Wzrok odzyskiwany

Dariusz Stola: Wychodzących z Muzeum POLIN pytamy, co zapamiętali (bez sugerowania odpowiedzi). Cieszę się, bo często słyszymy: teraz rozumiem, że dzieje Żydów to istotna części historii Polski.

Reklama

Wzrok odzyskiwany

Wzrok odzyskiwany

w wydaniu specjalnym "Polska Żydowska"
24.01.2019
Czyta się kilka minut
Dariusz Stola: Wychodzących z Muzeum POLIN pytamy, co zapamiętali (bez sugerowania odpowiedzi). Cieszę się, bo często słyszymy: teraz rozumiem, że dzieje Żydów to istotna części historii Polski.
Rekonstrukcja malowanego sklepienia z drewnianej synagogi w Gwoźdźcu, centralny punkt galerii „Miasteczko” na wystawie stałej Muzeum Polin / Fot. MAGDALENA STAROWIEYSKA / MUZEUM POLIN
Rekonstrukcja malowanego sklepienia z drewnianej synagogi w Gwoźdźcu, centralny punkt galerii „Miasteczko” na wystawie stałej Muzeum Polin / Fot. MAGDALENA STAROWIEYSKA / MUZEUM POLIN
P

PIOTR KOSIEWSKI: „Bez historii Żydów historia Polski jest ułomna, kulawa, nie można jej zrozumieć, a bez historii Polski nie można zrozumieć historii Żydów” – mówił Pan po otrzymaniu nominacji na dyrektora Muzeum w 2014 r. Czy i co zmieniło się w postrzeganiu dziejów obecności żydowskiej w Polsce?

DARIUSZ STOLA: Nasza wiedza o tym jest cząstkowa, ale widać tu pewien postęp. Dam przykład: na pytanie „Czy Powstanie w Getcie Warszawskim jest ważnym wydarzeniem dla Polaków?”, w 2013 r. „Tak” odpowiedziało 31 proc. respondentów, a w 2018 r. już 49 proc. W krótkim czasie liczba Polaków, dla których jest to ważna data historyczna, wzrosła o ponad połowę. Warto zwrócić na to uwagę, bo zmiany świadomości społecznej zazwyczaj zachodzą bardzo wolno i zależą od wielu czynników, nie można ich po prostu wywołać, gdy ktoś uzna to za słuszne. Mamy na to dość aktualny przykład: w badaniu CBOS z 2017 r. zapytano o tzw. żołnierzy wyklętych. Okazało się, że 45 proc. populacji w ogóle ich kojarzy, a połowa respondentów jest bardzo podzielona w ich ocenie. A przecież to jeden z głównych tematów w polityce historycznej rządu i dyskusjach publicznych ostatnich lat. Ten przykład pokazuje, że wpływ elit na stan świadomości społecznej jest ograniczony, że nawet działania podejmowane na dużą skalę nie gwarantują szybkich zmian.

A skąd ta zmiana w przypadku Powstania w Getcie?

Wydaje mi się, że wynika z zapoczątkowanych wcześnie, dłużej trwających przemian o głębszym charakterze, które tę szybką, ujawnioną w badaniach zmianę w ocenie Powstania umożliwiły. Coś sprawiło, że w drugiej dekadzie XXI wieku. Polacy byli gotowi na dostrzeżenie jego znaczenia. Powstanie w Getcie jest naszemu Muzeum bardzo bliskie w sensie dosłownym – budynek POLIN stoi na wprost Pomnika Bohaterów Getta, a jeden z najważniejszych naszych programów edukacyjnych – Akcja Żonkile – służy jego upamiętnieniu. Mam nadzieję, że przyczyniliśmy się do wspomnianej zmiany, ale oczywiście nie wiem, w jakim stopniu. Wiemy natomiast, bo mamy badanie na ten temat, jak bardzo wzrosła rozpoznawalność w Warszawie znaku żółtego żonkila jako symbolu pamięci o getcie i powstaniu. W 2016 r. rozpoznawało go 35 proc. mieszkańców, a w 2018 r. już 79 proc. To bardzo duża zmiana w tak krótkim czasie.

Z różnych badań, które robimy, szczególnie ważne jest dla mnie badanie osób wychodzących z wystawy stałej. Pytamy m.in.: „Co Pan/Pani z niej zapamiętał(a)?” (bez sugerowania odpowiedzi), i cieszę się, że często słyszymy: teraz rozumiem, że dzieje Żydów to istotna część historii Polski. Tę gotowość potwierdza też inny przykład. Przygotowaliśmy filmowy wykład o historii polskich Żydów, przeznaczony przede wszystkim dla uczniów szkół średnich, do niego pakiet materiałów dla nauczycieli. Marzyłem, by go obejrzało 50 tys. osób, ale się pomyliłem. Film, dostępny on-line, obejrzało tylko jednego dnia kilkanaście tysięcy klas – około 400 tys. młodych ludzi. Uprzytomniłem sobie wtedy, że w Polsce są tysiące nauczycieli, którzy uznali, że to ważny temat, że warto poświęcić na niego czas, choć nie mieli przecież takiego obowiązku. Do tej pory, jako historyk zajmujący się m.in. relacjami polsko-żydowskimi, sądziłem, że historia Żydów to temat raczej niszowy, przyciągający przede wysokim osoby wykształcone, w dużych miastach. Tymczasem poznanie popularności filmu i doświadczenia z paru innych naszych projektów docierających w głąb Polski pokazały, że ludzi zainteresowanych historią polskich Żydów jest wielu, także w mniejszych miejscowościach.

