Francja jest na wirażu. Wkrótce czeka ją, być może, ostry skręt w prawo. Wszystko za sprawą przedterminowych wyborów parlamentarnych, które odbędą się w dwóch turach: 30 czerwca i 7 lipca.
Gorączka przedwyborcza nie ominęła nawet francuskiego futbolu, który raczej stroni od polityki. Na konferencji prasowej w trakcie Euro 2024 kapitan „trójkolorowych” Kylian Mbappé ostrzegł przed „skrajnymi siłami, które są u bram władzy” i wezwał Francuzów, zwłaszcza młodych, by poszli głosować. Nie wymienił co prawda nazwy partii, którą krytykował. Ale biorąc pod uwagę kontekst, wszyscy mogli się domyślić, że chodzi o Zjednoczenie Narodowe.
Bo to ta partia, której faktyczną liderką jest Marine Le Pen, prowadzi we wszystkich sondażach. Notowania dają jej w okolicach 31-33 proc. Drugi w kolejności jest sojusz formacji lewicowych (występujący pod nazwą Nowy Front Ludowy; 28 proc. poparcia), a dopiero na trzecim miejscu prezydencka lista Emmanuela Macrona, Renesans (18 proc.).
Tu ważne zastrzeżenie: francuskich deputowanych wybiera się inaczej niż w Polsce – według ordynacji większościowej, w jednomandatowych okręgach wyborczych. W dodatku przy wysokiej frekwencji w drugiej turze może rywalizować nawet troje kandydatów. Specyficzna ordynacja komplikuje więc prognozy.
Wiele zależy właśnie od frekwencji. W eurowyborach do urn poszło prawie 52 proc. Francuzów. Teraz można spodziewać się, że będzie ich powyżej 60 proc.
Partia ogólnokrajowa
Pewne jest za to, że lepeniści złapali wiatr w żagle. Zjednoczenie Narodowe (Rassemblement national, RN) wygrało właśnie eurowybory – po raz trzeci z rzędu i z rekordowym wynikiem ponad 31 proc.
Prof. Pascal Perrineau, politolog z paryskiego Instytutu Nauk Politycznych Sciences Po, w rozmowie z „Tygodnikiem” wskazuje, że w eurowyborach lepeniści zwyciężyli aż w 93 proc. francuskich gmin. – Zjednoczenie Narodowe jest dziś partią prawdziwie ogólnokrajową, reprezentuje wszystkie grupy społeczne i wiekowe. Najmocniej, i to już od wielu lat, partia Le Pen zakorzeniła się wśród warstw ludowych, takich jak robotnicy i pracownicy na niższych stanowiskach. Teraz podbija klasę średnią i nawet osoby na kierowniczych stanowiskach – podkreśla Perrineau.
Czy społeczeństwo francuskie stało się ksenofobiczne? Perrineau uważa, że nawet jeśli niechęć do obcych jest we Francji czymś realnym, nie można sprowadzać głosu na RN do ksenofobii. – Wszystkie badania pokazują, że podstawową troską wyborców RN są problemy typu socjalnego, zwłaszcza rosnące ceny i koszty życia – mówi politolog.
Zaniepokojeni imigracją
– To oczywiście nie wszystko – dodaje Perrineau. – Francja ma bardzo silną tożsamość narodową i poczucie, że w globalnym, otwartym świecie ta tożsamość zanika. To, że wyborcy RN są zaniepokojeni masową imigracją i brakiem kontroli nad nią, nie znaczy, że muszą być rasistami czy ksenofobami.
Inni socjolodzy polemizują z tą opinią, kładąc większą wagę na rolę uprzedzeń rasowych. Félicien Faury, autor głośnej w tym sezonie książki „Zwyczajni wyborcy. O wyborcach RN”, przez sześć lat badał elektorat skrajnej prawicy w południowo-wschodniej Francji, od kilku dekad bastionie tego ugrupowania.
Na łamach dziennika „Le Monde” Faury wskazywał, że w wypowiedziach wyborców Le Pen „kwestie socjalne są wciąż łączone z tematem imigracji i miejscem mniejszości etniczno-rasowych w społeczeństwie francuskim”. Np. ankietowani wyrażają często przekonanie, że imigranci czy cudzoziemcy zabierają im dostęp do pomocy socjalnej, mieszkań czy służby zdrowia lub że państwo traktuje „obcych” lepiej niż rodowitych obywateli Francji.
Idąc na mityng wyborczy RN choćby w wieloetnicznym Paryżu, można się naocznie przekonać (jak piszący te słowa), że wśród sympatyków partii całkowicie dominują osoby o białym kolorze skóry.
Bardella i pierwsze decyzje
W trakcie obecnej kampanii liderzy RN – Marine Le Pen oraz 28-letni Jordan Bardella, nominalnie prezes RN i kandydat na premiera – zapowiadają, co będzie dla nich priorytetem, jeśli przejmą władzę.
