Woda jest fundamentem życia, a sezonowe przypływy i odpływy zimna działają na wodę we wszystkim, co żyje, wymuszając rewolucję w metabolizmie i sposobie trwania. Fale życia i śmierci przyrody są więc rozpięte na dwóch biegunach czasu: między latem a zimą.
Jednak gdy my doświadczamy pełni lata, za ścianą lasu, na brzegu rzeki i pod taflą jeziora zaczynają się szalone, jesienne pośpiechy metamorfoz. Chodzi o to, by przed zimą utyć, zagęścić sierść i podszerstek, wykopać norę albo, jeśli jest się rośliną, rozmontować chlorofil w liściu, odzyskać jego składniki, masowo brązowieć, pozbyć się ogromnej części swojego ciała.
To domena tak zwanej polskiej złotej jesieni albo, gdybyśmy byli uczciwi w ocenie tego, co rzeczywiście się tam dzieje, polskiej brązowej jesieni. I burej zimy.
Klon, modrzew, jawor: mapy obumierania
Chcemy patrzeć i wierzyć, że jesienne przeistoczenia to przede wszystkim zachwycająca zmiana barwy liści, owoce i kasztany. Czas zadumy, zbiorów i pierwszych chłodów. Ciężko jest wrysować w obraz życia roślin fakt, że u nich etap tego osobliwego koloru trwa jednak krótko, jest niezwykle pragmatyczny i kończy się rychłą śmiercią.
Brzozy i modrzewie żółkną, klony czerwienieją, czasem jarzą się w niskim słońcu, sypią barwne dywany, ale przecież przez zdecydowanie dłuższy czas jesiennej metamorfozy ten sam liść jest już całkiem brązowy i martwy, sprowadzony do szkieletu celulozy i ligniny, po tym, jak wszystko, co metabolicznie czynne, zostało z niego wycofane albo po prostu zginęło.
Taka postać liścia nie tylko nie zachwyca, ale też, zaskakująco, nigdy nie była przedmiotem opowieści o drzewach, nie jest zamieszczana w atlasach.
Im dłużej przyglądam się roślinom, drzewom, tym bardziej zauważam, że to, jak liść umiera, jak się rozpada, znika, jak rozpyla się w glebie, stanowi o całym drzewie. Jest jego częścią bycia, często bardzo długą, trwającą niekiedy dłużej niż czas jego nadrzewnego trwania. Inaczej bowiem kończy swoją sezonową wegetację brzoza, inaczej w grudzień wchodzi dąb.
Inne mapy barw i zbrązowiałych plam śmierci pokaże jawor, inne kalina. Inne będą też ich drogi rozkładu i rozpadu kształtu.
Ale już zaraz, wiosną, latem znowu muskać nas będą młode atłasy listków, giętkie, soczyste pędy, kwitnące źdźbła, i tylko one będą widzialne w tym momencie przyrody, mimo że między nimi wciąż trwa tamten jesienny rozpad tego, co już dawno zapomnieliśmy.
Cykl przemian w przyrodzie: między życiem a śmiercią
To jest nasza brązowa jesień i nasza bura zima, czas nieprzychylnej aury, niewdzięczny do patrzenia. Ale wciąż są w niej te same rośliny, jest las i łąka, tylko w postaci, której zwykle nie uznajemy za wartą uwagi. Drzewa z mumiami form, zagarnięte w międzyczas, jeszcze trochę tu, ale już bardziej tam. W początkach śmierci, a jednak wciąż podobne do tego, co było latem. Teraz gniją, zaczynają tracić kształt, który powstał w żmudnej pracy budowania porządku ciała.
Rozpad nie mieści się w sezonowych kliszach, a jest integralną częścią przemian w przyrodzie. Zależy od kąta osi planety wobec Słońca, od chłodów powietrza, od wilgoci i od pracy mikroorganizmów. Dzieje się bez naszego udziału i nie potrzebuje naszej zgody.
Nagle widać geometrię koron, wyschnięte źdźbła, a pod nimi ściółkę, która gromadzi się, puchnie wilgocią albo kruszy bibułki liści. A my wybieramy wzrost, kwitnienie i owocowanie. Zimą zaś człowiek patrzy pod nogi, bo ślisko, bo zimno. Deszcz, jeśli pada, w miastach znika w odpływach. Śnieg, jeśli śnieży, rozpuszcza się do solnego roztworu. Liście są utylizowane lub murszeją w zaniedbanych kątach, całkiem nie do patrzenia.
To pokazuje, że nie ma w przyrodzie stanów skończonych, a cały czas wypełniają przemiany. To, co żywe, nie trwa w rozpoznanych postaciach, tylko w przejściach, poruszane siecią zależności, ciągle się zmienia. Spektakularnie kwitnie, w słońcu migocze koroną, a potem opada w ziemię, gnije, aż traci kształt, mięknie, kruszy się i wraca do obiegu materii. Śmierć i metamorfoza materii są podstawą, by były też i kwiaty. Są też i one, tylko na chwilę.
