Olimpiada: cień Państwa Islamskiego nad Sekwaną

Wielkie igrzyska, przyciągające uwagę świata, zawsze były wymarzonym celem wszelkiej maści terrorystów. Póki co powiodło im się tylko raz, w 1972 roku, w Monachium. Gospodarze paryskiej Olimpiady także obawiają się ataku dżihadystów.
w cyklu STRONA ŚWIATA
Czyta się kilka minut
Paryż, przygotowania do zobazpieczenia Igrzysk Olimpijskich. 25 marca 2024 r. // Fot. Gao Jing / East News
Paryż, przygotowania do zobazpieczenia Igrzysk Olimpijskich. 25 marca 2024 r. // Fot. Gao Jing / East News

Poziomy niebezpieczeństwa

Podczas dwóch poprzednich letnich olimpiad niebezpieczeństwo terrorystycznego ataku było znaczenie mniejsze. Tokio i Rio de Janeiro, areny igrzysk sprzed czterech i ośmiu lat, nie budzą wśród dżihadystów wrogości. Co innego Paryż, jedna ze stolic znienawidzonego przez nich Zachodu. Francuskie wojska uczestniczyły we wszystkich wyprawach wojennych Zachodu przeciwko dżihadystom na całym świecie – walczyły w Afganistanie, Iraku, Syrii (lotnictwo), afrykańskim Sahelu.

Olimpiada w Japonii przypadła w dodatku na czas, gdy rozgromieni na Bliskim Wschodzie dżihadyści poszli w rozsypkę, ich kalifat rozpadł się, a w Afganistanie sprzymierzeni z Al-Kaidą talibowie układali się z Amerykanami i powstrzymywali od ataków przeciwko Zachodowi.

Tegoroczną olimpiadę gości Francja, jedno z zachodnich mocarstw, a dżihadyści, choć podzieleni i osłabieni, skrzyknęli się w nowe partyzanckie armie. Los im sprzyja, bo wojna w Ukrainie i nowa konfrontacja z Rosją, a potem wojna w Strefie Gazy pochłonęły uwagę Zachodu, a przymierze USA i Europy z Izraelem nastawiło przeciwko nim nowe pokolenie muzułmanów i ułatwiło dżihadystom pozyskiwanie zwolenników i rekrutów.

Według zachodnich wywiadów dżihadyści, choć daleko im do potęgi sprzed dziesięciu lat, coraz częściej i zuchwalej podejmują nowe ataki. Według obliczeń wywiadowców, w tym roku ataków dżihadystów ma być dwukrotnie więcej niż w zeszłym. A ponieważ zamachowcy, zwłaszcza z Państwa Islamskiego, lubili wybierać na cele sale koncertowe (paryski Bataclan w 2015 r., Arena Manchester w 2017 r., podmoskiewski Crocus City w marcu br.) i areny, Zachód od dawna przygotowywał się do udaremnienia lub odparcia ewentualnych ataków dżihadystów podczas olimpiady w Paryżu i wcześniejszych piłkarskich mistrzostw Europy w Niemczech. Wywiadowcy ostrzegali, że wiosenny atak dżihadystów pod Moskwą mógł być tylko próbą generalną przed olimpiadą w Paryżu latem.

Al-Kaida wróciła pod Hindukusz

Al-Kaida, matka założycielka współczesnych dżihadystów (wyrosła pod koniec lat 80., gdy Afganistan okupowali Rosjanie), rozbita przez Amerykanów w 20-letniej wojnie w Afganistanie, wróciła do swojej kolebki pod Hindukusz i wije tu sobie nowe gniazdo.

Trwające od dziesięcioleci wojenne przymierze z afgańskimi partyzantami sprawiło, że Al-Kaida zlała się z nimi w jedno. Dla talibów, następców mudżahedinów z lat 80., emirowie i partyzanci Al-Kaidy, przybyli na afgańską wojnę jako ochotnicy, są ich braćmi. Nie tylko w wierze. Wielu komendantów Al-Kaidy pojęło miejscowe dziewczyny za żony, pod Hindukuszem przyszły na świat ich dzieci.

