W defiladzie 11 listopada mój ojciec z pewnością nie brał udziału. Nawet wtedy, gdy wojskowe święto zostało – dość późno – przekształcone w narodowe. Był rezerwistą, nie musiał.
Po co właściwie robi się defilady, te świąteczne przeglądy wojsk? Rozumiem znaczenie defilady po odzyskaniu niepodległości, wtedy była czymś absolutnie nadzwyczajnym. Ale potem? Chyba po to, by pokazać ludziom, że jesteśmy dobrze uzbrojeni, a więc bezpieczni. Ludzie lubią defilady, defilujący lubią być oglądani przez ludzi. Jednak dobrze wiemy, że czym innym jest defilada, czym innym wojna.
Na wojnę ojciec pojechał samochodem. Pamiętam dzień poprzedzający jego wyjazd, miałem wtedy pięć lat. Był zdenerwowany, nie mógł znaleźć jakichś dokumentów. Pamiętam pośpiech, pamiętam, że czekałem, że ojciec ubierze się w mundur. Nie wiem jednak, czy wyjechał w mundurze. Musiał ruszyć wcześnie rano i nikt mnie oczywiście nie obudził. Kiedy wstałem, ojca już nie było. Znacznie później poznałem opowieść o zatrzymaniu ich przez Rosjan. Ojciec pozbył się gwiazdki świadczącej, że jest podoficerem. O jego wojowaniu nic nie wiem. Powrotu też, prawdę mówiąc, nie pamiętam. Pamiętam, że nie było wiadomo, czy żyje. Ktoś mówił, że widział go we Lwowie, podobno miał brodę. Potem nagle był znowu w domu. Tyle pamiętam. Zapytany o samochód powiedział, że skończyła się benzyna, a że nie można było jej kupić, zostawił auto przy drodze i poszedł dalej piechotą. Tak to opowiedział. Cóż, mieliśmy niezłe konie i potem jeździł konno.
11 listopada świętem narodowym stał się już po śmierci marszałka Piłsudskiego, na mocy ustawy z 23 kwietnia 1937 r. Usankcjonowało to oficjalnie praktykę świętowania tego dnia przez wojsko odrodzenia Polski. Jako święto narodowe obchodzony był tylko dwa razy, potem przyszła okupacja, gdy obchodzono je konspiracyjnie, z wielkim ryzykiem. W PRL je zniesiono. Przywrócone zostało w 1989 roku. Jedni je lubią, inni nie. Dla mnie jest ważne. Ważne jest w nim to, że święto wojskowe zmieniono na narodowe. I że upamiętnia odzyskanie przez Polskę statusu niepodległego państwa. To jest czymś niesłychanym. Kim byśmy byli, gdyby nie tamte wydarzenia i gdyby nie – tak, tak – Piłsudski?
11 listopada przypomina, że państwo może przestać istnieć. Tym bardziej zdumiewa mnie, że po wszystkich tych doświadczeniach, a dołączyć do nich trzeba okres PRL, Sejm wciąż bywa areną idiotycznych sporów. Dostrzeganie, gdzie potrzebna jest brawura, gdzie zaś chłodny namysł, nadal stanowi dla Polaków problem często nie do pokonania. „Historia est magistra vitae”? I co z tego? Tymczasem jedyną drogą jest uznanie, że wszelkie nadużycia władzy da się naprawić tylko drogą właściwego jej użycia. A jest to droga czasochłonna i obarczona ryzykiem błędów. Ot, koalicyjność rządu: pozornie sprawy komplikuje, a przecież jednocześnie zmusza do ważenia każdej decyzji.
11 listopada to na tę rocznicę dobra data. Jest w niej obecna historia odzyskania (odzyskiwania) niepodległości, jest pamięć o Marszałku, nawet zmiana święta wojskowego w święto narodowe na swoją wymowę. Jest też w historii tego święta pamięć procesu, który trwał dość długo. I pamięć czasu, nie tak znów odległego, gdy Polski na mapie świata nie było. Nie będę krzyczał „niech żyje 11 listopada!”, ale nie chcę nawet myśleć o tym, by tej daty miało zabraknąć.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















