Zakulisowe deale, obietnice „przez bibułkę” i egzotyczne sojusze: liderzy państw Unii ustalili, kto będzie nią kierować. Co nam to mówi o Europie?

Szefowie unijnych państw podejmują decyzje, respektując przy wiele różnych krzyżujących się parytetów: między partyjnymi „rodzinami”, między różnymi regionami Europy, między krajami dużymi i małymi, a także między płciami. Ale już niekoniecznie mając na uwadze werdykt wyborców.
Czyta się kilka minut
Ursula von der Leyen i Emmanuel Macron podczas spotkania przy okrągłym stole na szczycie UE. Bruksela, 27 czerwca 2024 r. // Fot. Olivier Hoslet / AP / East News
Ursula von der Leyen i Emmanuel Macron podczas spotkania przy okrągłym stole na szczycie UE. Bruksela, 27 czerwca 2024 r. // Fot. Olivier Hoslet / AP / East News

O wszystkim zdecydowały trzy główne rodziny polityczne, od zawsze wyznaczające kierunki prac Unii Europejskiej oraz obsadę stanowisk, także tych całkiem poślednich. Czyli: chadecka Europejska Partia Ludowa (EPL, w której pierwsze skrzypce grają niemieccy chadecy), socjaldemokratyczny Sojusz Socjalistów i Demokratów (SD), do niedawna również zdominowany przez niemiecką SPD do spółki z francuskimi socjalistami (dziś, gdy te dwie partie są na drodze do zaniku, największe wpływy w SD mają Hiszpanie), a także liberałowie. Ci ostatni doproszeni do gry, gdy chadekom i socjalistom w poprzedniej dekadzie zaczęło brakować głosów, i obecnie funkcjonujący pod nazwą Renew (i faktycznie „odnowieni” – dzięki interwencji prezydenta Francji, którego ekipa jest najważniejszą częścią tej rodziny).

Ustalenia w starym gronie

Jeszcze przed ostatnimi wyborami do Parlamentu Europejskiego trzy opisane powyżej grupy polityczne ustaliły wstępnie podział stanowisk – ten zatwierdzony oficjalnie przez Radę Europejską w czwartek 27 czerwca.

Jedyną postacią, która w międzyczasie mogła potencjalnie wywrócić ten stolik, był Emmanuel Macron – pięć lat temu, kiedy negocjacje stanęły w impasie, to on był autorem pomysłu z wysunięciem kandydatury Ursuli von der Leyen na stanowisko przewodniczącej Komisji Europejskiej.

Po brukselskich korytarzach i redakcjach krążyły więc różne ciekawe hipotezy. Mówiło się na przykład, że nowym szefem Komisji mógłby zostać Mario Draghi, były szef Europejskiego Banku Centralnego i były premier Włoch, a niedawno także autor bardzo ambitnego raportu na temat przyszłości Unii (zamówiła go Komisja).

Ale gdy okazało się, że z czerwcowych eurowyborów Macron i jego partia wyszli poobijani, stało się jasne, iż tamten wstępnie rozrysowany deal nie ma alternatywy. Został on dopięty w nieoficjalnych spotkaniach, które w drugiej połowie czerwca toczyły się w wąskim gronie: Donald Tusk, Kiriakos Mitsotakis (grecki premier, centroprawicowy), kanclerz Olaf Scholz, Pedro Sánchez (premier Hiszpanii, socjalista), Macron, Mark Rutte (liberał i premier Holandii, który w październiku 2024 r. obejmie funkcję sekretarza generalnego NATO).

Tym razem wszystkim się spieszyło

Przewodniczącą Komisji Europejskiej na kolejne pięć lat powinna zatem zostać niemiecka chadeczka Ursula von der Leyen. Rzecz jasna, o ile w lipcu zatwierdzi ją Parlament Europejski – co jest zupełnie osobnym zadaniem negocjacyjnym.

