się władzom i możnym. Romero bywał nazywany „Najbardziej umiłowanym i najbardziej znienawidzonym człowiekiem w kraju”.
Popiełuszkę służby państwa chciały zniszczyć prowokacją: podrzucono mu broń, materiały wybuchowe, farby drukarskie. Dawano do zrozumienia, że „może źle skończyć”. Próbowano złamać na przesłuchaniach. Snuto wokół niego siatkę agentów i szpiegów. Oczerniano i pomawiano w gazetach.
Romero czytał na pierwszych stronach nagłówki: „Arcybiskup Romero sprzedaje duszę diabłu” czy „Odprawią egzorcyzmy nad prałatem Romero”. Od pewnego momentu groźby stały się jego chlebem powszednim: słyszał je przez telefon czy od „przypadkowych” przechodniów, czytał w listach. Ich autorami były i władze państwowe, i służby bezpieczeństwa, i posiadacze ziemscy.
Romero był przy tym pozbawiony wsparcia ze strony kolegów z episkopatu (poza jednym, jego biskupem pomocniczym). W większości byli oni zblatowani z juntą i bogaczami oraz przekonani, że rewolucyjne zapędy ludu i wspierających go księży trzeba ukrócać. Jasno dawali do zrozumienia biskupowi San Salvador, że nie może na nich liczyć. Słali na niego skargi do Watykanu, przekonując, że Romero walczy o osobistą popularność, podżega do rewolty i sprzyja walce klas w Salwadorze. Ten ostatni zarzut był celnie sformułowany w obliczu niedługo wcześniej rozpoczętego pontyfikatu papieża z rządzonej przez komunistyczne władze Polski. Skarga przyniosła skutek o tyle, że Romero czuł się głęboko niezrozumiany przez Jana Pawła II, gdy ten przyjął go na audiencji.
Również Popiełuszko spotykał się z niezrozumieniem, choć miał więcej wsparcia ze strony przynajmniej części hierarchii niż Romero. Jednocześnie jego bezpośredni przełożony, prymas Józef Glemp, należał – zwłaszcza po ogłoszeniu stanu wojennego – do bardziej zachowawczej, ostrożnej i nastawionej na nieeskalowanie sytuacji frakcji w Episkopacie. Działania Popiełuszki go zarazem irytowały (niektórych innych księży zaangażowanych we wsparcie robotników po prostu przenosił daleko poza Warszawę), jak i martwiły. Dlatego namawiał go na wyjazd z Polski. Sam Popiełuszko odczuwał, że nie wszyscy w Kościele rozumieją jego pracę i wybory. W zapiskach zanotował: „Gdybyśmy byli krajem szczęśliwym, księża mogliby zajmować się tylko życiem duchowym”, a w innym miejscu: „Już nie potrafię zamknąć swojego kapłaństwa w kościele, chociaż tylu różnych »doradców« podpowiada mi, że prawdziwy polski ksiądz nie powinien wychodzić poza kościelne ogrodzenie”.
Bez nienawiści wobec prześladowców. I bez trwogi?
Poczuciu osamotnienia czy niezrozumienia nie towarzyszyła jednak nienawiść. Popiełuszko jak mantrę powtarzał Pawłową frazę: „Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj”. Gdy przychodziły święta, dzielił się opłatkiem z funkcjonariuszami ZOMO.
Romero deklarował: „Nie czuję nienawiści wobec nikogo”, a świadkowie jego życia potwierdzają, że tak rzeczywiście było.
Nie nienawidził, choć się bał. Wiedział, że groźby, które słyszy, mogą zostać zrealizowane. Kiedy zamordowano kolejnego duchownego, ojca Rafaela Palaciosa, w homilii pogrzebowej powiedział: „Zabijacie tych, którzy przeszkadzają”. Sam również przeszkadzał. I bardzo nie chciał, by spotkał go ten sam los. Trzy dni przed śmiercią powiedział znajomemu lekarzowi: „Nie chcę umierać, a przynajmniej jeszcze nie teraz. Nigdy wcześniej nie zależało mi bardziej na życiu. Mówię szczerze: nie czuję powołania do męczeństwa”.
Nie dał się jednak zwyciężyć ani nienawiści, ani lękowi. Prosił przyjaciół, by nie podchodzili zbyt blisko niego. Odmówił przyjęcia ochrony, bo nie chciał, by ktokolwiek ryzykował dla niego życie. Nie czuł powołania do męczeństwa, ale wolał je przyjąć, niż kogokolwiek narazić.
