MICHAŁ SOWIŃSKI: Jakie Bielsko pamięta Pan z młodości?
ZBIGNIEW PREISNER: Kiedy mieszkałem w Bielsku w latach 50. i 60., było to oczywiście zupełnie inne miasto – wciąż naznaczone wojną. A jednak już wtedy miało w sobie coś wyjątkowego.
Mam do Bielska ogromny sentyment: tam się urodziłem i jestem jego honorowym obywatelem. Dziś wjeżdża się do niego jak do dużego, światowego miasta. Widać to choćby po liczbie instytucji i wydarzeń kulturalnych. Ale najważniejsi są ludzie – tacy, którzy naprawdę rozumieją sztukę, potrafią ją docenić i chcą z artystami współpracować. To robi ogromną różnicę.
Czasem mam wrażenie, że Polska dzieli się na dwie części – Bielsko-Białą i resztę kraju. Naprawdę. Kiedy spotykam tam ludzi – od prezydenta i wiceprezydentów miasta, po osoby pracujące w Bielskim Centrum Kultury – często mam poczucie, jakbym był w trochę innej rzeczywistości. To miasto bardzo przyjazne sztuce, otwarte na artystów i nowe pomysły.

Na czym polega jego fenomen?
Myślę, że poniekąd wynika to z historii. Przed wojną część Bielska była niemiecka, miasto miało też silne związki z Austrią. Widać to choćby w dawnych inwestycjach infrastrukturalnych – kolejach czy tramwajach – które powstawały jako część tamtego świata. Być może znaczenie ma też fakt, że w regionie silna jest tradycja ewangelicka. To tworzy pewien etos: otwartość, odpowiedzialność za wspólnotę, gotowość do współpracy. Spotykam tam ludzi bardzo życzliwych i zaangażowanych.
To wciąż stosunkowo niewielkie miasto – położone zaledwie sto kilkadziesiąt kilometrów od Krakowa – a pełne energii. W Bielsku powstała przecież Cavatina Hall, prawdopodobnie jedyna w Polsce duża sala koncertowa zbudowana z prywatnych pieniędzy. To świetny projekt: dobrze pomyślany, znakomicie wykonany i w świetnej lokalizacji – światowy poziom. Kiedy patrzy się na Kraków, gdzie w filharmonii podczas koncertów słychać przejeżdżające tramwaje, tym bardziej widać różnicę.
Dziś najciekawsze rzeczy w kulturze często powstają nie w największych metropoliach, lecz w miastach takich jak Bielsko-Biała.
I bardzo mnie to cieszy. Bo w takich miejscach widać, że po drugiej stronie są ludzie, którzy traktują kulturę poważnie. Artysta ma poczucie, że rozmawia z partnerem – z kimś, kto jest ciekawy nowych rzeczy, kto chce współpracować, kto rozumie, że sztuka jest ważna. A nie z kimś, kto patrzy z boku i zastanawia się, po co w ogóle artyści są potrzebni.
To ogromnie ważne. Jeśli spojrzymy na historię Polski, widać wyraźnie, jak ogromną rolę odgrywała kultura. W czasie zaborów to literatura i sztuka w dużej mierze podtrzymywały poczucie wspólnoty. Po II wojnie światowej było podobnie. Filmy Wajdy, poezja Herberta czy Miłosza, książki Konwickiego – to wszystko tworzyło przestrzeń wolnej myśli. W pewnym sensie przygotowało też społeczeństwo do przemian 1989 r.
Kultura w Polsce nigdy nie była tylko dodatkiem do życia społecznego. Ona była jednym z jego fundamentów. I dobrze, że wciąż są miejsca, które o tym pamiętają.
Coraz rzadziej traktujemy kulturę z należytą jej powagą?
Mówię oczywiście bardzo ogólnie, ale mam poczucie, że brakuje u nas wizji – zarówno wizji państwa, jak wizji kultury. Często myśli się o niej w bardzo prosty sposób: że trzeba po prostu dosypywać pieniądze. Tymczasem wystarczyłoby stworzyć dobre mechanizmy dla jej rozkwitu i funkcjonowania.
