Wyjątkowo fatalne, krwawe lato przyszło w chwili – zdawałoby się – największego triumfu Kremla na Sahelu. W Mali, Burkina Faso i Nigrze władzę przejęli wspierani przez Rosję zamachowcy w mundurach, którzy wyprosili ze swoich krajów stacjonujące tam wojska Francji, Unii Europejskiej i ONZ, a na ich miejsce zaprosili rosyjskich najemników z Korpusu Afrykańskiego, dawnej najemniczej korporacji Wagnera. Niger i Burkina Faso wyprosiły też ze swoich stolic, Niamej i Ouagadougou, ambasadorów Francji, za to swoją ambasadę w Ouagadougu, zamkniętą po rozpadzie Związku Sowieckiego w 1991 roku, otworzyła Rosja.
W tym tygodniu z Nigru zostali wycofani także Amerykanie, których jeszcze niedawno stacjonowało tam ponad tysiąc. Zwinęli się przed terminem, który wojskowi przywódcy Nigru wyznaczyli im na połowę września. W lipcu oddali gospodarzom niewielką bazę w Niemej, a w poniedziałek przekazali im klucze do wielkiej, zbudowanej za ponad 100 milionów dolarów bazy w pustynnym Agadezie, skąd tropili przez ostatnich dziesięć lat afrykańskich dżihadystów na Sahelu, równie niedostępnym i pozbawionym dróg co Afganistan, za to pięciokrotnie rozleglejszym. Francuzi, opuszczając bazy w Nigrze, wszystko z nich zabrali, a czego nie mogli zabrać – zniszczyli. Amerykanie zostawili bazy w Niamej i Agadezie w idealnym porządku w nadziei, że kiedyś jeszcze do nich wrócą.

Rosyjscy najemnicy od lat stacjonują w Republice Środkowoafrykańskiej i Cyrenajce na wschodzie Libii, a także uczestniczą w wojnie domowej w Sudanie. Do niedawna, mając na oku tamtejsze kopalnie złota, wspierali zbrojnie buntowników z Darfuru, ale ostatnio Kreml opowiedział się po stronie sudańskiego rządu w nadziei, że ten spłaci dług zgodą na rosyjską bazę wojenną w czerwonomorskim Port Sudanie. Wojskowy dyktator rządzi od 2021 roku życzliwą Moskwie i bogatą w boksyty Gwineą, dyktator z Czadu, który dotąd trzymał z Zachodem, po zwycięstwie w wiosennych wyborach zaczął przebąkiwać, że będzie chciał się pozbyć żołnierzy z Francji i Zachodu. Także nowi prezydent i premier Senegalu, zwycięzcy wiosennej elekcji, zapowiadają, że będą chcieli pożegnać stacjonujących w ich kraju Francuzów.
Ale przejąwszy od Zachodu kontrolę na Sahelem, latem Kreml posmakował też kosztów, jakie pociągnie za sobą rosyjski protektorat w Afryce. Pod koniec lipca w kilkudniowej bitwie z Tuaregami i wspierającymi ich dżihadystami, na pograniczu Mali i Algierii zginęła prawie setka rosyjskich najemników (i pół setki żołnierzy malijskiego wojska).
Dodatkowo Tuaregowie ogłosili, że wzięli do niewoli siedmiu najemników, a kilka dni później filia Al-Kaidy z Sahelu opublikowała w sieci film z dwoma uprowadzonymi rosyjskimi inżynierami-geologami z Nigru. Zostali uprowadzeni w złotonośnym regionie Tillaberi na pograniczu Nigru, Mali i Burkina Faso, twierdzy dżihadystów. Dotąd na Sahelu ginęli żołnierze Zachodu (Francuzi stracili ponad pół setki żołnierzy) i „błękitne hełmy” (zginęło ponad trzystu, a misja w Mali okazała się najkrwawszą i najkosztowniejszą w dziejach ONZ). Do niewoli dżihadystów trafiali obywatele Zachodu (w ostatnich dziesięciu latach porwano ich co najmniej 25; zwykle uwalniano ich za okup). Odkąd Rosja wyparła z Sahelu Zachód, jej obywatele padają ofiarą tamtejszych dżihadystów i wszelkiej maści rebeliantów.
Ukraińcy kontra Rosjanie
Od co najmniej roku rosyjscy najemnicy muszą mierzyć się w Afryce z przeciwnikiem, doskonale znanym, ale znad Dniepru i Dońca. „Wszędzie, gdzie to możliwe, prowadzimy operacje mające na celu osłabienie rosyjskiej potęgi wojskowej” – oświadczył w maju Kyryło Budanow, szef ukraińskiego wywiadu wojskowego HUR. Budanow opowiadał wówczas o filmach i zdjęciach pokazujących ukraińskie drony i snajperów, walczących w Sudanie ze wspieranymi przez rosyjskich najemników buntownikami z Darfuru. Ostatnio Kreml opowiedział się po stronie sudańskiego rządu i jeśli zabronił najemnikom z Korpusu Afrykańskiego nadal dostarczać broń Darufczykom, Sudan byłby jedynym na świecie miejscem, gdzie Rosja i Ukraina miałyby tego samego wroga i tego samego sojusznika. Jeśli zaś podlegli Kremlowi najemnicy nadal dostarczają broń Darfurczykom, Rosja w Sudanie wspiera obie walczące ze sobą strony wojny domowej.