Brązowa struktura resztki kwiatu róży
W listopadowym ogrodzie fotografuję różę. To roślina w milionach odsłon artystycznych definicji piękna, przemielona przez kulturę, z ciężarem symboliki miłości, namiętności, śmierci bohaterów, matek, dziewic. Nie ma chyba drugiej rośliny tak obciążonej znaczeniami, tak przykrytej warstwami interpretacji, że trudno pod tym wszystkim zobaczyć samą roślinę: łodygę, kolce, liść.
Szczególnie w grudniu. Wtedy piękno przestaje być tematem, zaczyna nim być stan. Fotografuję więc to, co według naszych wyobrażeń było różą, albo to, co miało być owocem róży, ale nie jest ani jednym, ani drugim, utknęło w międzyczasie. Pozostała po nim forma, którą może zmienić tylko czas, deszcz, grzyby i bakterie.
Kolce naostrzone. Dno kwiatowe napuchnięte, w plamach rozkładu. Działki kielicha skurczone paralitycznie, zaciśnięte w jednej pozycji, jakby od dawna nie miały już prawa się poruszyć. Pręciki zgrupowane, brunatne, sklejone. Nie wiem, jak ją nazwać.
Brązowa struktura resztki kwiatu róży z napuchniętym dnem kwiatowym? Gdzie w tej formie kończy się kwiat, a zaczyna owoc? Albo gdzie kończy się jedno i drugie, a zaczyna coś trzeciego? Stan bez nazwy, który będzie trwał miesiące, może dłużej. To ciągle jednak jest róża, tak jak była, wtedy obsypana kwiatami albo w czerwieniach przewieszających się pędów dźwigających owoce.
Starzenie i obumieranie poza kadrem widzenia
Formy pomiędzy nie mieszczą się w naszych kategoriach opisu królestwa roślin.
Bo przecież my, od wieków, uczymy się klasyfikować rośliny według stanów skończonych i w idealnej pozie. Jakby gatunek dało się uchwycić wyłącznie w momencie, gdy wszystko jest jeszcze całe, czyste, rozpoznawalne. Nie pozwalamy tym formom się zestarzeć i gnić, w sensie opowieści: wyrzucamy starzenie poza kadr, poza nazwę.
Metamorfozy w trakcie więdnięcia i umierania nie są dla nas opowieściami o gatunku, tylko o rozpadzie. W opisie zostaje więc wzrost i ciągłe stwarzanie.
Mamy zatem kwiat i mamy owoc, mamy pąk i mamy liść, w atlasach perfekcyjne, do poziomu niemal sztuczności. Mamy postacie wybrane, doprowadzone do czytelności, bez działania czasu. Nie zdążyliśmy jeszcze odnaleźć słów na długie fazy między nimi. Na to, że roślina nie przechodzi od definicji do definicji, tylko trwa, zwalnia, psuje się. Miliardy nasion, które teraz leżą w glebie z tegorocznego opadu, nigdy nie skiełkują: ich zarodki zgniją albo gniją już. Nie będziemy na to patrzeć i nigdy nie patrzyliśmy.
Róża nie jest wyjątkiem, tylko wyciągniętym na światło fragmentem normy opowiadania o roślinach. Przyglądając się temu przykurczonemu zawiniątku, szkieletowi pochodnej kwiatu, już w początkach rozkładu, widzę, jak łatwo zbudować widzenie przyrody na punktach: na stanach wybranych, uprzywilejowanych, bardziej wyobrażonych niż doświadczonych. A jak trudno oprzeć je na przemijaniu, które wyraża się właśnie w przemianach. To one są dominantą czasu roślin, drzew i wielu innych składowych świata ożywionego: przejścia bez nazwy, krótkie epizody ideału i długie, autentyczne trwanie rozpadu.
Walka o przeżycie: fizjologiczna logika trwania
Wczesnozimowe brązy i czernie, echo falujących łodyg z kwiatami: wilgoć i mikroorganizmy rozkładają je zimą powoli, głównie w oknach odwilży, a gdy wraca mróz, lód rozsadza komórki, jeśli została w nich jeszcze woda. Resztki mieszają się z glebą, czasem nawet przez lata. Ale już teraz część życia schodzi pod ziemię.
W tym porządku czasu działają geofity, rośliny całkiem podziemne. Zimą ich związek z ziemią widać najostrzej. Nad powierzchnią wszystko gaśnie: liście umierają i rozsypują się tuż u podstawy łodygi, której zostaje tylko suchy rysunek. Dla nas to wygląda jak koniec. Geofity pokazują bezczelnie, jak bardzo utożsamiamy życie wyłącznie z tym, co widoczne. Gdy część nadziemna zamiera, ciężar trwania przenosi się do kłączy, cebul, bulw, zgrubiałych odcinków osi pędu, do tkanek spichrzowych.
