Życie odradza się w Rakce

O to syryjskie miasto toczyły się kiedyś zacięte walki, naloty równały je z ziemią. Dwa lata później mieszkańcy wciąż obawiają się, co przyniesie im przyszłość.
z Rakki (Syria)

30.07.2019

Czyta się kilka minut

Plac Naim w centrum dawnej stolicy Państwa Islamskiego, lipiec 2019 r. / PAWEŁ PIENIĄŻEK
Plac Naim w centrum dawnej stolicy Państwa Islamskiego, lipiec 2019 r. / PAWEŁ PIENIĄŻEK

Kocham Rakkę” – można wyczytać z ustawionych koło siebie liter. Słowo „kocham” jest przedstawione za pomocą serca.

Litery ustawiono na placu An-Naim w samym centrum miasta. Naim oznacza „raj”, jednak w ostatnich latach bliżej było mu do piekła. To właśnie na tym placu bojownicy Państwa Islamskiego, którzy z Rakki uczynili swoją nieformalną stolicę, dokonywali egzekucji, a ścięte głowy umieszczali na pobliskim ogrodzeniu.

Potem, latem i jesienią 2017 r., miasto zamieniło się w plac boju. Także na plac Naim spadały bomby i pociski, budynki uginały się pod nimi. Wokół placu stopniowo zamierało życie. Pozamykały się sklepy i knajpy z miejscowymi fast foodami. W okolicach placu Naim dżihadyści bronili się niemal do samego końca.

Po zajęciu miasta przez kurdyjsko-arabskie Syryjskie Siły Demokratyczne, wspierane przez międzynarodową koalicję ze Stanami Zjednoczonymi na czele, plac długo wyglądał tak, jakby bitwa zakończyła się wczoraj. Pojawił się tylko posterunek, na którym sprawdzano przejeżdżających przez niego mieszkańców. Naim jednak nie żył swoim dawnym rytmem.

Teraz jest inaczej. W tym roku ukończono remont fontanny znajdującej się pośrodku placu. Zlikwidowano budzące złe wspomnienia ogrodzenie, a samą fontannę rozbudowano. Rondo, na którym się znajduje, wyłożono jasnym kamieniem.

Dziś plac Naim wyróżnia się znacząco od tego, co go otacza. Ma być symbolem, że do miasta znowu wraca życie.

Gdy nadeszła wojna

Rakka, która przed wojną liczyła 200 tys. mieszkańców, znajduje się w północnej Syrii i jest oddalona o niemal 370 km od stołecznego Damaszku. To między innymi w niej działa się historia syryjskiej wojny, w której od 2011 r. zginęło przynajmniej pół miliona ludzi, i która ponad połowę populacji kraju zmusiła do opuszczenia domów.

W marcu 2013 r., dwa lata po rozpoczęciu protestów w Syrii, które z czasem zamieniły się w wojnę, Rakka wpadła w ręce sił antyrządowych. Była to pierwsza stolica prowincji, zajęta przez ugrupowania walczące z prezydentem Baszarem al-Asadem. To nie jedyny rekord tego miasta.

Już niecały rok później wpadła w ręce Państwa Islamskiego. Tym razem Rakka była pierwszym miastem, nad którym kontrolę przejęło to ugrupowanie. Kilka miesięcy później dżihadyści zajęli także rozległe terytoria w Iraku i Syrii oraz ogłosili powstanie samozwańczego kalifatu, państwa bożego na ziemi.

Na niemal trzy lata Rakka stała się jednym z kluczowych ośrodków kontrolowanych przez Państwo Islamskie. Była też ostatnim dużym miastem, w którym uchowała się organizacja. Walki o Rakkę trwały cztery miesiące. Dżihadyści zamienili je w fortecę – wykopali tunele, przygotowali pozycje i liczne miny-pułapki. Według danych Syryjskiego Obserwatorium Praw Człowieka z siedzibą w Londynie, na skutek walk zginęło co najmniej 3360 ludzi, z czego przynajmniej 1300 to ofiary cywilne.


Czytaj także: Paweł Pieniążek z Syrii: Państwo Islamskie wciąż walczy


W ciągu trzech lat z samolotów zrzucono na Rakkę ponad 4,5 tysiąca bomb. To przede wszystkim one sprawiały, że wykonane z niskich jakości surowców budynki obracały się w sterty gruzu. – Największym wyzwaniem, z którym się teraz mierzymy, jest odbudowa. Miasto zostało całkowicie zniszczone – mówi Basem al-Abed, rzecznik prasowy Cywilnej Rady Rakki.

Cywilna Rada to administracja ustanowiona przez Syryjskie Siły Demokratyczne. Została stworzona w 2017 r., na dwa miesiące przed rozpoczęciem ofensywy na miasto. Od 2018 r. rezyduje w rozległym budynku na obrzeżach miasta.