Pod koniec lipca, po krwawej bitwie na malijsko-algierskim pograniczu, gdzie według Tuaregów zabitych zostało 84 Rosjan, rzecznik ukraińskiego wywiadu wojskowego Andrij Jusow ogłosił, że „Tuaregowie otrzymali niezbędne informacje wywiadowcze – i nie tylko informacje – które pozwoliły im rozgromić rosyjskich zbrodniarzy wojennych”.
W zeszłą niedzielę wojskowe władze Mali ogłosiły, że zrywają stosunki dyplomatyczne z Ukrainą. „Przedstawiciel ukraińskiego wywiadu przyznał, że Ukraina brała udział w tchórzowskim, zdradzieckim i barbarzyńskim ataku, podjętym przez zbrojnych terrorystów” – oświadczył płk Abdoulaye Maiga, rzecznik junty z Bamako, zarzucając Ukrainie pogwałcenie suwerenności Mali. Dwa dni później w geście solidarności z Mali stosunki z Ukrainą zerwał też Niger, a rzecznik tamtejszej junty zapowiedział, że Niamej zażąda od Rady Bezpieczeństwa ONZ, by zajęła się sprawą „napaści” Ukrainy na Mali.
Także Senegal, sąsiad Mali, wezwał na dywanik ukraińskiego ambasadora z Dakaru Jurija Piwowarowa za to, że na oficjalnej stronie internetowej kierowanej przez siebie placówki umieścił (i zaraz skasował) oświadczenie popierające partyzancki atak na rosyjskich najemników i żołnierzy Mali. Protesty zgłosiły też Gwinea, Gwinea-Bissau, Wybrzeże Kości Słoniowej i Liberia, w których akredytowany jest Piwowarow.
Ministerstwo dyplomacji z Kijowa odrzuciło wszystkie zarzuty, twierdząc, że żaden przedstawiciel ukraińskich władz nie przyznał się do udziału jego państwa w lipcowej bitwie na malijsko-algierskim pograniczu, a rzecznik Jusow stwierdził co prawda, że partyzanci otrzymali wywiadowcze wsparcie, ale nie powiedział przecież, że otrzymali je od Ukrainy.
Ukraiński minister dyplomacji Dmytro Kuleba, który podróżował właśnie po trzech afrykańskich prozachodnich państwach, Zambii, Malawi i Mauritiusie, ani słowem nie skomentował awantury, za to rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa oświadczyła, że „nie potrafiąc pokonać Rosji na polu bitwy, zbrodniczy reżim Wołodymyra Zełenskiego, próbuje otworzyć drugi front wojny w Afryce i wspiera tam terrorystyczne ugrupowania w krajach przyjaznych Moskwie”.
Rosyjskie flagi w Afryce
W tym tygodniu rosyjskie flagi pojawiły się podczas antyrządowych demonstracji w Nigerii, zachodnioafrykańskim mocarstwie, najludniejszym, ponad 250-milionowym kraju Afryki. Uliczne protesty „Dziesięciu dni gniewu”, zwołane przez nigeryjską młodzież (zainspirowaną buntem jej rówieśników z Kenii z przełomu czerwca i lipca), miały być protestem przeciwko prowadzonej przez prezydenta Bolę Tinubu polityce „zaciskania pasa”, a także korupcji, arogancji i niekompetencji rządzących.
Od piątku, 1 sierpnia, „pierwszego dnia gniewu”, w ulicznych starciach z policją, a także grabieżach, które w Afryce niemal zawsze towarzyszą antyrządowym protestom, zginęło według władz ponad 20 osób, a według demonstrantów – ponad 50, a prawie tysiąc zostało aresztowanych. W Kano, stolicy nigeryjskiej Północy, zatrzymana została także grupa polskich studentów afrykanistyki z Uniwersytetu Warszawskiego, która akurat 1 sierpnia przyjechała do Nigerii na miesięczny kurs. Polacy zostali zatrzymani w niedzielę w nocy, po godzinie policyjnej, wprowadzonej przez władze w ramach stanu wyjątkowego.
Uliczne wystąpienia ogarnęły głównie nigeryjską Północ, powiązaną narodowościowo (ludy Hausa i Fulani) z południem sąsiedniego Nigru i zamieszkałą przez muzułmanów, stanowiących prawie połowę ludności kraju (drugą połowę stanowią chrześcijanie z południa). Prezydent Tinubu jest mahometaninem, ale wywodzi się z ludu Joruba, z południowego zachodu kraju, a na północy, z której pochodził jego poprzednik, nie cieszy się popularnością.