I tak, według Le Pen najbardziej pilne są trzy kwestie: obniżenie kosztów życia zwykłych Francuzów, walka z przestępczością i ograniczenie imigracji. Z kolei Bardella, mówiąc o swoich pierwszych decyzjach w roli szefa rządu, wymienił obniżenie podatku VAT na energię i paliwa (z 20 proc. do 5,5 proc.), obniżenie rachunków za prąd o 30 proc. (Bardella uważa, że to możliwe za sprawą, jak mówi, „wyzwolenia się” Francji z unijnych reguł dotyczących rynku energii elektrycznej), dalej zaostrzenie kar za przestępstwa i ograniczenie do minimum obecnej bezpłatnej pomocy medycznej dla cudzoziemców przebywających nielegalnie w kraju.
Bardella zapowiada też zaostrzenie walki z imigracją i utrudnienie dostępu do francuskiego obywatelstwa. Chce jak najszybciej znieść tzw. prawo ziemi, które umożliwia dzieciom imigrantów, które rodzą się we Francji, niemal automatyczne uzyskanie obywatelstwa.
Tonowane obietnice
– Wyborcy Le Pen spodziewają się, że ich partia po dojściu do władzy będzie bardziej skutecznie kontrolować napływ imigrantów. Nie jest to jednak oczywiste, jeśli spojrzeć np. na włoską premier Giorgię Meloni, która obiecywała coś podobnego. Jak dotąd nie udało jej się tego osiągnąć. Być może podobnie będzie z RN – zauważa Pascal Perrineau.
Partia Le Pen obiecywała też wcześniej, że uchyli ustawę emerytalną z 2023 r., którą przeforsował Macron. Podnosi ona wiek emerytalny z 62 do 64 lat, co wywołało falę ogromnych protestów. W trakcie obecnej kampanii politycy RN zmienili tu jednak ton: teraz obiecują jedynie, iż umożliwią wcześniejsze przejście na emeryturę w wieku 60 lat, ale tylko dla osób, które zaczęły pracować przed 20. rokiem życia. Rewolucji więc nie będzie.
– Już teraz RN zaczyna wycofywać się z części demagogicznych obietnic ekonomiczno-społecznych – uważa Perrineau. – Wielkie koncerny są zaniepokojone możliwym zdobyciem władzy przez narodowych populistów z RN, podobnie jak też przez radykalną lewicę. Po kryzysie politycznym mógłby nastąpić ekonomiczny. To prawdziwa stawka tych wyborów.
Strach rynków, stan finansów
Powodem ostrożności RN w kwestii emerytur i innych spraw socjalnych może być chęć uspokojenia rynków, przestraszonych perspektywą rządów lepenistów. Sama obietnica obniżki VAT-u na energię i paliwa kosztowałaby, według ministerstwa finansów, 17 mld euro rocznie. Tymczasem lepeniści nie wskazali wiarygodnych źródeł sfinansowania tej obniżki; mówią tylko o walce z oszustwami podatkowymi.
Obietnice wyborcze i RN, i innych partii rozpatrywać trzeba na tle krytycznej sytuacji finansów państwa. W 2023 r. dług publiczny Francji przekroczył 110 proc. PKB (przed pandemią, w 2019 r., wynosił blisko 98 proc. PKB). Tym samym Francja zajmuje dziś trzecie miejsce w Europie, po Grecji i Włoszech, pod względem wysokości tego długu. Inna niepokojąca liczba: w 2023 r. deficyt budżetowy wyniósł 5,5 proc. PKB.
Pascal Perrineau uważa, że za „niepoważny”, jak to ujmuje, stosunek do dyscypliny budżetowej odpowiadają rządy z ostatnich kilkunastu lat – zarówno konserwatywna prawica, jak i socjaliści. Rządy Macrona pogłębiły ten trend. – Przed eurowyborami agencja ratingowa Standard & Poor’s zdegradowała ocenę Francji, stąd koszty zadłużenia będą rosnąć. To kolejny element, który pozwala sądzić, iż w ciągu 3-4 miesięcy po wyborach może dojść do kryzysu ekonomicznego – ocenia politolog.
Liderzy RN bardzo się trudzą, by przekonać i wyborców, i świat biznesu, że nie są (już) politycznymi „awanturnikami”. „Uosabiamy porządek i spokój”, „Chaos to Macron, a nie my” – mówiła Marine Le Pen dziennikowi „Le Figaro”. Czy przekonała tych, którzy pamiętają z 2017 r. jej wezwania do frexitu, jej pochwały Putina albo poparcie aneksji Krymu?
Spękany front
Na głównego oponenta lepenistów w tych wyborach kreuje się lewica. Jej koalicja, pod nazwą Nowy Front Ludowy, obejmuje kilka partii: to radykalna Francja Nieujarzmiona (LFI), Partia Socjalistyczna (PS), Ekolodzy (dawniej Zieloni) i Partia Komunistyczna (PCF). Ten sklecony naprędce sojusz – powstał on w ciągu kilku dni po tym, jak 9 czerwca Macron rozpisał wybory – łączy tylko wspólny wróg.
