W zeszłym tygodniu Rosjanie, wraz z malijskich wojskiem rządowym zapuścili się w okolice niewielkiego miasteczka Tinzaouaten, tuż przy granicy z Algierią, by dopaść partyzancki oddział Tuaregów, domagających się utworzenia własnego państwa, Azawadu, na pustynnej północy Mali, a także sąsiedniego Nigru.
Jesienią Rosjanie pomogli malijskiemu wojsku odbić z rąk Tuaregów miasto Kidal, ich stolicę i twierdzę. To wtedy niedobitki tuareskiej partyzantki wycofały się na skaliste, bezludne pogranicze z Algierią. I właśnie tam rosyjscy najemnicy i malijskie wojsko urządzili obławę. W poniedziałek pościg przegnał partyzantów z oazy In Afarak i pewny, zbyt pewny siebie ruszył za nimi na pustynię. W czwartek okazało się, że Tuaregowie wciągnęli Rosjan w pułapkę. Gdy najemnicy wraz z malijskim wojskiem wjechali do jednego z wąwozów, zaatakowali ich czekający na wzgórzach partyzanci.
Tuaregowie, dużo liczniejsi i zajmujący dogodne stanowiska strzeleckie, zdziesiątkowali przeciwników, których ich wozy pancerne i ciężarówki zostały zniszczone na podłożonych na drodze minach. Partyzanci zestrzeli też śmigłowiec wezwany przez Rosjan na pomoc. Zadanie ułatwiła im burza piaskowa. Drugi śmigłowiec z odsieczą dla najemników musiał zawrócić i rozbił się w Kidalu podczas awaryjnego lądowania. Najemnicy rzucili się do ucieczki, ale na drodze czekali już na nich kolejni wrogowie: dżihadyści z miejscowej filii al-Kaidy.
Według rozmaitych źródeł w pustynnej bitwie zginęło co najmniej 50 rosyjskich najemników (nie brakuje wieści, że ofiar mogło być ponad 80 – tak twierdzi m.in. Wassim Nasr z ośrodka badawczego Soufan, który twierdzi, że policzył zabitych na zdjęciach i filmach opublikowanych przez partyzantów), a kilkunastu dostało się do niewoli. „Zostało nas już tylko trzech” – jeden z rosyjskich portali przytoczył ostatni meldunek otoczonych najemników. Zginąć miał co najmniej jeden z dowódców rosyjskiego Korpusu Afrykańskiego – Siergiej Szewczenko, a według niepotwierdzonych wiadomości także Anton Jelizarow, który został dowódcą Grupy Wagnera po śmierci jej założycieli i przywódców, Jewgienija Prigożyna i Dmitrija „Wagnera” Utkina. Po ich śmierci Grupa Wagnera została oficjalnie podporządkowana rosyjskiemu ministerstwu obrony, przemianowana na Korpus Afrykański, a na jego naczelnego dowódcę został wyznaczony wiceminister obrony Junus-bek Jewkurow.
W Mali pierwotnie miało stacjonować tysiąc żołnierzy Korpusu Afrykańskiego, ale w styczniu dowództwo ogłosiło, że zamierza dopiero zwiększyć liczebność kontyngentu z setki do około trzystu – jeśli dodatkowych najemników jeszcze nie przysłano, oznaczałoby to, że w zeszłotygodniowej bitwie „wagnerowcy” w Mali zostali wybici do nogi. W zasadzce zginęło też kilkunastu żołnierzy malijskich, a partyzanci podali, że stracili około dwudziestu ludzi. Ich łupem padły także zdobyte na najemnikach broń i amunicja, wozy pancerne, ciężarówki i cysterny z paliwem. Na opublikowanych w internecie filmach i zdjęciach pokazują też zabitych i wziętych do niewoli najemników. Na jednym z filmów tuareski partyzant grozi jeńcom, że pośle ich wszystkich do Ukrainy.