Podobnie na akceptację europarlamentu musi zaczekać estońska premier Kaja Kallas z obozu liberałów, która została kandydatką na wysoką przedstawicielkę ds. polityki zagranicznej. To ktoś w rodzaju unijnego ministra spraw zagranicznych, choć o minimalnych kompetencjach z racji ustroju traktatowego Unii. Nie daje on Brukseli zbyt wiele samodzielności w tej kwestii, a ponadto okruchy tej samodzielności w poprzedniej kadencji zaanektowała dla siebie przewodnicząca von der Leyen.

Pewny swego może być tylko były premier Portugalii António Costa, którego Rada właśnie zatwierdziła na swojego przewodniczącego – przynajmniej na dwa i pół roku, bo tyle trwa kadencja przewodniczącego (choć poprzednicy zostawali również na drugą i zaliczali pełną pięciolatkę). Ale spór, czy tak będzie w przyszłości (EPL chciała odbić ten stołek w drugiej połówce), liderzy postanowili odłożyć na potem.

Bo sytuacja wokół Unii jest o wiele groźniejsza i wymagająca więcej (pozorów) zwartości niż jeszcze pięć czy dziesięć lat temu, gdy przepychanki o top jobs zajmowały wiele tygodni i były pełne niespodzianek.

Tym razem, wobec wojny w Ukrainie, perspektywy wygranej Trumpa w USA, a przede wszystkim wobec słabnięcia lub wręcz zanikania wielu europejskich partii, które do tej pory były filarami establishmentu, wreszcie wobec perspektywy wygranej narodowo-prawicowego Zjednoczenia Narodowego we Francji – wszystkim się spieszyło.

Gest wobec unijno-natowskiej „wschodniej flanki”

Liderzy państw, zebrani na Radzie Europejskiej, nie mają kompetencji, aby wskazywać, kto będzie przewodniczył Parlamentowi Europejskiemu – i wręcz nie wypada im się na ten temat wypowiadać. Niemniej to stanowisko również jest częścią – dogadanego nieoficjalnie – pakietu: wszystkim wiadomo, że funkcję tę obejmie ponownie Roberta Metsola, chadeczka z Malty. Na pierwsze dwa i pół roku. A potem się zobaczy, czy socjaliści będą na tyle silni, by wymusić tradycyjną zamianę.

62-letni António Costa jest ogólnie szanowanym politykiem z długim doświadczeniem w Unii i wydaje się, że będzie utrzymywać dobre relacje nie tylko ze swoimi partnerami w Radzie, ale przede wszystkim z przewodniczącą Komisji. Tego nie można było powiedzieć o jego poprzedniku Charlesie Michelu, który toczył nieustanne wojny podjazdowe, skutkujące nieraz groteskowymi sytuacjami.

Z kolei nominacja dla 47-letniej Kai Kallas to gest nie tylko w stronę „nowej Unii”, ale przede wszystkim wobec tych państw na wschodniej flance unijno-natowskiej, które na pierwszym miejscu stawiają dziś zagrożenie ze strony rosyjskiego imperializmu.

Kampania przewodniczącej, czyli: dla każdego coś miłego

Ale i tak najważniejsza z tych nominacji to przewodnicząca Komisji. Także dlatego, że po raz pierwszy ta sama osoba zostanie powołana na drugą kadencję.

65-letnia Ursula von der Leyen od wielu miesięcy zabiegała o ten precedens, prowadząc przemyślane działania wśród „wielkich elektorów”, tj. premierów i prezydentów. Zresztą przez całe minione pięć lat Komisja pod jej silnym przewodem – wszyscy unijni komisarze narzekali na niekolegialny, woluntarystyczny styl jej działań – starała się wychodzić naprzeciw interesom poszczególnych rządów.

Wyjątkiem był może pierwszy rok pandemii, gdy Komisja przejęła inicjatywę i wywierała silne naciski na stolice. Ursula von der Leyen lubi przywoływać np. unijne kontrakty na szczepionki przeciw covidowi jako przykład swojej skuteczności. Choć i tu ciągną się za nią kontrowersje, wywołane przez sposób podejmowania decyzji i niechęć do zdawania z nich sprawy przed kimkolwiek (za brak gotowości do ujawnienia szczegółów swoich rozmów z koncernami von der Leyen ma proces z dziennikiem „New York Times”).