W tych organach nie ma nic do podziwiania dla estety. Ich logika jest fizjologiczna: przechować wodę i węglowodany, utrzymać zdolność wzrostu, przetrwać ucisk gleby, wahania wilgotności i temperatury, kontakt z grzybami, bakteriami, rozkładem. Kwiat to konieczny wypadek w życiu tych brzydali, a cała reszta to długie trwanie w trybie, jaki dla naszego oka jest nieatrakcyjny.
To jednak życie, które nie prosi o świadka. Które trwa pod spodem, w ciemności, w milczeniu komórek odkładających skrobię, czekających na sygnał do wzrostu. A dzieje się to teraz. Pod ziemią żyje brzydkie.
Jesień i zima: najbardziej autentyczne obrazy przyrody
Dlatego jesień i zima są dla mnie porą, w której przyroda wydaje się najbardziej autentyczna. Wiosna jest łatwa do podziwiania, bo jest więcej światła i ciepła, bo daje formy rozpoznawalne i estetycznie atrakcyjne, wytęsknione, bo po okresie mroku. Nie dziwią więc nasze zachwyty nad krokusami, tulipanami. Było przecież tak zawsze. Przez dwieście tysięcy lat szwendaliśmy się po burych stepach. Kto zauważył czerwone jagody, ten je zjadł, ten przeżył, a wrażliwość oka została.
Jednak jesień i zima odsłaniają proces, który w żadnym stopniu nie ma obowiązku być przyjemny w odbiorze. Fenomen rozpadu jest cierpliwy, jest dobry, rozciągnięty, lepki od wilgoci, brudny i długo trzyma nas w zawieszeniu między tym, co jeszcze trwa, a tym, co już nie przypomina siebie z czasu lata. Te fazy pomiędzy są najtrudniejsze do uniesienia, bo nie dają ani triumfu formy, ani czystej puenty końca. A przecież właśnie one są fundamentem przeistoczeń żywych.
Z tego napięcia wymyśliłam instalację artystyczną „Przednówek”. Nie jako opowieść o sezonach, tylko jako formę, która wymusza inne tempo patrzenia. W Pawilonie Polski w Osace, na zaproszenie Moniki Brauntsch, pojawił się projekt, w którym obiektem nie jest piękna roślina, tylko roślina w stanie przejściowym, niepewnym, z pogranicza kategorii.
To sto dwadzieścia żywicznych kul. Każda pokazuje formę, która zwykle nie trafia do atlasu: jeszcze żywy kwiat, prawie rozwinięty liść pomarszczony jak noworodek, popękany pąk, prawie martwy liść, zawiniątko pastorałów paproci wykopanych spod ziemi. Zatrzymane na moment, który normalnie trwa krótko, a potem znika. Te kule wymuszają na człowieku zatrzymanie. Przesuwają na pierwszy plan to, co na co dzień dzieje się za oknem i przechodzi niezauważone. Trzeba tylko stać i patrzeć.
Materiał do instalacji powstawał przez rok, w lesie nieopodal Wołomina i na kampusie SGGW. Od diagnozy, przez całe leczenie. W tym czasie szczególnie wyraźne stało się dla mnie podobieństwo między ciałem a liściem w listopadzie: oba są postawione w miejscu, w którym nie da się już udawać pełni. Można się rozpaść. Można się też ułożyć inaczej. Jest się pomiędzy. Tak jak te sto dwadzieścia roślin nie z atlasu, bez wygodnej kategorii.
Złoty medal za rok bez czerwca
To są czasy, które trwają albo tylko kilka godzin, albo dni, a potrafią zostawić ślad w formie na całe jej życie. W naturze idą dalej: rozpadają się, opadają, kruszą, wsiąkają w glebę niezauważone. W instalacji zostają w tej półprzemianie, uparte w swojej nieczytelności. Fragmenty roślin suszyłam w kryształkach krzemionki, żeby zachować przestrzenność: skręty, odgięcia, zwiotczenia, niestabilności.
Megi Malinowska ze swoim zespołem zatapiała je w żywicy i montowała w obracającą się zasłonę. Wystawa Pawilonu Polski dostała złoty medal Expo. Dziś moja uczelnia stara się uchronić instalację przed utylizacją i sprowadzić ją do naszej biblioteki, żeby była dostępna dla każdego.
W czerwcu na raka umarł mój mąż. Dlatego w instalacji jest mało obiektów z czerwca, nie ma kwiatów, bo jak wtedy szukać kwiatów. Kwiaty, kształtne liście i słońce dostają od razu łatwą zgodę na zachwyt. Mnie teraz interesuje to, co nie prosi o podziw: stany przejściowe, niedoskonałe, długie, brązowiejące, rozciągnięte w czasie.
Tak jak dziś za oknem. Patrz.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z 
- Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
- Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
- 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz
Najniższa cena przed promocją 29,90 zł



