W tym tygodniu, podczas antyrządowych demonstracji pojawiły się rosyjskie flagi i hasła, popierające Rosję i Władimira Putina, uchodzącego w Afryce za przywódcę surowego, ale skutecznego i sprawiedliwego. Rosja i Putin uważani są w Afryce także za alternatywę dla nielubianego Zachodu, obciążonego kolonialną przeszłością i oskarżanego (zwłaszcza Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Bank Światowy) o zadłużenie Afryki, a następnie narzucanie jej polityki oszczędności. Rosyjscy propagandyści wykorzystują to, by wypierać z Afryki Zachód i przedstawiać Moskwę, stolicę geograficznej Północy i politycznego Wschodu, jako obrończynię i reprezentantkę biednego i wykorzystywanego przez Zachód Południa.
Rosyjskie flagi pojawiały się na antyrządowych demonstracjach w Mali, Burkina Faso i Nigrze zanim tamtejsi wojskowi dokonali puczów i obalili demokratycznie wybrane i wspierane przez Zachód rządy, których obywatele zarzucali im nieskuteczność i korupcję. Niepokój władz z Abudży wzbudziły też wieści, że podczas antyrządowych wystąpień na północy kraju rozległy się też wezwania, by i nigeryjskie wojsko wzięło sprawy w swoje ręce, obaliło nieskuteczne, cywilne władze i same przejęło rządy w kraju. Wojskowe dyktatury panowały w Nigerii przez prawie połowę jej niepodległego od 1960 roku istnienia (1966-79 i 1983-99), a panujący od 2023 roku Tinubu był w latach 90. politycznym więźniem i działaczem opozycji, walczącej o przywrócenie demokracji i cywilnych rządów.
Władze Nigerii, jednego z najważniejszych sojuszników Zachodu w Afryce, uznały rosyjskie flagi na opozycyjnych demonstracjach za przejaw dalszej ekspansji Rosji i nakazały policji aresztować wszystkich demonstrantów, którzy wyszli na ulicę z rosyjskimi flagami, a także miejscowych krawców, którzy je uszyli. Rosyjska ambasada w Abudży ogłosiła, że nie miała nic wspólnego z trójkolorowymi flagami na opozycyjnych marszach. „Jak zawsze, podkreślamy, że Rosja nigdy nie wtrąca się w sprawy wewnętrzne innych państw, a to kto jaką flagą wymachuje podczas ulicznych demonstracji to jego sprawa, a my nie mamy z tym nic wspólnego”.
Gen. Christopher Musa, szef sztabu nigeryjskiego wojska ogłosił jednak, że wymachiwanie flagami obcych państw podczas antyrządowych wystąpień jest zdradą, a nigeryjskie służby bezpieczeństwa „wiedzą, kto te flagi zamawia i przykładnie się za nich wezmą”.
Cele rosyjskich najemników w Afryce
Zachodnie wywiady i ONZ alarmują, że z rywalizacji Rosji z Ukrainą i Zachodu ze Wschodem w Sahelu najbardziej skorzystają tamtejsi dżihadyści. Szacują, że partyzancka armia tamtejszej filii Al-Kaidy liczy 5-6 tysięcy ludzi, a drugie tyle walczy w wojsku Państwa Islamskiego. Dotąd dżihadyści z konkurujących obozów walczyli między sobą, ale od jakiegoś czasu panuje między nimi rozejm i zgodnie umacniają się i rozszerzają swoje wpływy w Burkina Faso, Mali, gdzie znów zawarli przymierze z Tuaregami, i w Nigrze. W 2012 roku, walcząc wspólnie, zajęli północną połowę Mali i podeszli pod samo Bamako. Dalszy, zwycięski marsz przerwali im dopiero ściągnięci na pomoc francuscy spadochroniarze i Legia Cudzoziemska.
Francuzom, którzy w końcu sprowadzili do Sahelu ponad 5,5 tys. żołnierzy, przez dziesięć lat nie udało się jednak rozgromić dżihadystów, choć wspierało ich w walce kilkanaście tysięcy „błękitnych hełmów” i ponad tysiąc Amerykanów. Francuzów i „błękitnych hełmów” już w Sahelu nie ma, a Amerykanie, jeśli nie znajdą nowej bazy gdzieś nad Zatoką Gwinejską, w Ghanie, Beninie czy Wybrzeżu Kości Słoniowej, wyniosą się aż do Dżibuti, nad Morze Czerwone.
Rosyjskich najemników na całym Sahelu jest najwyżej tysiąc, a w Afryce nie interesuje ich wojna z dżihadystami, lecz kopalnie uranu w Nigrze i złota w Mali.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