Dwa lata temu, przed poprzednimi wyborami, partie lewicowe tworzyły już jeden blok. Zajął on drugie miejsce (za liberałami Macrona), ale szybko się rozsypał – przede wszystkim za sprawą różnic w podejściu do wojny w Ukrainie i do konfliktu izraelsko-palestyńskiego.
Radykalna LFI pod wodzą Jeana-Luca Mélenchona stanęła całkowicie po stronie Palestyńczyków; liderzy LFI, oprócz znanego dziennikarza François Ruffina, konsekwentnie sprzeciwiali się nazywaniu Hamasu organizacją terrorystyczną. Z kolei socjaliści zarzucali politykom LFI, że dla kalkulacji wyborczych – tj. łowienia głosów mieszkańców przedmieść, pochodzących z krajów arabskich – przenoszą niejako konflikt w Gazie nad Sekwanę i igrają z antysemityzmem.
Inny punkt zapalny: sprzymierzona z socjalistami mała partia Miejsce Publiczne Raphaëla Glucksmanna domagała się zwiększenia dostaw uzbrojenia dla Ukrainy, podczas gdy Francja Nieujarzmiona powtarzała, że należy stawiać tylko na dyplomację.
Nikt nie ma złudzeń, że Nowy Front Ludowy wymaże niedawne waśnie. – To blok czysto taktyczny, wyborczy, który nie rozwiąże głębokich podziałów między tymi partiami. Lewicę socjaldemokratyczną, czyli Partię Socjalistyczną i Miejsce Publiczne, dzieli od Mélenchona przepaść – mówi „Tygodnikowi” socjolog Jean-Pierre Le Goff. Jego zdaniem przeszkodą w porozumieniu jest także osobowość Mélenchona, który, jak mówi Le Goff, uważa się za „mesjasza lewicy” i nie toleruje różnicy zdań nawet we własnej partii.
Gdzie jest „lud”?
Lewica francuska – i socjaldemokraci, i radykałowie – wciąż przedstawia się jako obrończyni „ludu” (franc. peuple), rozumianego jako klasa społeczna o niskich dochodach i słabszym wykształceniu. Tymczasem, jak wskazuje Jean-Pierre Le Goff, tak rozumiany „lud” głosuje dziś głównie na radykalną prawicę. Zresztą także lepeniści używają z upodobaniem słowa peuple.
W procentach wygląda to tak: według ośrodka Ipsos w ostatnich eurowyborach aż 53 proc. spośród biorących w nich udział francuskich robotników poparło RN, podczas gdy tylko 8 proc. z nich głosowało na LFI, a 7 proc. na Partię Socjalistyczną.
– Dzisiaj to, co można nazwać „ludem lewicy”, składa się w większej mierze z klasy średniej, tzw. bobos – twierdzi Le Goff. To skrót od bourgeois bohème, w wolnym przekładzie: anarchizujących burżujów. Le Goff: – Bliskie im jest to, co nazywam „lewactwem kulturowym”, czyli zastąpienie walki o sprawy socjalne bojem o kwestie obyczajowe, obronę mniejszości itd.
Le Goff uważa, że radykalna lewica stawia dziś także na lewicującą młodzież oraz na elektorat muzułmański z niektórych przedmieść. Właśnie tam, na imigranckich przedmieściach, skrajna lewica wygrywała wybory w ostatnich latach.
Socjolog sądzi, że proces porzucenia partii lewicowych przez warstwy nazywane niegdyś plebejskimi, przede wszystkim przez robotników, nie zaczął się dziś, lecz już 20-30 lat temu. Le Goff: – Lewicowi wyborcy nie przypominają dziś wcale sympatyków Frontu Ludowego sprzed II wojny światowej.
Wówczas tę antyfaszystowską koalicję tworzyli socjaliści, komuniści i inni lewicowi radykałowie; rządziła ona Francją w latach 1936-38.
– Obecny Nowy Front Ludowy przywdziewa stare kostiumy, aby odzyskać dawną tożsamość, z której nic prawie nie zostało – uważa socjolog.
Rząd albo chaos
Jak może wyglądać Francja po 7 lipca?
Le Goff: – Jest możliwe, że partia Le Pen zajmie wprawdzie pierwsze miejsce, ale nie będzie mieć większości. Jordan Bardella oświadczył, że w takiej sytuacji nie będzie chciał tworzyć rządu. Takie rozwiązanie, oznaczające chaos w parlamencie, może nawet być na rękę Marine Le Pen, bo da czas na przygotowanie się do walki o urząd prezydenta w 2027 r. A to jest dla niej najważniejsze.
Perrineau: – Jeśli Zjednoczenie Narodowe jednak dojdzie do władzy, będzie musiało bardzo szybko poduczyć się umiejętności rządzenia. Do tej pory RN rządziło tylko lokalnie w kilkunastu mniejszych miastach kraju. Jedynym większym miastem było tu Perpignan. Jak na razie ma więc mnóstwo braków do nadrobienia.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