To zainteresowanie staje się powszechne?

Czy można je już nazwać powszechnym – nie wiem, ale ma zaskakująco dużą skalę. Mamy w ofercie wystawę objazdową „Muzeum na kółkach” – przewożoną w dwu kontenerach, z których szybko można zbudować mały pawilonik. Jeździ ona tylko do małych miejscowości, albo na festiwale kulturalne. Byłem szczerze zaskoczony zainteresowaniem, które wzbudza w tych miasteczkach. Mamy więcej zgłoszeń lokalnych samorządów niż możliwości jej pokazania, urządzamy więc konkurs, żeby wybrać, dokąd pojedzie. A tam, gdzie jedzie, przyciąga z reguły wielkie zainteresowanie. Np. w Izbicy Kujawskiej odwiedziło ją około 40 proc. mieszkańców – tak wysoki odsetek pozwala powiedzieć, że tam zainteresowanie jest naprawdę powszechne. Gdy pytam koleżanki, które jeżdżą z „Muzeum na kółkach”, co ludzi najbardziej interesuje, odpowiedz zawsze jest taka sama: żydowska historia ich miasta, czyli miasta, w którym prezentujemy wystawę. Przed każdym wyjazdem zbieramy na ten temat informacje – wiele z nich jest zresztą dostępnych na naszym portalu Wirtualny Sztetl, i włączamy je do wystawy. Dzięki temu nasi edukatorzy mogą odpowiedzieć na pytania, gdzie mieszkał rabin, gdzie była synagoga lub mykwa, jak nazywali się mieszkańcy tego czy innego domu. W tych miejscowościach nie ma już Żydów, a żydowska część lokalnej historii była tam z reguły pomijana, marginalizowana, zachowana jedynie w strzępkach opowieści rodziców i dziadków. Jednak od pewnego czasu zaczyna być dostrzegana jako tej historii część integralna. Nasza wystawa odpowiada na oddolne zainteresowanie i wzmacnia tę tendencję. Dobrze, że się to dzieje. Bo jeśli ktoś nie dostrzega dużej części historii swojego miasta – a w wielu miejscowościach Żydzi stanowili przez wieki 1/3, połowę czy nawet więcej mieszkańców – to jakby był ślepy na jedno oko; jego obraz przeszłości jest spłaszczony.

A jaki wpływ na postrzeganie dziejów Żydów w Polsce ma oficjalna narracja historyczna, do której rządzący obecnie przywiązują tak wielką uwagę?

Wbrew obiegowym poglądom, nie widzę w Polsce jednej oficjalnej narracji historycznej. Polityka historyczna – a są to dla mnie wszelkie działania mające kształtować wyobrażenia przeszłości – ma wiele podmiotów, które wybierają różne tematy, różnie rozkładają akcenty, inaczej osądzają postaci. Jeśli za „narracje oficjalne” uznamy to, co płynie od władz publicznych, to i tu musimy zwrócić uwagę na różnorodność, wynikającą z wielości władz samorządowych różnego szczebla, które nadają nazwy ulicom, stawiają pomniki, wspominają lub pomijają wydarzenia i postaci w okolicznościowych przemówieniach. Władze centralne (tu też używam liczby mnogiej) są tylko jednym z graczy na tym polu. Oprócz tego mamy podmioty prywatne, niekiedy bardzo wpływowe: media różnego rodzaju, Kościoły i organizacje religijne, wydawców książek, organizacje społeczne, uczelnie. Ta wielość zapewnia różnorodność opowieści o przeszłości.


Wydanie specjalne "Polska Żydowska" - najważniejsze teksty o najtrudniejszej relacji -  w setną rocznicę urodzin Marka Edelmana przedstawiamy Państwu wybór najlepszych tekstów „Tygodnika Powszechnego” poświęconych złożonym relacjom polsko-żydowskim.


Niemniej trzeba przyznać, że w ostatnich latach nastąpiła w polityce historycznej widoczna zmiana, polegająca na wzroście aktywności różnych agend rządowych i narastającej uniformizacji ich przekazu. Ujednolicenie przekazu nie jest samo w sobie czymś złym, jest to nawet warunek jego skuteczności, a wzrost zainteresowania władz historią powinien mnie jako historyka cieszyć, ale mam często wrażenie, że to historia tematycznie uboga, nazbyt uproszczona, schematycznie przedstawiana i niezachęcająca do stawiania pytań. Podkreślam to ostatnie, bo chęć i umiejętność zadawania przeszłości pytań należy do najważniejszych owoców dobrej edukacji historycznej. Jednocześnie publiczne dyskusje o przeszłości – podobnie jak dyskusje publiczne w ogóle – nabrały zaciętości, a straciły na subtelności i zdolności do porozumienia.