Po zwycięskiej wojnie z Rosjanami, na początku lat 90. dżihadyści wyjechali z Afganistanu i afgańsko-pakistańskiego pogranicza, wrócili do swoich ojczyzn w Maghrebie, Lewancie i Półwyspie Arabskim. Kiedy Saddam Husajn najechał na Kuwejt i groził Arabii Saudyjskiej, emir Al-Kaidy Osama bin Laden zgłosił się do króla Saudów na służbę. Król nie skorzystał jednak z pomocy dżihadystów, a zamiast nich ściągnął Amerykanów. Al-Kaida wyniosła się do Sudanu, skąd wydała wojnę Zachodowi, a także wszystkim jego sprzymierzeńcom i wasalom. Przepędzona także z Chartumu, wróciła w połowie lat 90. do Afganistanu, gdzie wojnę domową wygrali właśnie talibowie i udzielili dżihadystom gościny.

Spod Hindukuszu Osama bin Laden wydał rozkaz do ataku na Amerykę, przypuszczonego 11 września 2001 roku. W odwecie Amerykanie i armie Zachodu najechały na Afganistan, obaliły rząd talibów i rozbiły wojska Al-Kaidy. Polowanie na Osamę bin Ladena trwało dziesięć lat, aż wytropiony w Pakistanie został zabity w nocnym rajdzie amerykańskich komandosów.

Po 20 latach wojny wykrwawieni Amerykanie dobili targu z talibami. Zgodzili się wycofać wojska z Afganistanu w zamian za obietnicę talibów, że nigdy więcej nie udzielą schronienia ani pomocy żadnym dżihadystom ani wrogom Zachodu. Talibowie obiecali, a Amerykanie chętnie ich słowom dali wiarę.

Obietnice talibów

Talibowie jednak wcale nie wyprosili swoich braci-emirów z Al-Kaidy. Przekonali ich jedynie, by przynajmniej przez jakiś czas powstrzymali się od ataków przeciwko Zachodowi. Emirowie łatwo się zgodzili. Zdziesiątkowani w afgańskiej wojnie, uznali, że zanim wrócą do świętej wojny, muszą odzyskać siły. W Afganistanie, pod opieką talibów, ich najważniejsi przywódcy znaleźli schronienie (zanim latem 2022 r. wytropili i zabili go Amerykanie, w Kabulu mieszkał drugi emir Al-Kaidy Ajman az-Zawahiri, następca Osamy), a z czasem zaczęli zakładać nowe obozy szkoleniowe dla nowego wojska.

Trzeci naczelny emir, były egipski oficer Saif Al-Adl (sprzeciwiał się ponoć atakom z 11 września, twierdząc, że ściągną na dżihadystów katastrofę), dowodzi Al-Kaidą z kryjówki w sąsiednim Iranie, a jego komendanci i umyślni w podróżach do i z Afganistanu korzystają z baz w Heracie, Farahu i Laszkar Gah oraz afgańskich paszportów, wydanych im przez talibów.

Na wezwanie Saif Al-Adla pod Hindukusz ściągają też weterani dżihadyści, którym udało się umknąć amerykańskiej obławie, i nowi ochotnicy na świętą wojnę. Według zachodnich wywiadów zebrało się ich już w Afganistanie około tysiąca, a Al-Kaida rozbudowuje dla nich obozowiska i bazy szkoleniowe. Amerykańscy dyplomaci zaklinają rzeczywistość i upierają się, że talibowie wcale ich nie oszukali, a Al-Kaida nie zagnieździła się w Afganistanie. Przeczą temu śledczy z ONZ, którzy w kolejnych raportach alarmują, że Al-Kaida rozbudowuje terrorystyczną infrastrukturę pod Hindukuszem i ma obozy szkoleniowe i magazyny broni w 12 z 34 afgańskich prowincji, a naczelny emir wzywa dżihadystów, by ściągali pod Hindukusz i uczyli się od talibów, jak zwycięża się armie Zachodu.

Tęsknota za kalifatem

Na gościnę i życzliwość talibów nie mogą liczyć emirowie Państwa Islamskiego, wyrosłego z Al-Kaidy w Iraku podczas tamtejszej wojny, wywołanej amerykańskim najazdem w 2003 roku. Państwo Islamskie, dziecko Al-Kaidy, prędko przerosło ją radykalizmem i okrucieństwem, rzuciło jej wyzwanie i przejęło pierwszeństwo w światowym ruchu dżihadystów. Z Iraku rozpanoszyło się w Syrii i u szczytu potęgi, w latach 2015-17, proklamowany przez nie kalifat zajmował jedną trzecią Iraku i jedną trzecią Syrii. Miał swoje dwie stolice, iracką w Mosulu i syryjską w Rakce, stutysięczną partyzancką armię, a jego zamachowcy-kamikadze terroryzowali zachodnią Europę, wysadzając się w powietrze w największych jej metropoliach.