Ślad ukraiński
Ukraiński wywiad wojskowy ogłosił zresztą, że to jego ludzie przekazali malijskim partyzantom wiadomości, kiedy i którędy będzie ich ścigał oddział rosyjskich najemników. „Otrzymali wszystkie potrzebne informacje, by udanie przeprowadzić operację zbrojną przeciwko rosyjskim zbrodniarzom wojennym” – oświadczył rzecznik ukraińskiego wywiadu wojskowego HUR Andrij Jusow. Pytany, czy w pustynnej bitwie w Mali uczestniczyli też ukraińscy komandosi, Jusow odmówił odpowiedzi. „Nie mogę jeszcze wyjawić wszystkich szczegółów, ale możecie się spodziewać, że to nie koniec” – powiedział. Ukraiński wywiad wojskowy przyznaje, że jego komandosi i snajperzy uczestniczyli w operacjach przeciwko „wagnerowcom” w Syrii i Sudanie.
Anglojęzyczna, wydawana w Kijowie gazeta internetowa „Kyiv Post” opublikowała w poniedziałek fotografię tuareskiego partyzanta z ukraińską flagą w rękach. Redakcja twierdzi, że zdjęcia zostało zrobione w Mali. BBC potwierdziła, że zdjęcie rzeczywiście zostało zrobione w Mali, tyle że w czerwcu, a na oryginale partyzant trzyma w rękach flagę niepodległego, tuareskiego państwa Azawadu, a nie ukraińską.
Kreml słowem nie wspomniał o swoich najemnikach zabitych w Mali. „W razie czego powiedzą, że byli to najemnicy od Wagnera” – orzekł John Lechner, niezależny badacz, specjalizujący się w sprawach rosyjskiej obecności w Afryce. – „Na najemników zwala się winę za porażki, a sukcesy przypisuje się podległemu rządowi Korpusowi Afrykańskiemu”.
Rosyjskie stacje telewizyjne i agencja informacyjna TASS sugerują, że Tuaregom pomogli życzliwi im zawsze Francuzi, aby zemścić się na wojskowych władzach Mali, które wyprosiły ich z kraju. Tylko kremlowska telewizja „Russia Today” oskarżyła Ukrainę, że wspiera tuareskich separatystów, a nawet szkoli ich u siebie, jak obchodzić się z najnowocześniejszym orężem.

Bunt Tuaregów
Tuaregowie walczą o własne państwo, odkąd Francja postanowiła pożegnać się z jej koloniami w Afryce i podzielić je na niepodległe kraje. Paryż nie przyznał im wtedy Azawadu, ale rozdzielił ich między Algierię, Libię, Mali, Niger i Burkina Faso (dawną Górną Woltę). Rozgoryczeni i uskarżający się, że w nowych państwach traktuje się ich jak obywateli gorszej kategorii, Tuaregowie nieraz podnosili bunty i zbrojne powstania, zwłaszcza w Mali i Nigrze.
Ostatnie z nich, wywołane podczas Arabskiej Wiosny 2011 r., przyniosło wreszcie Tuaregom zwycięstwo, choć jedynie na chwilę. Po obaleniu libijskiego tyrana Muammara Kadafiego, uzbrojeni po zęby w jego zdobytych arsenałach, ruszyli do Mali, by na jego północy wykroić dla siebie własny kraj. Malijskie wojsko poddawało kolejne miasta niemal bez bitwy, w Bamako doszło do zamachu stanu i w całym kraju zapanował chaos. Wiosną 2012 r. Tuaregowie ogłosili, że na ziemiach na północ od Timbuktu, aż do granicy z Algierią panować będzie odtąd ich niepodległe państwo Azawad.
Tuaregowie nacieszyli się nim ledwie dwa miesiące. Na początku kwietnia 2012 r. ogłosili niepodległość Azawadu, a już w czerwcu ich dotychczasowi towarzysze broni z saharyjskiej filii al-Kaidy pokonali ich w krótkiej, bratobójczej wojnie i przemianowali Azawad na kalifat. Rozzuchwaleni ruszyli na południe, na Bamako i dopiero na rogatkach malijskiej stolicy zatrzymali ich sprowadzeni na pomoc francuscy spadochroniarze i Legia Cudzoziemska. Francuzi pobili nacierających dżihadystów, ale choć sprowadzili do Mali pięć tysięcy żołnierzy, nie zdołali ich ostatecznie rozgromić, a po kilku latach przytłumiona tylko święta wojna znów wybuchła z nową siłą nie tylko w Mali, ale też w sąsiednim Burkina Faso.