Prosty przykład: produkcja filmowa. W wielu krajach – choćby na Węgrzech czy w Bułgarii – istnieją ulgi podatkowe, które sprawiają, że wielkie produkcje przyjeżdżają właśnie tam. Dzięki temu kręci się mnóstwo filmów, a przy okazji zarabiają na tym całe regiony. We Francji z kolei często w napisach końcowych widzimy informację, że film jest współfinansowany przez konkretny region albo miasto. Te miejsca wiedzą, że promując sztukę, promują też siebie. Jeśli dobre kino pokazuje jakieś miasto, ludzie potem chcą je zobaczyć, przyjeżdżają, zostawiają pieniądze. Siła kultury polega także na tym. Ona potrafi zmieniać miejsca i sposób, w jaki są postrzegane.
W Polsce to nie działa?
Przykład ze Stevenem Spielbergiem. Zanim powstała „Lista Schindlera”, spotkaliśmy się z nim w Paryżu razem z Krzysztofem Kieślowskim. Spielberg zastanawiał się wtedy, czy kręcić film w Krakowie, czy w Pradze. Kieślowski powiedział mu: jedź do Krakowa, zobacz Kazimierz. Pojechałem z nim. To był zupełnie inny Kazimierz niż dziś – właściwie pusty i zaniedbany. Na Szerokiej był chyba tylko posterunek policji. Spielberg zobaczył to miejsce i zdecydował się kręcić film właśnie tam. Wystarczy spojrzeć, co stało się z Kazimierzem po „Liście Schindlera”. Dziś to jedno z najżywszych miejsc w Krakowie. Na tym polega siła sztuki. Jeśli się ją mądrze wykorzysta, potrafi zmieniać rzeczywistość. Wystarczy stworzyć warunki i nie przeszkadzać.
Czy Bielsko może doczekać się kiedyś swojego „momentu Spielberga” – wydarzenia albo inicjatywy, która rozsławi miasto w świecie kultury?
Nie wiem, czy stanie się to akurat w taki sposób. Ale właśnie z tego powodu robimy konkurs kompozytorski Preisner’s Music Competition. Mam poczucie, że dostałem od życia bardzo dużo szczęścia – mogę robić to, co kocham. Dlatego też wydaje mi się, że moim obowiązkiem jest dziś pomóc młodym ludziom, którzy dopiero zaczynają swoją drogę.
Mają trudniej niż kiedyś?
Takie porównanie nie jest proste, ale jeśli spojrzeć historycznie, najlepsza sztuka w Polsce powstawała często w trudnych czasach. W okresie PRL-u było w niej dużo napięcia, marzeń o wolności, potrzeby przekraczania granic. To rodziło ogromną energię twórczą. Pamiętam choćby rozmowy z Jerzym Turowiczem – przez wiele lat mieszkaliśmy obok siebie. W 1980 r., kiedy zaczęły się strajki w Gdańsku, spotykaliśmy się u niego i zastanawialiśmy się, czy to wszystko może się udać – no i ostatecznie się udało. M.in. dlatego, że wtedy w Polsce żyło wielu mądrych ludzi.
Szczególnie w Krakowie.
Kraków był wtedy miejscem niezwykłym. Do kawiarni Vis-à-Vis przychodzili Konieczny, Demarczyk, Grechuta, Szczeklik, Nowosielski, Kantor – można było tam spotkać całe środowisko twórcze. W Piwnicy pod Baranami powstało coś absolutnie wyjątkowego – Piotr Skrzynecki stworzył miejsce, które wychowało całe pokolenia artystów. Myśmy tam w pewnym sensie żyli w innym świecie. Był oczywiście komunizm, ale w Piwnicy się go nie czuło. Byliśmy – jak pisał Wyspiański – „własną wolą wyzwoleni”. I z tego ducha rodziła się sztuka.
Właśnie dlatego powstał konkurs dla młodych kompozytorów?
Tak. Chodzi przede wszystkim o to, żeby dać młodym ludziom szansę. I muszę powiedzieć, że skala zainteresowania bardzo mnie zaskoczyła. Mamy już zgłoszenia z całego świata, a do końca naboru zostało jeszcze trochę czasu.