Kres kalifatowi położyły dopiero wojska zachodniego przymierza, które wspierając milicje irackich szyitów, a także kurdyjskich partyzantów z Iraku i Syrii w 2017 roku, pokonały kalifat w Iraku, a dwa lata później także w Syrii.

Kalifat rozpadł się na wilajety, prowincje, które walczyły dalej na własną rękę i kierując się własnymi priorytetami. Nowym, głównym polem bitwy stała się teraz Afryka, ale w przeciwieństwie do świętych wojen pod Hindukuszem oraz nad Tygrysem i Eufratem, wojny w Somalii czy w krajach Sahelu pozostały wojnami lokalnymi, nie stały się inspiracją ani magnesem przyciągającym ochotników z całego muzułmańskiego świata.

Państwo Islamskie straciło kalifat, armię, a także przywódców. Pierwszy samozwańczy kalif, Abu Bakr Al-Baghdadi zginął w 2019 roku, a ciągu następnych czterech lat zabitych zostało trzech jego następców. Piąty kalif, Abu Hafs Al-Haszimi Al-Kurajszi, wybrany w zeszłym roku, nie wyściubia nosa z kryjówki, którą przeniósł ponoć z Syrii do Iraku.

Amerykański wywiad, a także eksperci ONZ, ostrzegają jednak, że Państwo Islamskie próbuje się odrodzić. Wciąż utrzymuje kilkutysięczną armię, która w ciągu ostatniego roku podwoiła liczbę ataków. Dżihadyści wycofali się z większych miast i przenieśli się na rozległe, pustynne pogranicze między Syrią a Irakiem. W ciągu ostatnich pięciu lat w zamachach i strzelaninach z dżihadystami zginęło tam ponad 4 tysiące ludzi.

Dżihadyści z Państwa Islamskiego wierzą, że czas jest ich sprzymierzeńcem. Wojna w Strefie Gazy rozbudziła wojenne zacietrzewienie na Bliskim Wschodzie i roznieciła tamtejsze konflikty i spory, które w ostatnich latach jakby przycichły. Wspierane przez Iran milicje irackich szyitów, pogromców Państwa Islamskiego, coraz bardziej wciągane są w konflikt z Izraelem i USA, a rząd z Bagdadu domaga się, by Amerykanie do końca przyszłego roku wycofali z jego terytorium ostatnie 2,5 tys. żołnierzy, przysłanych jako wsparcie do walki z dżihadystami.

Jeśli Amerykanie wyjadą z Iraku, zabiorą także pewnie tysiąc swoich żołnierzy z irackiego pogranicza z Syrii (wojskowi zamachowcy, którzy przejęli władzę w Mali, Burkina Faso i Nigrze wyprosili z Sahelu Francuzów i Amerykanów). Bez Amerykanów zbrojną potęgą w Syrii przestaną być także ich najważniejsi tam sprzymierzeńcy, Kurdowie. Dżihadyści znad Tygrysu i Eufratu wierzą, że wtedy karta się odwróci i wrócą do gry.

Chorasan atakuje

Tak jak Państwo Islamskie wyrosło z Al-Kaidy i odebrało jej przywództwo światowego ruchu dżihadystów, tak dziś o palmę pierwszeństwa i niezależność ubiega się jedna z jego filii, wilajet Chorasanu. Chorasan, Kraj Wschodzącego Słońca, to nazwa starożytnej krainy obejmującej ziemie dzisiejszych Afganistanu, Iranu, Turkmenii, Uzbekistanu i Tadżykistanu.

Wilajet Chorasański Państwa Islamskiego powstał w na przełomie lat 2014-2015, gdy rywalizując o pierwszeństwo z Al-Kaidą, IS postanowiło  założyć swoją filię w jej hindukuskiej kolebce. Odkąd pojawili się w Afganistanie, Chorasańczycy, dysydenci z armii afgańskich i pakistańskich talibów, od razu stali się najgorszymi wrogami zarówno Al-Kaidy, jak i talibów, a także Zachodu. Nie raz zdarzało się, że zachodnie lotnictwo, do spółki z talibami, podejmowały wspólne operacje przeciwko Chorasańczykom.

Kiedy latem 2021 roku Amerykanie wycofali się z Afganistanu, a talibowie wrócili do władzy w Kabulu, Chorasańczycy pozostali ich jedynym groźnym przeciwnikiem. Walka o Afganistan szybko przestała zadowalać chorasańskich emirów, którzy uznali, że słabość talibów, Al-Kaidy i macierzystej centrali Państwa Islamskiego stwarza okazję, by wybić się na samodzielność i przejąć przywództwo dżihadystów.