Ostatni rok to była już jej intensywna kampania – pod hasłem „dla każdego coś miłego”. Zarówno pieniądze, jak i korzystne decyzje (lub powstrzymywanie się Komisji od decyzji przykrych).

I tak: Komisja poluzowała ostatnio procedury rozliczania środków z Funduszu Odbudowy, a kilka krajów dostało w czerwcu szybciej swoje spodziewane raty z tego Funduszu. Polska dostała zgodę na wypłaty „na piękne oczy”, bo żaden z tzw. kamieni milowych dotyczących praworządności nie został spełniony – wszystko zawisło na planach przedstawionych przez rząd Tuska w Brukseli. Francja zażądała i otrzymała zawieszenie prawie już gotowego traktatu o wolnym handlu między Unią a krajami Ameryki Łacińskiej (tzw. Mercosur).

Dalej: również pod naciskiem Francji Komisja wszczęła procedurę obłożenia wysokimi cłami chińskich aut elektrycznych, choć było to nie w smak niemieckiej branży samochodowej (są sygnały, że w przyszłej kadencji Komisja szybko się z tych ceł wycofa). Z kolei Grecji i Chorwacji (oba kraje rządzone są przez ważnych polityków z EPL) Komisja puściła płazem wielokrotne i jaskrawe naruszenia prawa przy odpychaniu migrantów. Zgodnie zaś z interesem Hiszpanii firmowała jej porozumienie z Mauretanią w sprawie powstrzymywania migrantów, choć kraj ten nie spełnia najluźniejszych choćby standardów praw człowieka.

Ursula von der Leyen i Giorgia Meloni: relacja szczególna

W liście na temat obecnego stanu polityki migracyjnej, który Ursula von der Leyen rozesłała przed ostatnim szczytem do przywódców, wspomina o „innowacyjnych” rozwiązaniach wdrożonych przez niektóre kraje i zapowiada, że świeżo przyjęty tzw. pakt migracyjny nie będzie ostatnim słowem Unii na ten temat. To pośrednio odpowiedź na list piętnastu państw (w tym Polski), które właśnie tego się domagały.

Owe „innowacje” to przede wszystkim testowany ostatnio przez Włochy tzw. model rwandyjski. Nazwa pochodzi od brytyjskiego projektu wysyłania hurtem do Rwandy osób starających się na Wyspach o status uchodźcy, gdzie mają być procedowane ich zgłoszenia. Tyle że w przypadku Włoch ma się to dziać w Albanii, z błogosławieństwem Unii.

Wcześniej Ursula von der Leyen osobiście patronowała też porozumieniom Rzymu z Tunisem w sprawie ograniczania migracji (nieskutecznym, jak się potem okazało). To zresztą tylko jeden z gestów bliskości, jaką przewodnicząca Komisji pielęgnowała z włoską premier Giorgią Meloni od jesieni 2022 r.

Te ich szczególne relacje – to osobny wątek historii nowo-starego unijnego podziału wpływów i stanowisk.

Liczenie szabel przed głosowaniem w europarlamencie

Partia włoskiej premier należy bowiem do Grupy Europejskich Konserwatystów i Reformatorów (EKR), która przez trójcę trzymającą władzę otoczona była dotąd „kordonem sanitarnym”. Wobec tego Meloni nie była doproszona do pertraktacji o podziale stanowisk, a nawet ostentacyjnie ją ignorowano. Co zresztą budziło głośno wyrażany gniew w Rzymie, gdyż oznaczało to trzymanie „za drzwiami” trzeciego co do wielkości kraju Unii, którego rząd w dodatku uzyskał w eurowyborach jeszcze silniejszy mandat wyborczy.