Część Tuaregów przystała do dżihadystów, inni dali się przekonać Francuzom do kompromisu z nowym rządem Mali (pod ochroną francuskich żołnierzy urządzono wybory), a zawarta w 2015 r. ugoda obiecywała im autonomię. Niepowodzenia w wojnie z dżihadystami, a także nieudolność i korupcja władz doprowadziły do wojskowych zamachów stanu w 2020 i 2021 r., a rządzący generałowie wypowiedzieli przyjaźń Francji, zarzucając jej, że bardziej wtrąca się w malijskie sprawy, niż przykłada się do wojny z dżihadystami. Te same powody podawali wojskowi, którzy dokonali zamachów stanu w Burkina Faso (w styczniu i jesienią 2022) oraz Nigrze (2023) i którzy także wyprosili ze swoich krajów Francuzów (wojskowi z Nigru kazali się też wynosić Amerykanom).
W miejsce Francuzów najpierw wojskowi z Mali, a później także ich sąsiedzi z Burkina Faso i Nigru sprowadzili rosyjskich najemników, którzy obiecali, że nie będą się ceregielić z dżihadystami i szybko utopią ich rebelie we krwi. Przybycie Rosjan (Mali płaci im 10 mln dolarów miesięcznie oraz daje licencje na kopalnie złota) w grudniu 2021 r. sprawiło, że pewni siebie wojskowi z Bamako wypowiedzieli też porozumienie z Tuaregami. I tak w zeszłym roku na nowo wybuchła partyzancka wojna.
Pod koniec zeszłego roku szala zwycięstwa przechyliła się na stronę Bamako i rosyjskich najemników, którzy jesienią wyparli Tuaregów z ich stolicy i twierdzy w Kidalu, a wiosną i latem zaczęli coraz bardziej spychać ich na algierskie pogranicze. Karta odwróciła się dopiero pod koniec lipca, w krwawej bitwie pod Tinzaouaten.
Skaza na wizytówce wagnerowców
Lipcowa klęska, najkrwawsza, jaką ponieśli rosyjscy najemnicy w Afryce, nie była ich pierwszą przegraną wojną na Czarnym Lądzie. W 2019 r. całkowitą klapą zakończyła się ich wyprawa wojenna do Mozambiku, gdzie mieli zwalczyć rebelię tamtejszych dżihadystów, zagrażających najbogatszym na świecie polom gazu ziemnego w północnej prowincji Cabo Delgado. Wtedy szybko podziękowano im za służbę i zastąpiono najemnikami z Południowej Afryki. Rok później jeszcze większym niepowodzeniem zakończyła się wyprawa wagnerowców na libijską stolicę, Trypolis, gdzie pomagali armii samozwańczego marszałka polnego Chalify Haftara z położonej na wschodzie kraju Cyrenajki. Na przedpolach Trypolisu wojska Haftara i „wagnerowcy” zostali rozgromieni przez tureckie drony, sprowadzone na pomoc przez rząd i milicje zbrojne zachodniej Trypolitanii.
Swój jedyny sukces w Afryce rosyjscy najemnicy odnieśli w 2018 r. w Republice Środkowoafrykańskiej, gdzie za gotówkę, a przede wszystkim kopalnie złota i diamentów, ocalili władzę tamtejszego prezydenta, a jego kraj przerobili na pierwszy rosyjski protektorat w Afryce. Stacjonują tam do dziś, strzegąc pałacu ubezwłasnowolnionego prezydenta, pilnując oddanych im kopalni i zapędzając do pracy w nich miejscową ludność.
W RŚA, a ostatnio w Mali, rosyjscy najemnicy stosują te same metody walki – nie podejmują bitew, nie urządzają obław na partyzantów, lecz raczej pacyfikują wioski podejrzewane o sprzyjanie rebelii. W Mali ofiarą pacyfikacji padają głównie muzułmanie z ludu Fulanich, którzy od lat narzekają na prześladowania ze strony rządzących w Bamako chrześcijan z południa. Gromieni przez rosyjskich najemników i rządowe wojsko, nie mogąc liczyć na niczyją opiekę (wojskowi z Bamako wyprosili z kraju także wojska ONZ), chcąc nie chcąc przyjmują pomoc od dżihadystów, uzurpujących sobie rolę jedynych obrońców islamu.
