Był katechetą w moim liceum im. Juliusza Słowackiego w Chorzowie, a późne lata 90. ubiegłego wieku były czasem, gdy na religię chodzili wszyscy, w każdym razie w mojej klasie, ja też. Zresztą dla księdza Wiosny mogłabym i teraz zapisać się na takie lekcje, bo one były głównie o tym, jak sobie radzić w świecie pełnym przeciwności, gdy się jest skołowanym nastolatkiem. Wiosna był naszym sojusznikiem, bo stał po stronie młodzieży, słuchał uważnie tego, co do niego mówiliśmy, i niewątpliwie ostatnią rzeczą, jaką pomyślałabym o nim, to że był wobec nas li tylko przedstawicielem instytucji Kościoła. Nie widziałam go od matury, wiem, że pojechał potem na misję, gdzieś na tereny byłego ZSRR, czasem ktoś z kolegów czy koleżanek licealnych przyniósł o nim jakąś wiadomość, ale w mojej pamięci pozostał na zawsze tym młodym gościem, w nieco nieświeżym zielonym polarze, którego po prostu lubimy jako człowieka, bo i on w nas widzi ludzi, i wcale nie chce, jak chciałby może patron mojego liceum, „zjadaczy chleba w aniołów przerobić”.
Kiedy dotarła do mnie smutna wiadomość o śmierci księdza Wiosny, czytałam akurat nową książkę specjalizującego się w portretowaniu różnych grup zawodowych dziennikarza Pawła Reszki. Jego metoda pisarska polega na tym, że daje głos tym, do których przychodzi. Nie ocenia, nie sufluje niczego czytelnikowi, nie jest wszechwiedzącym narratorem tych opowieści – stara się tylko uchwycić wielogłos danego środowiska. W „Czarnych” udzielił tego głosu księżom katolickim. Ponieważ piszę to na chwilę przed oficjalną premierą tej książki, ogromnie ciekawa jestem jej przyjęcia w Polsce toczonej wojną kulturową, której Kościół stanowi poważny element. Jestem przekonana, że kościelne instytucje przyjmą tę książkę źle, może nawet jako kolejny z przejawów „ataków na Kościół”, o których tak wiele słychać z licznych ambon. Bo są „Czarni” książką czyniącą z księży ludzi, a zdaje mi się, jako osobie niegdyś będącej przecież siłą rodzinnej inercji intra ecclesiam, że nie do końca o to Kościołowi chodzi, żebyśmy myśleli o nich jako o ludziach.
Na okładce tuż pod tytułem wybito siedem grzechów głównych, o których Reszka rozmawia z księżmi, odnosząc się do ich życia, i nimi właśnie tytułując kolejne części tej książki. Pisze we wstępie: „Jeździłem po Polsce. Spotkałem się z (…) duchownymi. Byli dewoci, libertyni. Zajmujący stanowiska i prości wiejscy księża. Młodzi wikariusze i proboszczowie, którzy liczą dni, zanim ich biskup nie odwoła z ostatniej parafii. Widywałem księży diecezjalnych i zakonników. Konserwatystów i tych, co zrzucili sutannę. Spotykałem się z ich kobietami. A także z ofiarami – dorosłymi – skrzywdzonymi jako dzieci przez księży. (…) Szukałem perspektywy od wewnątrz”. Słyszymy więc ich głosy, bez cenzury, bo anonimowe, do głębi, do szpiku kości zwyczajne, po ludzku słabe, gnuśne, smutne, samotne, czasem pełne pychy, ślepe na własne błędy i grzechy, dostrzegające liczne źdźbła w cudzych oczach, wątpiące, redukujące dysonanse poznawcze, z dystansem do swojej roli i całkowicie bez niego.
Z kart książki przeziera wielka samotność księży. Gdy nagle środek ciężkości opowieści o Kościele przenosi się na tych, którzy go prowadzą, wszystko zaczyna wyglądać inaczej. Jeden z rozmówców Reszki marzy o tym, by ściany plebanii były szklane, by wszyscy parafianie mogli w końcu zobaczyć, jak naprawdę wygląda ich życie. Dzięki tej książce przez chwilę możemy sobie to wyobrazić i jest to obraz, który nie tylko szokuje, ale przede wszystkim zasmuca. Że do seminariów szli jako idealiści, ale srodze zawiedli się na tym, co tam zobaczyli i przeżyli, że parafie bywają polami niebywałych konfliktów pomiędzy zamieszkującymi je dorosłymi mężczyznami, że pieniądze są takim samym problemem jak wszędzie, jedni mają ich dużo, inni bardzo mało i to budzi gniew i żal, ale także chciwość; że jest wielka samotność, że pojawia się tęsknota za drugim człowiekiem do kochania, że widzą w swej formacji kompletny brak przygotowania do radzenia sobie z tłumionymi popędami, że pornografia i alkohol, że kobiety, że mężczyźni, że „»Nie ma Jezusa«. Ten problem obiega plebanie, seminaria i zakony. Wprawdzie »Jezus jest«, ale tylko na ołtarzach, na ustach, w rękach kapłańskich, ale to już nie jest ten Bóg”. Że zwątpienie zaczyna się od źle zbudowanej relacji z samym sobą, że „teoretycznie jesteś jakimś pasterzem, przewodnikiem, przedstawicielem kogoś na ziemi. A w praktyce wykonawcą usług dla ludności”, że „co to jest Polska katolicka? Idę do kościoła, bo trzeba mszę odprawić. Mówimy »odprawić«, a nie zastanawiamy się, po co w zasadzie jest to wszystko. (…) Czy Kościół to instytucja, która jest celem samym w sobie? Dlatego właśnie kołacze mi się po głowie to pytanie, czy my księża jesteśmy wierzący, czy nasi biskupi są wierzący, czy zakonnicy są wierzący?”.
Doskonałe pytanie, tylko komu je zadać? Czy w Polsce jest miejsce na takie pytanie? ©
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