Jak wspomniałem, nie jest to dziedzina, w której można szybko osiągnąć duże zmiany, a działając pospiesznie i bez przemyślenia można poczynić wiele szkody. Najbardziej oczywisty tego przykład przyniósł właśnie mijający rok – mówię o nieszczęsnej nowelizacji ustawy o IPN. W materii tej najlepsze są działania systematyczne i długofalowe, wymagające szerokiego konsensusu i solidnej podbudowy intelektualnej. Odwołam się raz jeszcze do przykładu współczesnego postrzegania Powstania w Getcie Warszawskim. Być może do wzrostu odsetka osób uznających je za ważne wydarzenie w historii Polski przyczyniło się podkreślanie tego przez wielu polskich przywódców, ponad podziałami partyjnymi. W rocznice jego wybuchu pod Pomnikiem Bohaterów Getta stawali kolejni prezydenci lub premierzy Polski, a papierowe żonkile, które rozdają tego dnia wolontariusze Muzeum POLIN, przypinali zarówno prezydent Duda, jak i liderzy opozycji. Okazuje się, że w naszej, tak spolaryzowanej polityce tym, co może łączyć ponad podziałami, jest żydowskie powstanie sprzed siedemdziesięciu pięciu lat...

Ważna jest zarówno wiarygodność przekazu historycznego, jak i jego wpisanie w oczekiwania społeczne?

Wiarygodność jest najważniejsza, bez niej nie ma mowy o dobrym muzeum, dobrej książce czy dobrej polityce historycznej. Opowieści zakłamane mają krótkie nogi, na dłuższą metę można nimi co najwyżej wychowywać cyników lub popchnąć do buntu. Starsi czytelnicy zapewne pamiętają to z PRL. Mówiąc o wiarygodności, dochodzimy nieuchronnie do prawdziwości narracji historycznych i do roli historyków. Historia, czyli opowieść o przeszłości, jest wiarygodna, jeśli jest prawdziwa, a nie mamy lepszych sposobów badania jej prawdziwości niż te, które wypracowała nauka historyczna. W tym znaczeniu wyobrażenia przeszłości – te powszechne czy te promowane przez taką lub inną organizację – są mniej lub bardziej prawdziwe albo fałszywe, zależnie od zgodności z tym, co o tej przeszłości ustalili historycy działający zgodnie z wypracowanymi przez pokolenia metodami i prowadzący między sobą rzeczowe spory. Jeżeli zatem ktoś, kto nie był świadkiem wydarzeń, chce mówić historykom, jak było, to stawiam pytanie: a skąd on to wie? Prawdy o przeszłości nie ustala się przez głosowanie. Choćby ktoś powoływał się na wolę narodu, to jego tezy może obalić jedna osoba. Dlatego tak ważne jest, by kształcić dobrych historyków, by tworzyć warunki do badania przeszłości i dyskusji o niej.

Ale historycy mają dziś duży wpływ na politykę historyczną. To oni mówią, jak było.

Nie jestem tego pewien. Widzę raczej wielkie zagrożenia dla autorytetu historyków, część szerszego zagrożenia autorytetu ekspertów w ogóle. Dziś każdy może w minutę znaleźć w internecie informacje historyczne na interesujący go temat, wyprodukowane przez nie wiadomo kogo na nie wiadomo jakiej podstawie. Wyszukiwarka czy algorytm sieci społecznościowej podsunie mu takie opinie, które mu się najbardziej spodobają, a brak umiejętności krytycznego z nich korzystania sprawi, że uwierzy w nie i uzna, iż wie już wszystko, a przynajmniej wystarczająco wiele.

Proszę też zwrócić uwagę, że używałem liczby mnogiej: nie chodzi mi o pojedynczego historyka czy kilku historyków, tylko historyków jako pewną zbiorowość, która rządzi się regułami swej profesji i prowadzi między sobą dyskusje. Znaczenia dyskusji nie sposób przecenić: to najlepszy sposób wykrywania błędów i stopniowego, zbiorowego dążenia do prawdy. Dlatego tak ważną rzeczą jest przestrzeganie reguły dyskusji i gotowość do niej. To jedna z najcenniejszych rzeczy, które mamy. A zarazem krucha, łatwa do zepsucia, potrzebująca ochrony i świadomego wysiłku kultywowania.