Kosztowna odbudowa

Według szacunków administracji, ­80-90 proc. miasta było zniszczone lub uszkodzone, w szczególności infrastruktura, a „setki milionów” dolarów są potrzebne, by przywrócić je do stanu, w jakim znajdowało się przed wojną.

Wokół fontanny trochę się zmieniło w ciągu niemal dwóch lat. Otworzyło się kilka sklepów na placu, z mniejszym rozmachem funkcjonuje legendarna lodziarnia, która w Rakce była od przysłowiowego zawsze. Jeden ze zniszczonych budynków, którego piętra jakby poskładały się na sobie, został niemal doszczętnie rozebrany.

Miasto jednak wciąż usłane jest ruinami. Tylko ulice zostały odgruzowane i stały się przejezdne. Wiele budynków nie nadaje się do zamieszkania. Ich mieszkańcy żyją u bliskich lub w obozach dla uchodźców wewnętrznych. – Nie jesteśmy w stanie zrekompensować ubogim ludziom domów, które zostały zniszczone w całości lub częściowo – twierdzi Abed.

Lokalne władze zapewniają, że na razie ich priorytetem jest przywrócenie usług komunalnych, służby zdrowia i edukacji. Jeszcze w 2018 r. niemal w całym mieście popłynęła woda w kranach. Działa też sieć telefoniczna i internet. Odbudowano most nad Eufratem, a także kilka symbolicznych miejsc – jak plac Naim.

Odbudowę spowalniają przede wszystkim ograniczone fundusze. Według danych Cywilnej Rady Rakki, tylko na naprawę sieci elektrycznych potrzeba ok. 10 mln dolarów. Wciąż większość miasta jest pozbawiona prądu. Mieszkańcy korzystają z agregatów prądotwórczych na mazut. Dzięki nim są w stanie mieć prąd od czasu do czasu – do codziennego życia lub pracy – bo mało kto jest w stanie pozwolić sobie na to, aby urządzenie pracowało całą dobę.

W poszukiwaniu spokoju

– Co zarobimy w ciągu dnia, wydajemy na agregaty – narzeka Abdul Hadż Halaf.

To nie jest jego prawdziwe imię. Jak wielu mieszkańców, nie chce ujawniać swojej tożsamości. Tłumaczy, że ludzie tutaj przeżyli już tyle dramatów, że wolą unikać potencjalnych problemów.

Hadż Halaf ma 35 lat, a przynajmniej tak mówi. Gdy się spotkaliśmy, szedł za rękę z kilkuletnim synem po centrum miasta.

Nie tylko administracja nie ma bowiem pieniędzy. W mieście trudno jest o pracę. Kto ma choć trochę większe fundusze, otwiera własny sklep, skromną knajpę, cukiernię lub świadczy proste usługi. Reszta łapie fuchy, jakie się nadarzą. Zazwyczaj można takie znaleźć w budowlance, gdzie praca jest zlecana z dnia na dzień. W takim trybie trudno planować przyszłość.

Muhammed Ali ma 28 lat. Od wybuchu wojny musiał przeprowadzać się przynajmniej siedem razy, przez chwilę pracował w Turcji. Mówi, że za każdym razem chciał tylko pokoju i pewności jutra. I za każdym razem doganiała go wojna (z wyjątkiem pobytu w Turcji, z której jednak wrócił, bo tęsknił za domem).

– Gdzieś przyjeżdżałem, a po jakimś czasie wybuchały tam bomby, więc szukałem kolejnego miejsca – mówi Ali.

Opowiada, że miał problemy z reżimem Asada, bo brał udział w protestach antyrządowych w 2011 r. Wówczas rzesze Syryjczyków wychodziły na ulice swoich miast w całym kraju. Wtedy, na początku, był to czas optymizmu, na fali Arabskiej Wiosny, która przetaczała się przez Bliski Wschód i Afrykę Północną. Ali twierdzi, że chciał wyłącznie swobody, i że nigdy nie walczył z bronią w ręku.

– Domagaliśmy się wolności nie po to, aby sięgnąć po broń i walczyć przeciwko naszym kuzynom, wujkom, braciom i ojcom – mówi. – Rozwiązanie polityczne powinno zadowolić wszystkich.

Niewidzialny sufit

Ali jest wygadany. Opowiada, że studiował turystykę w rodzinnym Homs, mieście w środkowej Syrii, gdzie antyrządowa rebelia była wyjątkowo silna. A potem musiał porzucić naukę. Bał się, że trafi do więzienia za udział w protestach.