To też wielka zasługa Bielska, ten konkurs powstaje właśnie tam. Najpierw wybierzemy dziesięciu kompozytorów, a potem ich muzyka będzie wykonywana w Bielsku przez orkiestrę – z pełną realizacją, nagłośnieniem i profesjonalną rejestracją. Dajemy im realną możliwość zaprezentowania się.
Temat konkursu jest nietypowy.
W muzyce filmowej zazwyczaj komponuje się do gotowego obrazu. Tutaj nie ma filmu – jest punkt wyjścia w postaci motywu Wieży Babel, a konkretnie słynny obraz Pietera Bruegla.
Dlaczego akurat Wieża Babel?
Bo mam wrażenie, że dziś żyjemy w świecie, który ją przypomina. Ten motyw daje ogromne pole dla wyobraźni. Jeśli ktoś przyjrzy się obrazowi, zobaczy nie tylko samą wieżę, ale też ludzi, którzy gromadzą się wokół niej. Każdy z nich ma swoją historię. I od wyobraźni kompozytora zależy, jak tę historię opowie poprzez muzykę.
Dla zwycięzcy przewidziana jest nagroda w wysokości 25 tysięcy euro – dla młodego twórcy to naprawdę duże wsparcie. Dzisiejsze pokolenie ma znacznie trudniej niż my. Kiedy zaczynałem, płyty się sprzedawały, można było zarabiać, inwestować w sprzęt czy własne studio nagrań i budować niezależność.
Dziś wszystko wygląda inaczej. Sprzedaż płyt praktycznie zniknęła, muzyka przeniosła się na platformy cyfrowe, które płacą śmieszne pieniądze – nawet za milionowe odtworzenia. Jeśli ktoś ma prawa do nagrań i wydawnictwa, jeszcze jakoś funkcjonuje. Ale młodzi twórcy często oddają je producentom finansującym projekt.
Do tego dochodzi jeszcze jeden problem – sztuczna inteligencja. Już dziś można w kilka sekund wygenerować muzykę „w stylu” konkretnego kompozytora. Sam z ciekawości sprawdzałem, jak to działa. Wpisałem – stwórz utwór w stylu Preisnera.
I jakie było Pana wrażenie?
Nie byłem szczególnie zaskoczony, bo to nie jest żadna „inteligencja”, tylko zestaw algorytmów. One potrafią przetwarzać to, co już istnieje, ale nie stworzą nic naprawdę nowego. Myślę, że przez kilka najbliższych lat świat kultury będzie się tym fascynował. Potem emocje opadną i wszystko wróci do pewnej równowagi.
W wielu dziedzinach – np. w medycynie – takie narzędzia mogą być bardzo pomocne. W sztuce jednak ostatecznie liczy się coś innego. Potrzebna jest wyobraźnia, doświadczenie, emocje. Algorytm może złożyć coś z elementów, które już istnieją – trochę z Morricone, trochę z Williamsa, trochę z innych kompozytorów – ale prawdziwej twórczości nie da się w ten sposób zastąpić.
Czego będzie Pan szukał w pracach młodych kompozytorów startujących w konkursie?
Jak już mówiłem – chcę przede wszystkim dać im realną szansę pokazania swojej muzyki. Wykonanie utworu przez orkiestrę, profesjonalne nagranie to dla młodego twórcy często pierwszy moment, kiedy muzyka naprawdę zaczyna żyć – nie na papierze, ale w dźwięku. W jury są ludzie, którzy świetnie rozumieją muzykę filmową i szerzej – kulturę: Lisa Gerrard, Fernando Trueba, Michel Duval i Matthew Sweet z BBC. Mam nadzieję, że dzięki temu ocena będzie możliwie rzetelna, a uczestnicy będą mogli pokazać się przed ważnymi osobami ze środowiska.
Czy to wystarczy, żeby zrobić karierę? Tego nikt nie zagwarantuje. Ale na pewno może być dobrym początkiem.

13 marca w Bielsku odbył się koncert „Requiem dla mojego przyjaciela”, w trzydziestą rocznicę śmierci Krzysztofa Kieślowskiego. Jakie to było dla Pana doświadczenie po tylu latach?