Skoro mówimy tu o historii polsko-żydowskiej, to za wielkie osiągnięcie III Rzeczypospolitej uważam naszą największą debatę historyczną – dyskusje o zbrodni w Jedwabnem kilkanaście lat temu. Trudno wyobrazić sobie trudniejszy temat niż zamordowanie w okrutny sposób kilkuset niewinnych ludzi, mężczyzn, kobiet i dzieci. Okazało się jednak, że jako społeczeństwo znaleźliśmy język do rozmowy nawet na tak trudny temat, że zdołaliśmy ustalić i przyjąć do wiadomości bardzo wiele faktów, różnorakich okoliczności i aspektów wydarzenia, a potem wydawać o nich wyważone sądy. Oczywiście w tej dyskusji padały też kłamstwa, kalumnie i nonsensy, ale jej ogólny kierunek był konstruktywny. Przepraszam, źle się wyraziłem i muszę doprecyzować poprzednie zdanie: nie znaleźliśmy tego języka, myśmy go w pocie czoła wypracowali. Takiego języka, to jest umiejętności rozmowy, nie zyskuje się z dnia na dzień. To trzeba kultywować przez dziesięciolecia. Tworzenie języka do rozmowy o trudnych tematach z historii polsko-żydowskiej trwało przynajmniej od lat 80.

A skoro mówimy o sporach, to chciałbym wspomnieć wniosek, do którego doszedłem czytając przez kilka lat krytyczne głosy o Muzeum, zwłaszcza o wystawie stałej. Widać w nich ciekawą prawidłowość. Otóż wielokroć zarzucano nam, że za mało eksponujemy bohaterskich Polaków, którzy ratowali Żydów w latach niemieckiej okupacji. Z drugiej strony czytałem też, że za mało mówimy o antysemityzmie, przez co w pewnym sensie tę historię wybielamy. Przeważnie było tak, że głosy upominające się o więcej miejsca dla Sprawiedliwych przychodziły od osób o prawicowych poglądach, a zarzuty o niedostatecznym pokazywaniu antysemityzmu od tych o lewicowych poglądach. Coś jednak łączy obie grupy: nikłe zainteresowanie dziejami Żydów. Dla nich historia polskich Żydów jest sprawą drugorzędną, jest dla nich przede wszystkim lustrem, w którym oglądają się Polacy. Jedni chcą w nim pokazać niebezpieczeństwa, ukryte w tradycji naszego szowinizmu, drudzy chcą zobaczyć potwierdzenie tego, jacy jesteśmy wspaniali. Dodam, że jeśli podejmowałem dyskusję z tą krytyką, to zwracałem uwagę, że to muzeum historii Żydów, a o nie-Żydach mówimy w nim tyle, ile potrzebne jest do wyjaśnienia losów tych pierwszych. W historii Żydów stosunki z nieżydowskimi sąsiadami są tylko jednym z aspektów, i to niekoniecznie pierwszoplanowym. Oczywiście, dla grupy etnicznej żyjącej w rozproszeniu ważne są stosunki z nieżydowskimi sąsiadami, polityka nieżydowskich władców, prawo i obyczaj kształtowane przez grupy dominujące, ale znaczna część żydowskiej historii dzieje się wewnątrz grupy – w rodzinach, w tej, a nie innej synagodze, organizacji lub partii, w społeczności sztetla i w rozległej sieci żydowskich miasteczek, dzielnic oraz ulic, tak charakterystycznych dla ziem dawnej Rzeczypospolitej. A zatem konflikt, dyskryminacja czy prześladowania to tylko część historii relacji Żydów z nieżydowskim otoczeniem, zaś te relacje to tylko część całej historii Żydów.

A jak dzisiejsze spory – polityczne czy ideologiczne – wpływają na odbiór Muzeum?

Nie prowadzimy badań, które jasno by to pokazywały. Gdy w sporach takich pojawiają się tematy z polsko-żydowskiej historii, w naturalny sposób rośnie zainteresowanie Muzeum. Świetnie to było widać podczas tegorocznej dyskusji o Marcu 1968 roku. Jestem przekonany, że bez tej dyskusji – choć daleko jej było do konstruktywności dawnych polsko-polskich sporów o historię polsko-żydowską – nasza wystawa o Marcu nie przyciągnęłaby tylu zwiedzających. Z drugiej strony, mogliśmy w tym roku zobaczyć, na przykładzie wspomnianego już konfliktu o nowelizację ustawy o IPN, jak spory prowadzone nie w celu znalezienia prawd, ale pognębienia przeciwnika rozniecają uprzedzenia, niechęć i podejrzliwość. A takie uczucia nie skłaniają do odwiedzenia Muzeum, ani do edukacji w ogóle. Co więcej, pochodną tego konfliktu była aktywizacja ciemnych sił antysemickich, które od tego czasu systematycznie zohydzają Muzeum w niezliczonych postach i komentarzach on-line, przeważnie anonimowych lub za pomocą fałszywych profili. Obowiązki zawodowe zmuszają mnie do przeglądania takich wpisów i muszę Państwa ostrzec, że w mrocznych zakamarkach internetu wyrosły ohydne stwory, sączące jad nienawiści w języku polskim. Sieją swe zatrute ziarno, dostosowując je tak, by trafiało do naszych dzieci, sąsiadów, współobywateli.