Według obrachunków zachodnich organizacji dobroczynnych i miejscowych działaczy praw człowieka, rosyjscy najemnicy dopuszczają się w Mali, a także w Republice Środkowoafrykańskiej wojennych zbrodni na ludności cywilnej (po bitwie pod Tinzaouaten dżihadyści ogłosili, że urządzili zasadzkę na rosyjskich najemników, by pomścić „masakry, jakie z ich strony cierpią mieszkańcy północy Mali”). Przez nich zginęło już ponad tysiąc cywilów, a wojna, zamiast cichnąć, tylko się rozpala. Obrońcy praw człowieka obawiają się, że na krwawą zasadzkę pod Tinzaouten malijskie wojsko i Rosjanie odpowiedzą kolejnymi, jeszcze brutalniejszymi pogromami opornych wiosek. W tym tygodniu malijskie wojsko ostrzelało już z dronów tamtejsze kopalnie złota, zabijając co najmniej kilkanaście osób. Władze z Bamako ogłosiły, że zginęli rebelianci, a celem ataku były ich kryjówki i magazyny broni. W rzeczywistości zginęli ubodzy poszukiwacze złota z Nigru, Nigerii, Czadu i Sudanu, którzy przybyli do malijskiej kopalni w nadziei na zarobek.
Tą brutalnością władze Mali zraziły do siebie Algierię, regionalne mocarstwo, życzliwe od lat Rosji, oraz Mauretanię, udzielającą schronienia ofiarom wojen domowych w Mali i Burkina Faso. Algieria odwołała z Bamako swojego ambasadora, a zgodnie z zasadą, że wróg mojego wroga staje się sojusznikiem, tuarescy partyzanci znów zaczęli zawiązywać przymierza z dżihadystami i przeprowadzać z nimi wspólne operacje zbrojne. Dżihadyści nabrali animuszu i wciąż walcząc między sobą (filie al-Kaidy przeciwko wilajetom Państwa Islamskiego) nasilili ataki przeciwko wspólnym wrogom. W czerwcu w Burkina Faso dżihadyści zabili ponad stu żołnierzy z tamtejszego wojska, a w Nigrze, do zeszłorocznego zamachu stanu dość spokojnym, wojna nasiliła się i zginęło w niej dwa razy więcej ludzi niż rok przed puczem. W połowie lipca dżihadyści zorganizowali bunt w więzieniu Koutoukale niedaleko stolicy Nigru i uwolnili z niego kilkudziesięciu swoich towarzyszy.
Mnożące się w ostatnich tygodniach ataki dżihadystów i tuareskich partyzantów, a także narastająca niechęć tubylców do Rosji, jeszcze niedawno uwielbianej zbawicielki, sprawiły, że pod koniec lipca rosyjska ambasada w Bamako wezwała swoich obywateli, by nie wybierali się w podróże do Mali ani w ogóle do Sahelu.
Klęska pod Tinzaouaten nadwyrężyła i tak już mocno przesadzoną legendę o rzekomym wojennym mistrzostwie i skuteczności rosyjskich najemników. Mając na koncie więcej klęsk niż zwycięstw i zszarganą opinię okrutników i grabieżców, trudniej im będzie znaleźć nowych pracodawców, o co zabiega gospodarz Kremla, a niepowodzenia, co gorsza, mogą zasiać zwątpienie nawet wśród tych, którzy podpisali już z Kremlem stosowne cyrografy. Obrazy zabitych i wziętych do niewoli najemników mogą też sprawić, że Korpusowi Afrykańskiemu, nowemu wcieleniu najemniczej korporacji Wagnera, trudniej będzie werbować ochotników na łatwe i dochodowe wyprawy wojenne gdzieś na końcu świata, daleko od ukraińskich stepów.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