Teraz mieszka w Rakce, która najgorsze wydaje się mieć za sobą. Ali jednak nie może znaleźć pracy. Zatrudnia się jako robotnik najemny. Mówi, że nie udaje mu się pracować codziennie i nie wystarcza mu to na samodzielne życie. Uważa, że przegrywa w przedbiegach o lepsze pozycje, bo jest z innego miasta, nie ma tu bliskich ani przyjaciół, którzy pomogliby przebić niewidzialny sufit koneksji.

– Jeśli chcesz się gdzieś zatrudnić, masz dyplomy, ale nie znasz nikogo, to nie znajdziesz normalnej pracy – mówi Ali. – Kierownik najpierw zatrudni każdego ze swojego klanu czy rodziny.

Alego spotykam w zakładzie fryzjerskim. Oprócz niego i fryzjera jest jeszcze pięciu mężczyzn w podobnym wieku. Fryzjer nie chce podać swojego imienia. Prosi, by nazywać go Ahmedem. Twierdzi, że mieszkańcy Rakki weszli w nowy etap, który nastąpił wraz z odbiciem miasta z rąk Państwa Islamskiego. To czas odbudowy i zaspokojenia społecznych potrzeb, takich jak właśnie znalezienie pracy.

Ahmed pokazuje na siedzących mężczyzn, którzy raczej nie przyszli, aby się ostrzyc, lecz po prostu posiedzieć. Uważa, że to niedopuszczalne, by o godzinie piętnastej zbijali bąki.

– Siedzi tu sześciu gości, chcą pracy, ale nie mogą jej znaleźć – komentuje. – Minęły dwa lata od wyzwolenia, a ludzie wciąż nie mają swoich domów, sklepów, pieniędzy ani żadnych możliwości.

Motory na czarnej liście

Ali dodaje, że do marnego wynagrodzenia i niepewności jutra dochodzi jeszcze kwestia braku poczucia bezpieczeństwa. To wszystko powoduje, że trudno mu wybiegać myślami w przyszłość. Liczy się to, co tu i teraz.

– Codziennie, gdy pracujesz na zewnątrz, nie wiesz, czy przeżyjesz – mówi Ali.

Ma na myśli zamachy samobójcze i wybuchy bomb-pułapek, które ciągle zdarzają się w Rakce. Chociaż ostatnio z mniejszą częstotliwością. Jedną z przyczyn poprawy bezpieczeństwa była kontrowersyjna decyzja, zakazująca poruszania się po mieście na motocyklach. W Rakce zawsze było ich pełno. To tani środek transportu, na który – w przeciwieństwie do samochodu – może pozwolić sobie niemal każdy. Dlatego ta decyzja uderza w najmniej zamożnych.

– Tym zakazem bardzo utrudnili nam życie – potwierdza Hadż Halaf.

W Cywilnej Radzie Rakki bronią jednak swojej decyzji. Basem wyjaśnia, że większość bomb-pułapek, które wybuchały w ostatnich miesiącach, była zamontowana na motocyklach. Zamachowcy wysadzali się przy posterunkach i bazach wojskowych.

W Rakce i okolicach dochodzi też do skrytobójstw. Ich ofiarami padają przedstawiciele lokalnych władz, klanów i milicji, należących do Syryjskich Sił Demokratycznych.

W większości przypadków podejrzenia padają na Państwo Islamskie, którego komórki, jak słyszymy, wciąż operują w mieście.

Nie wiadomo jednak, jak silne pozostały siatki dżihadystów i jakie stanowią zagrożenie dla sił stacjonujących w Rakce i mieszkańców. Dla Basema z Cywilnej Rady Rakki ich cel jest jasny: siać chaos. Brak poczucia bezpieczeństwa to sposób, aby mieszkańcy stracili zaufanie do miejscowych władz.

Cofnąć czas

Dżihadystom wciąż udaje się siać strach. Wielu napotkanych ludzi w ogóle nie chciało rozmawiać. Tłumaczyli tylko, że boją się zamachów, które mogliby na siebie ściągnąć, rozmawiając z dziennikarzem.

Hadż Halaf przyznaje, że bomby nie wybuchają już tak często jak dawniej, ale dodaje: – Cały czas się boimy.

Hadż Halaf, Ahmed i Ali zapewniają, że doceniają zmiany, które zachodzą w Rakce. Natomiast wszyscy trzej wyzbyli się nadziei. To znaczy: nie marzą o przyszłości.

Gdyby to było możliwe, chcieliby przywrócić przeszłość. Hadż Halaf mówi, że prosi Boga, aby znowu mogli żyć jak dawniej. ©

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarz, stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego". Relacjonował wydarzenia m.in. z Afganistanu, Górskiego Karabachu, Iraku, Syrii i Ukrainy. Autor książek „Po kalifacie. Nowa wojna w Syrii", „Wojna, która nas zmieniła" i „Pozdrowienia z Noworosji".… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 31/2019