W założeniach Muzeum przyjmowano, że 70-80 proc. zwiedzających będą stanowili Polacy, a 20-30 proc. obcokrajowcy. Co pokazała praktyka?

Na to pytanie mogę odpowiedzieć precyzyjnie, na podstawie statystyk sprzedanych już blisko półtora miliona biletów na wystawę stałą. W pierwszym roku po jej otwarciu faktycznie 70 proc. zwiedzających było z Polski, a 30 proc. z zagranicy. W następnych latach liczba tych drugich dynamicznie rosła i w 2018 r. przekroczyła 50 proc. ogółu zwiedzających. Trzeba jednak pamiętać, że to tylko część osób, które przychodzą do Muzeum. W 2018 r. wystawę stałą obejrzało 360 tys. osób, ale łącznie zarejestrowaliśmy ponad 650 tys. wizyt. Szczególnie dużo gości przyciągnęły w tym roku wystawy czasowe, tysiące przychodzą też na koncerty, wykłady, dyskusje publiczne lub uczestniczą w różnego rodzaju zajęciach edukacyjnych – tutaj olbrzymią większość stanowią Polacy. Jeśli chodzi o cudzoziemców, to ważny był dla nas zwłaszcza wzrost liczby Izraelczyków. W pierwszym roku było ich bowiem stosunkowo niewielu, ich strumień zaczął rosnąć z pewnym opóźnieniem.

Dlaczego?

To nie jest nic niezwykłego, muzea budują strumień publiczności powoli, w miarę jak rozchodzą się wiadomości, że warto je odwiedzać. Nie zrobiliśmy wielkiej kampanii promocyjnej skierowanej za granicę. Informacje, że w Warszawie powstało nowe, ciekawe muzeum, rozchodziły się stopniowo, najpierw dzięki zainteresowaniu mediów, a potem z ust do ust.

Udało się zbudować zaufanie?

Mam wrażenie, że na początku było wokół Muzeum trochę nieufności. Dopiero kiedy tysiące ludzi zobaczyły ekspozycję i zaczęły o niej mówić krewnym i znajomym, gdy o Muzeum wspomnieli pozytywnie znani i cieszący się zaufaniem historycy i dziennikarze, blogerzy i politycy, tempo przyrostu zaufania wzrosło. To, że opiniotwórcze osoby dość szybko udało się do Muzeum przyciągnąć, jest wielką zasługą jego założycieli, przyjaciół, darczyńców i innych ludzi dobrej woli, którzy do tego zachęcali i ręczyli za wiarygodność. To wszystko budowało komunikat: w Warszawie pokazują opowieść o żydowskiej historii, która jest fascynująca i wiarygodna.

Jak wspomniałem, muzea budują swoją publiczność latami. Nie jest to sztuka sceniczna, która idzie jeden-dwa sezony, ani film, który przyciąga tłumy w rok czy dwa lata. Mówiąc językiem ekonomii: muzea to inwestycje długofalowe, są kosztowne i powinny długo procentować. Mówiąc dosłownie, nowoczesne budynki i nowoczesne wystawy kosztują wiele milionów złotych, euro czy dolarów. Gdy się coś takiego stworzy, należy o to dbać, starać się, by pracowały – działały, a nie tylko stały. Przecież to czyjeś pieniądze – publiczne, pochodzące z podatków obywateli lub prywatne – od darczyńców. Mówiąc w przenośni: dobre muzeum wymaga wysiłku i osobistego zaangażowania wielu ludzi, i ten osobisty wkład także powinien odpowiednio długo przynosić owoce. Nasze muzeum jest przykładem naprawdę udanego partnerstwa publiczno-prywatnego, co z publicznej strony wymagało konsensusu politycznego, a z tej prywatnej przekonania wielu ludzi zamożnych i hojnych. Gdy podkreślam, jak wielkim sukcesem było przyciągnięcie w krótkim czasie ponad pół miliona gości rocznie, to chcę przez to powiedzieć, że wspólny wysiłek trzech założycieli Muzeum – Ministerstwa Kultury, Miasta Warszawa i Stowarzyszenia Żydowski Instytut Historyczny, wieloletnie wysiłki jego twórców – historyków i kuratorów, budowniczych i tych wszystkich, których zwykle nie widać, ale ich praca jest niezbędna, że ofiarność darczyńców i zabiegi przyjaciół, że to wszystko przynosi dobre owoce. Ta wspólna inwestycja procentuje.

Tworząc Muzeum zakładano, że uda się przełamać patrzenie na obecność Żydów w Polsce przez pryzmat XX wieku. Czy to się udało?