Meloni wstrzymała się od głosu na czwartkowej Radzie – zostawiając tym sobie otwartą furtkę do dalszych i nieoficjalnych rozmów przed następnym, trudniejszym dla Ursuli von der Leyen etapem procedury. Jej wcześniejsze wielomiesięczne zabiegi, ciche wsparcie i przyjazne gesty wobec Meloni były bowiem nie tyle wyrazem osobistej sympatii czy zbieżności poglądów, lecz przede wszystkim wynikiem liczenia szabel przed lipcowym głosowaniem w europarlamencie.

Niezależnie bowiem od dystansu wobec tzw. populistycznej prawicy – która zresztą w osobie Meloni głosi program niewiele różniący się od tego, co mówią chadecy w sprawie migracji czy Zielonego Ładu – koalicja trojga „rodzin”, która rozdzieliła teraz między siebie stanowiska, potrzebuje uciułać jeszcze dodatkowe głosy (dodajmy, że dystans ten demonstrowany jest bardziej przez polityków z EPL, a nie przez przewodniczącą Komisji).

Zakulisowe rozmowy i obietnice „przez bibułkę”

Skąd taka potrzeba? Pięć lat temu, kiedy EPL, SD i liberałowie mieli do spółki większą niż dziś przewagę w europarlamencie, nominacja Ursuli von der Leyen przeszła ledwie dziewięcioma głosami (zapewnił je wówczas PiS, w zamian za obietnicę łagodniejszego traktowania przez Komisję spraw polskiej praworządności, a raczej jej braku).

Dziś, kiedy te trzy grupy mają razem ok. 400 posłów, z których zapewne jedna dziesiąta opowie się – w tajnym głosowaniu – przeciwko von der Leyen (zapowiadają to otwarcie np. republikanie z Francji i Irlandczycy z Fianna Fáil), tym bardziej niezbędne jest wsparcie z zewnątrz. A najłatwiej można je ściągnąć właśnie od Braci Włochów, partii Giorgii Meloni. Choć bez wciągania ich do żadnej formalnej koalicji, to jednak płacąc cenę, którą Rzym już głośno wypowiedział: to stanowisko wiceprzewodniczącego Komisji i „mocna” teka unijnego komisarza dla Włocha.

Najbliższe dwa tygodnie będą dla Ursuli von der Leyen wyjątkowo trudne: będzie musiała złożyć obietnicę Giorgii Meloni, ale w sposób na tyle dyskretny i „przez bibułkę”, aby nie zantagonizować sojuszników. Zwłaszcza socjalistów, którzy wobec swoich wyborców składali głośne obietnice trzymania muru przeciwko skrajnej prawicy (np. w Niemczech, gdzie tamtejsza AfD jest bardziej radykalna od Braci Włochów).

Paradoksalnie te zakulisowe rozmowy z partią, którą wielu z unijnego (jeszcze) mainstreamu oskarża o bycie zagrożeniem dla demokracji i dla praw podstawowych (a która to partia z wzajemnością oskarża Unię o bycie niedemokratycznym molochem), okażą się jedynym momentem, gdy cały proces ustalania nominacji wyjdzie poza niewielką salkę, gdzie ci sami co zawsze gracze podejmują decyzje.

O hybrydowej naturze Unii

A podejmują je, respektując przy tym wiele różnych krzyżujących się parytetów – między trzema partyjnymi „rodzinami”, między różnymi regionami kontynentu, między krajami dużymi i małymi, a także między płciami (tym razem są trzy kobiety i jeden mężczyzna) – ale już niekoniecznie mając na uwadze prosty werdykt wyborczy.

W końcu trzymana za drzwiami Meloni nie tylko jest, jak powiedziano, premierką trzeciego pod względem wielkości i potencjału kraju Unii (po Niemczech i Francji), ale też polityczna frakcja, do której należy, jest teraz trzecią co do wielkości w europarlamencie.

Ale na tym polega hybrydowa natura Unii. Nie może ona, wbrew narracji niektórych swoich zbyt gorliwych apologetów, być taką demokracją, jakby była jednym spójnym bytem.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 27/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Unia dzieli i rządzi