Chorasańczycy, którzy dotąd walczyli wyłącznie pod Hindukuszem, od początku roku zaczęli atakować odleglejsze cele. W 2021 roku dokonali tylko jednego ataku poza granicami Afganistanu. W 2022 roku zaatakowali już czterokrotnie, dwunastokrotnie w zeszłym roku (głównie w Pakistanie), a w pierwszym półroczu tego roku przypuścili już prawie dwadzieścia ataków. W styczniu ich zamachowcy-kamikadze zaatakowali w irańskim Kermanie (prawie 100 zabitych i pół tysiąca rannych), a także w Stambule, a w marcu pod Moskwą (prawie 150 zabitych), w czerwcu – na rosyjskim Kaukazie, w Nalczyku, Machaczkale i Derbencie (ok. 25 zabitych, pół setki rannych), w lipcu w Omanie (pięciu zabitych w szyickim meczenie w Muskacie).

Atakując cele poza obszarem podległym ich wilajetowi, Chorasańczycy zabiegają o złowrogą sławę najgroźniejszej i najkrwawszej z dżihadystycznych partii. Zła sława zapewni im rozgłos wśród muzułmanów i dopływ gotówki od dobrodziejów świętej wojny, tajemniczych szejków z Półwyspu Arabskiego.

I właśnie Chorasańczyków, jako najgroźniejszych z dżihadystów, boją się najbardziej gospodarze paryskiej Olimpiady. Jako najmłodsi z dżihadystów nie są znani tak dobrze zachodnim wywiadom jak ich poprzednicy z Al-Kaidy i Państwa Islamskiego. Trudniej jest też ich wytropić, bo żołnierzy i zamachowców-samobójców werbują wśród mieszkańców Azji Środkowej, którzy dotąd nie liczyli się w światowej świętej wojnie. W Al-Kaidzie i Państwie Islamskim pierwsze skrzypce grają Arabowie, a talibowie, z niewielkimi tylko wyjątkami, wywodzą się z Pasztunów, stanowiących połowę 40-milionowej ludności Afganistanu i dziesiątą część 200-milionowego Pakistanu.

Najważniejsi emirowie Chorasańczyków wywodzą się spośród talibów (naczelny emir Sanaullah Ghafari vel Szahab Al-Muhadżir jest ponoć Irakijczykiem), ale walcząc o wpływy pod Hindukuszem, szukają zwolenników i rekrutów wśród Tadżyków, Uzbeków, Kirigizów czy Ujgurów. To spośród nich wywodzili się zamachowcy z Kermanu, Stambułu i Moskwy. Wcześniej Tadżycy ani Uzbecy nie odgrywali ważnych ról w świętej wojnie pod Hindukuszem z końca XX stulecia. Na świętą wojnę do Iraku i Syrii zaciągnęły się tysiące ochotników z Azji Środkowej, ale pełnili rolę raczej żołnierzy niż emirów – na emirów wybijali się kaukascy Czeczeni.

Właśnie wśród weteranów syryjskiej wojny, a także zarobkowych emigrantów z Rosji, werbują Chorasańczycy swoje wojsko i zamachowców-kamikadze. Ich dawni towarzysze broni, którzy przed laty sprowadzali przez Turcję ochotników na wojnę do Syrii, teraz szmuglują przez Turcję ludzi do Europy (przez Bałkany przemycają broń), a nawet przez Meksyk do USA.

Dopiero od niedawna, właściwie od tego roku, zachodnie wywiady zaczęły uważniej przyglądać się nielicznym żyjącym na Zachodzie środkowoazjatyckim diasporom i napływającym coraz liczniej zarobkowym imigrantom. W Niemczech, Francji i Holandii kilku Tadżyków, Uzbeków, Kirgizów i Turkmenów zostało aresztowanych pod zarzutem powiązań z terroryzmem.

Walkę z Chorasańczykami utrudnia nowa zimna wojna między Zachodem i Rosją. Kraje Azji Środkowej to dawne kolonie Kremla i to do Rosji ich mieszkańcy najliczniej ruszają za chlebem. Nowa konfrontacja z Zachodem o porządek na świecie sprawia, że Rosja nie dzieli się już wywiadowczymi informacjami z Waszyngtonem i Londynem, Paryżem i z Brukselą, z Berlinem, ani Warszawą.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”