Obserwujemy systematycznie skracanie się perspektywy historycznej i trudno temu przeciwdziałać. Tak dzieje się nie tylko w Polsce – to ogólna tendencja, przynajmniej w krajach Zachodu, że gros zainteresowania przeszłością dotyczy XX wieku. Także 95 proc. dyskusji na temat naszej wystawy dotyczyło części poświęconej XX stuleciu, przede wszystkim Zagładzie i okresowi powojennemu. Ubolewam nad tym, bo średniowiecze czy wiek XVI też są fascynujące, ale można to zrozumieć. Uwagę przyciągają historie dramatyczne, a dramatyzmu w XX wieku mieliśmy tu aż nadto. Conradowskie jądro ciemności europejskiej historii leży w naszym regionie, między Berlinem a Moskwą, gdzie wymordowano kilkanaście milionów ludzi, a najmroczniejszym punktem tego jądra ciemności były obozy zagłady.

Niemniej, sam chronologiczny porządek naszej wystawy, która zaczyna się od średniowiecza, a kończy wczoraj, sprawia, że przesuwamy trochę środek ciężkości zainteresowania ku wiekom dawniejszym. W pierwszych galeriach zwiedzający mają świeże, chłonne umysły. Potem przychodzi museum fatigue – zmęczenie muzealne. Widać to choćby w statystykach korzystania z multimediów. O ile w częściach poświęconych średniowieczu czy wczesnej nowożytności wiele osób często i intensywnie klika w ekrany dotykowe, o tyle w ostatnich galeriach czynią to znacznie rzadziej.

A na co publiczność zwraca największą uwagę?

Zadajemy zwiedzającym pytania, co według nich zapamiętają, co ich poruszyło. Odpowiedzi są bardzo zróżnicowane. Najczęściej wspominają sklepienie drewnianej synagogi. To zrozumiałe, bo to wielki, kolorowy, piękny eksponat. Ciekawi mnie, jak wiele osób próbowało zgłębiać teologiczną treść malowideł na tym sklepieniu, której wyjaśnienia podajemy w multimediach. Albo ile osób dostrzegło, że Gwoździec, gdzie stała ta synagoga, nie był Florencją Europy Wschodniej, tylko małą mieściną położoną kilkanaście kilometrów od Kołomyi. To piękne sklepienie pokazuje decentralizację żydowskiej kultury, rozproszonej po setkach małych miejscowości na rozległych obszarach polsko-litewskiej Rzeczypospolitej.

Wiele osób zwraca uwagę na prasę drukarską, na której można wydrukować faksymile pierwszej strony książek wydanych w Krakowie w XVI wieku. Tu mamy do czynienia ze specyficznym rodzajem muzealnego doświadczenia – eksponatu można dotknąć, można samemu coś za jego pomocą zrobić, a potem zabrać efekt tego do domu. To takie proste, a zarazem jakże skuteczne narzędzie edukacji – dzięki temu tysiące ludzi zapamiętało, że w XVI wieku Kraków stał się ważnym centrum myśli żydowskiej, ważnym centrum kultury europejskiej, bo drukowane tam książki krążyły po całym naszym kontynencie.

Wiele osób zwraca także uwagę na listę gett założonych przez Niemców podczas II wojny światowej. Niektórzy dodają przy tym: nie wiedziałem, że getto było w mojej miejscowości. Wiele osób słyszało o wielkich gettach w Warszawie, Łodzi, Białystoku czy Krakowie (zwłaszcza od kiedy o tym ostatnim powstał film Spielberga), ale nie o getcie w Pińczowie, Węgrowie czy Biłgoraju. Dostrzeżenie na długiej liście gett, którą pokazujemy w galerii Zagłada, nazwy swojego miasta czy miasta, skąd pochodzi rodzina, sprawia, że historia Żydów staje się częścią nie tylko Polski w ogóle, ale też mojej małej ojczyzny.

Siłą tej wystawy jest to, że nie narzuca zwiedzającemu jednej, kanonicznej opowieści, że pozostawia mu dużo miejsca na domyślenie własnej interpretacji historii. Nasza wystawa jest zbiorem różnorodnych obiektów: przedmiotów, obrazów, cytatów ze źródeł historycznych, które opatrzyliśmy bardzo oszczędnym komentarzem, uważając by wyraźnie zaznaczyć, które słowa pochodzą od nas, a które z przeszłości. Dzięki temu pomiędzy tymi obiektami pozostało dużo miejsca na indywidualną pracę wyobraźni, na łączenie pochodzących z tych obiektów informacji i wrażeń z uprzednią wiedzą zwiedzającego, wedle jego osobistych zainteresowań i upodobań. Różne osoby co prawda domagały się, by przy wejściu do każdej galerii znalazł się historyczny wstęp, tekst o tym, co jest tu najważniejsze, ale opieraliśmy się przed tym, właśnie po to, by nie narzucać wszystkim jednego sposobu odczytywania przeszłości.

A jaka jest ocena samego Muzeum?