Podobnie rozumował Popiełuszko, dla którego wizja śmierci była może mniej namacalna (machina mordu na oponentach politycznych była znacznie silniej rozkręcona w Salwadorze niż w PRL), ale żył w poczuciu niestabilności i niepewności jutra. Powtarzał jednak, że „bać się trzeba tylko zdrady Chrystusa za parę srebrników jałowego spokoju”. Nie chciał tego spokoju sobie kupować: czy milczeniem, czy wyjazdem, czy oportunizmem.
Jak wspomina Sobrino, pewien salwadorski chłop powiedział mu: „Arcybiskup głosił prawdę. Obronił nas przed biedą. I dlatego go zabili”. Podobne słowa można by powiedzieć o Popiełuszce.
24 marca 1980 r. Romero został zastrzelony podczas odprawiania mszy w szpitalnej kaplicy. 35 lat później beatyfikowano go, a kolejne trzy lata później papież Franciszek ogłosił go świętym.
19 października 1984 r., gdy wracał z liturgii w Bydgoszczy, Popiełuszko został porwany, torturowany, związany i wraz z workiem pełnym kamieni wrzucony do Wisły. W 2010 r. Benedykt XVI ogłosił go błogosławionym.
Popiełuszko i Romero aktualni także dzisiaj
Obaj w praktyce wypełniali jedno z najważniejszych teoretycznych i praktycznych zadań, jakie stoją przed społecznym nauczaniem Kościoła. Identyfikowali, nazywali i opisywali struktury zła, przemocy, niesprawiedliwości. Aktywnie sprzeciwiali się deptaniu godności ludzkiej, stając po stronie krzywdzonych niezależnie od tego, pod sztandarem jakiego koloru krzywda była dokonywana. Byli prorokami, tymi, którzy przypominali: „Nie wolno”. Nie wskazywali dokładnych rozwiązań określonych problemów społecznych, ale piętnowali te zachowania, które w sposób oczywisty sprzeciwiają się Ewangelii.
Romero wskazywał: „My, którzy umiemy mówić, musimy być głosem dla tych, którzy mówić nie potrafią”.
Popiełuszko mówił zaś: „Są więzienia niewidzialne, jest ich bardzo wiele. Są więzienia, w których ludzie rodzą się, rosną i umierają. Są więzienia systemów i ustrojów”. Znamienne, że w swej przenikliwej mądrości używał w tym kontekście liczby mnogiej. Jego dziedzictwo to nie sprzeciw wobec określonej ideologii, ale wobec deptania człowieka jako takiego – w jakiekolwiek imię.
To zadanie także na dziś, obarczone wielokroć mniejszym ryzykiem niż to, które podejmowali Popiełuszko i Romero. Są zjawiska, mechanizmy, systemy, które wymagają nazywania, identyfikowania i demaskowania przez uczniów Chrystusa – świeckich i duchownych – w imię sprawiedliwości i Ewangelii. To przybierająca coraz silniejsze formy ksenofobia i rasizm. Krwiożercze – w sensie ścisłym – oblicze kapitalizmu i globalnych rynków finansowych opartych na wyzysku ubogich przez zamożnych zarówno w skali lokalnej, jak i globalnej. Zgoda na zawieszanie praw człowieka w imię politycznego interesu. Patriarchat. Niszczenie planety, czego konsekwencje najsilniej odczuwają najubożsi. Struktury ukrywania przemocy seksualnej i lekceważenia skrzywdzonych. Obojętność wobec wykluczenia, kryzysu bezdomności, przemocy.
Wyliczać można dalej. Ostatecznie rzecz jednak w tym, by jak najgłębiej – w indywidualnym sumieniu, ale także w Kościele, wspólnocie, parafii – spróbować zrozumieć słowa zabitego przed 40 laty księdza Jerzego: „Służyć Bogu to szukać dróg do ludzkich serc. Służyć Bogu to mówić o złu jak o chorobie, którą trzeba ujawnić, aby ją móc leczyć. Służyć Bogu to piętnować zło i wszystkie jego przejawy”. Oto ważna część misji Kościoła wtedy w Salwadorze i w PRL. Istotny element naszego posłannictwa dziś.
Autor jest redaktorem naczelnym Magazynu „Kontakt” i autorem książki „Pastwisko. Jak przeszłość, strach i bezwład rządzą polskim Kościołem”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