Bardzo mocne. Przypomniały mi się wszystkie dni między śmiercią Krzysztofa a jego pogrzebem – wtedy właśnie powstawało „Requiem for My Friend”. Wszystkie wspomnienia wróciły.
Kieślowski wciąż jest na świecie bardzo obecny. Odbywają się wykłady i spotkania poświęcone jego twórczości, są retrospektywy filmów – w Paryżu, w Londynie, na uniwersytetach w USA. Tym bardziej zastanawia mnie, że w Polsce 30. rocznica jego śmierci przeszła właściwie bez większego echa w mediach. Mam czasem wrażenie, że w naszym kraju nie zawsze potrafimy docenić własnych twórców. A przecież to właśnie kultura zostaje na dłużej niż polityka czy bieżące wydarzenia. Politycy się zmieniają, kolejne kadencje mijają, a dzieła artystów po latach wciąż są czytane, oglądane i słuchane.
Po 30 latach wciąż czuje Pan siłę „Requiem”?
Tak. To moje bardzo osobiste pożegnanie z Krzysztofem. I, jak widać, ta muzyka wciąż jest ludziom potrzebna. Dlatego koncert w Bielsku był ogromnym przeżyciem. Panowała absolutna cisza, wielkie skupienie. Czuło się emocje na sali. Były dwa wykonania, a później także transmisja. Widać było, jak mocno ta muzyka działa na ludzi.
Zresztą „Lacrimosa” z „Requiem for My Friend” jest dziś jednym z najbardziej rozpoznawalnych utworów tego typu na świecie. Sięgają po nią różni reżyserzy – od Terrence’a Malicka po Paola Sorrentino. Widzę też, jak wielu ludzi słucha tej muzyki w internecie i jak reagują po koncertach. To znaczy, że ona wciąż trafia i jest potrzebna.
Na koniec wróćmy jeszcze do Bielska. Jakie obrazy z tego miasta wracają do Pana najczęściej?
Przede wszystkim dzieciństwo: szkoła, koledzy, podchody, budowanie szałasów, jazda na rowerze. Pamiętam tramwaj do Cygańskiego Lasu, skocznię narciarską, na której kiedyś się potłukłem, i rzekę Białą, która potrafiła mieć zupełnie niezwykłe kolory, gdy z fabryk spuszczano wodę. To było też miasto wielu kultur. W naszej szkole było sporo dzieci greckich imigrantów, którzy trafili do Polski po wojnie. Ta różnorodność tworzyła szczególną atmosferę.
Dzisiaj Bielsko-Biała wygląda zupełnie inaczej – jest nowoczesne, zadbane, dobrze zaprojektowane urbanistycznie. Widać ogrom pracy włożonej w rozwój miasta, dlatego właśnie pojawia się ochota, żeby robić tam nowe rzeczy. Pomysł konkursu też narodził się po prostu z rozmowy o tym, co można wspólnie stworzyć. I bardzo się cieszę, że dzieje się to właśnie w moim Bielsku. Bo to miasto, z którym naprawdę warto coś budować.
Rozmawiał Michał Sowiński

Preisner’s Music Competition to międzynarodowy konkurs dla młodych kompozytorów muzyki filmowej, którego finał odbędzie się w Bielsku-Białej. Nabór trwa do 31 marca 2026 r., a wyniki pierwszego etapu zostaną ogłoszone 1 maja, drugi zaplanowano między 24 a 26 czerwca, a finałowy koncert – 27 czerwca 2026 r. Uczestnicy przygotowują autorskie kompozycje inspirowane motywem Wieży Babel na podstawie obrazu Bruegla. Spośród zgłoszeń wyłoniona zostanie finałowa dziesiątka, której utwory zabrzmią podczas koncertu z udziałem orkiestry i zostaną zarejestrowane. Zwycięzca otrzyma nagrodę główną w wysokości 25 tysięcy euro. Konkurs zainicjował Zbigniew Preisner, który jest również członkiem jury – obok Lisy Gerrard, Fernanda Trueby, Michela Duvala i Matthew Sweeta (BBC). Więcej informacji na preisnercompetition.com
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.





