Pytamy o to często uczestników wydarzeń programowych i gości na wystawie stałej. Tym ostatnim zadajemy pytanie: czy poleciłbyś to muzeum rodzinie i znajomym? Blisko 90 proc. odpowiada „zdecydowanie tak” albo „tak”, a tylko 3-5 proc. odpowiada „nie”. Bardzo mnie to cieszy, ale też zastanawia. Przecież POLIN to nie Disneyland. Muzeum nie zostało zbudowane, by zadowolić klientów, jak to robią parki tematyczne. Stawia zwiedzającym pewne wymagania: intelektualne (przekazujemy dużo dość złożonej wiedzy), emocjonalne (zwłaszcza galeria Zagłada), nawet fizyczne – przejście całej wystawy to ponadkilometrowy spacer. Można się natknąć na fragmenty przykre w odbiorze: mówimy przecież o antysemityzmie, o pogromach w końcu XIX wieku, o Jedwabnem i pogromie w Kielcach. Tymczasem prawie wszyscy wychodząc mówią, że Muzeum jest warte odwiedzenia. Nota bene, wiemy też, że często faktycznie polecają je innym, bo gdy pytamy zwiedzających, skąd dowiedzieli się o Muzeum, ponad 50 proc. mówi, że od rodziny lub znajomych.

Jeżeli tak wiele osób uważa, że to dobre muzeum, to znaczy, że uznają je za muzeum wiarygodne. Mówią nam w ten sposób: mamy zaufanie do ludzi, którzy je zrobili, i do komunikatu, który otrzymaliśmy. Tutaj nie próbują nami manipulować.

A jak wystawy czasowe wpłynęły na postrzeganie Muzeum? I co one zmieniły w przekazie o historii Żydów w Polsce?

Bardzo świadomie przyjęliśmy zasadę, że wystawy czasowe mają być różnorodne. To chyba się sprawdziło, bo wiele z nich miało wysoką frekwencję, a wystawa „Obcy w domu” o Marcu ’68 pobiła w ogóle rekord frekwencji muzealnych wystaw historycznych – sprzedaliśmy na nią 116 400 biletów! Trudno będzie taki sukces powtórzyć. Wystawy są różnorodne, bo chcemy mówić do różnych osób, a zatem musimy sięgać po różne tematy i różne języki. Jedno jest w nich niezmienne: zawsze odnoszą się do historii polskich Żydów. Niektóre wprost, w sposób oczywisty, inne w sposób pośredni.

Np. na ekspozycji dzieł Franka Stelli opowiadaliśmy o kulturze polskich Żydów w dawnych wiekach przez sztukę amerykańskiego abstrakcjonisty. Chcieliśmy pokazać, że architektura drewnianych synagog – żydowska i zarazem tak bardzo polska – może inspirować ludzi z innej epoki i drugiego końca świata. Te synagogi powstały zwykle kilkaset lat temu, i dziś już nie istnieją, ale w okresie międzywojennym powstała ich dokumentacja fotograficzna, którą po 20 latach wykorzystali w swym pięknym albumie państwo Piechotkowie. Kilkanaście lat później egzemplarz tego albumu Stella dostał od swojego przyjaciela. Zdjęcia i rysunki drewnianych budowli zafascynowały go i zainspirowały do wykonania serii reliefów, które pokazaliśmy na wystawie wraz z tą oryginalną dokumentacją sprzed wojny, obok zrekonstruowanego sklepienia i dachu jednej z tych synagog, a w sąsiedniej sali wystawiliśmy prace młodych polskich artystów zainspirowanych przez reliefy Stelli. Twórcy tych synagog nie żyją od stuleci, a ich dzieła zostały zniszczone blisko 80 lat temu. A jednak istnieją w swoich echach.

Była też świetna wystawa o krwi, a ściśle: o znaczeniach przypisywanych krwi i jej roli w tradycji żydowskiej, a także w tradycji chrześcijańskiej, w nowoczesnych naukach medycznych i pseudonaukowych teoriach rasistowskich. Wystawę zamykały odniesienia do kwestii współczesnych: do izraelskiego sporu o używanie do transfuzji krwi czarnoskórych Żydów, i do marszu nacjonalistów w Warszawie, w którym brzmiały echa rasowych teorii. Co ciekawe, wtedy nikt nas za to nie krytykował.

Inaczej było w przypadku wystawy o Marcu ’68. Na Muzeum spadła fala krytyki.

Zapewne był to skutek koincydencji wystawy z konfliktem o nowelę ustawy o IPN. Nagle temat polsko-żydowski znalazł się na pierwszych stronach gazet, a sposób prowadzenia sporu, hasła, które w nim padały, rozbudzały uprzedzenia, podejrzliwość i gniew. Wobec nas wysunięto wtedy wiele całkowicie bezpodstawnych zarzutów. Co ciekawe, pojawiły się opinie – i to nie byle gdzie, bo w Sejmie RP, że muzea historyczne w ogóle nie powinny odnosić się do teraźniejszości. To całkowite niezrozumienie: dobra wystawa historyczna pokazuje, że przeszłość nie jest do końca przeszła, że w jakiś sposób dotyczy nas dzisiaj.

Pamiętam poprzednie obchody okrągłych rocznic Marca ’68: w 1988, 1998, w 2008 r. Mam wrażenie, że w tym roku dyskusje skupiały się znaczniej bardziej na jego antysemickich aspektach. Niekiedy to nawet spaczało obraz wydarzeń sprzed półwiecza, bo względnie pomniejszało skalę i wagę ówczesnego buntu młodzieży i represji wobec jego uczestników. Dla Muzeum Historii Żydów Polskich ten antyżydowski aspekt Marca był najważniejszy z oczywistych względów. Bez niego 1968 rok nie byłby punktem zwrotnym polsko-żydowskiej historii. Przecież w wyniku „kampanii antysyjonistycznej” społeczność żydowska w PRL w przeciągu kilkunastu miesięcy zmalała o połowę, a jej instytucje zostały zniszczone lub stłamszone na wiele lat. Przez następne dwie dekady wydawało się, że był to faktyczny koniec żydostwa polskiego. Dobrze, że udało nam się z tą wiedzą dotrzeć do tak wielu ludzi.

Ale też wzbudziło to wiele emocji – niektórzy odebrali wystawę jako atak na Polskę.

Obserwowałem takie reakcje z niejakim zdziwieniem. Miałem niekiedy wrażenie, że widzę objawy albo obsesyjnej wręcz nadwrażliwości na wszelkie wzmianki, że w Polsce działali jacyś antysemici, a ich hasła znajdowały oddźwięk – „obsesji niewinności”, o której pisała ongiś Joanna Tokarska-Bakir, albo nie mniej dziwacznej, nieświadomej więzi z towarzyszami Moczarem i Gomułką. Żałuję, że te obchody rocznicy Marca nie stały się okazją do pogłębionej dyskusji o historii Polski w epoce komunistycznej. W XX wieku stosunek do Żydów był często papierkiem lakmusowym – testem, który mówi wiele o naturze państwa i relacjach społecznych w danym miejscu i czasie. Także historia Marca ’68 mówi nie tylko o wydarzeniach z tego roku, ale jest sondą w głąb PRL, która mogłaby nam pomóc lepiej zrozumieć kraj przez starszych Polaków znany jeszcze z autopsji, a dla młodszych będący ojczyzną ich rodziców i dziadków. Mogliśmy minionej wiosny zastanowić się np. gdzie kończyła się PRL, a zaczynała Polska niekomunistyczna? Bo przecież cała komunistyczna nie była. Co w doświadczeniach i zachowaniach mieszkańców PRL było specyficznie polskiego, a co było raczej zachowaniem ludzi w warunkach specyficznego ustroju, który próbował wszystko upaństwowić i poddać dyktaturze partyjnego kierownictwa? Gdzie wytyczyć dziś granicę między tym, co chcemy z tej epoki zachować – w krajobrazie, prawie, sztuce i w pamięci – jako nasze dziedzictwo, a co chcemy zapamiętać tylko po to, by tego unikać? Szkoda, żeśmy tę okazję do poważnej rozmowy zaprzepaścili.

A czym Muzeum się stało przez te kilka lat od naszej poprzedniej rozmowy?

Powstała złożona, wielofunkcyjna instytucja, działająca na wielu płaszczyznach, wychodząca poza standardowy muzealny model: zbiory, wystawa stała, wystawy czasowe. Zachowuje zarazem w tej wielowymiarowej przestrzeni spójność przekazu, a to dzięki zakotwiczeniu w solidnej historiografii. Jest to też instytucja przyciągająca bardzo wielu ludzi i docierająca do wielu, zróżnicowanych grup obiorców i oddziałująca ponad granicami – ponad połowa gości na wystawie stałej to cudzoziemcy. Wreszcie, jest to instytucja, która mówi o historii, ale zachęca do wyciągania z niej wniosków dla współczesności.

Instytucja zaufania publicznego?

Wydaje mi się, że niemal każdy, kto osobiście poznał Muzeum, ma do niego zaufanie. Znane mi wyjątki tylko potwierdzają regułę. Wiem jednak, że Muzeum ma też swoich wrogów, i nie oczekuję, że przekona wszystkich. Najważniejsze, że olbrzymia większość z tych, którzy weszli w jego mury, wzięli udział w działaniach programowych lub skorzystali z serwisów internetowych, uznaje to, co mówimy, za godne wiary.

Rozmawiał Piotr Kosiewski

 

Powyższy tekst jest obszerniejszą wersją rozmowy zamieszczonej w wydaniu specjalnym "Tygodnika Powszechnego" "Polska Żydowska"

 

PROF. DARIUSZ STOLA jest dyrektorem Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN, pracownikiem naukowym Instytutu Studiów Politycznych PAN i wykładowcą Collegium Civitas. Opublikował m.in. „Kraj bez wyjścia? Migracje z Polski 1949–1989” oraz „Kampanię antysyjonistyczną w Polsce 1967–1968”, był także autorem szkolnych podręczników do historii.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Krytyk sztuki, dziennikarz, redaktor, stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego”. Laureat Nagrody Krytyki Artystycznej im. Jerzego Stajudy za 2013 rok.

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]