Reklama

Wybory Stanisława Stommy

Wybory Stanisława Stommy

31.07.2005
Czyta się kilka minut
Wiek XX skończył się w miniony czwartek, 21 lipca 2005 r. Tego dnia zmarł w wieku 97 lat Stanisław Stomma: jeden z założycieli Tygodnika Powszechnego i Znaku, człowiek, który na długo przed rokiem 1989 przygotowywał intelektualnie polski zwrot na Zachód. Pojednanie z Niemcami, które budował, było częścią tego zwrotu. Antykomunista, był równocześnie w latach 1956-76 liderem jedynej legalnej opozycji w PRL. W jego biografii odbijają się jak w lustrze polskie dylematy tamtego stulecia.
Stanisław Stomma, Warszawa 1999 r.
B

Był mroźny zimowy dzień 18 stycznia 1945 r. W oknie budynku przy ulicy Wiślnej 12 w Krakowie stał kleryk. Dołem maszerowali żołnierze Armii Czerwonej, która właśnie zajęła miasto. Tego dnia Stanisław Stomma - on to bowiem był - obchodził 37. urodziny, a 18 stycznia był pierwszym dniem legalnej działalności krakowskiego seminarium duchownego, do którego wstąpił kilka miesięcy wcześniej, gdy działało jeszcze w konspiracji. Ta decyzja, jak wspominał później, podjęta została pod wpływem wstrząsu, jakim była wojna i jej skutki dla Polski.

Pół wieku później, w marcu 1995 r., Stanisław Stomma pisał o tym momencie dziejowym: “Przekraczaliśmy nowy limes historii i widać było, że sporne stawać się będą sprawy najbardziej istotne, sięgające powszedniego dnia każdego człowieka. Chodziło o ocalenie tożsamości narodu, chodziło o jego kulturę".

W czasach ostatecznych

Pierwsze miesiące wojny Stomma spędza na Łotwie, a po jej zajęciu przez ZSRR wraca do Wilna; ukrywa się u przyjaciół aż do wejścia Wehrmachtu. Obawia się, że jako autor antykomunistycznych artykułów i przedwojenny działacz młodzieżowy, który zalazł za skórę wileńskim komunistom (m.in. zeznając przeciw nim jako świadek w procesie), jest na czarnej liście NKWD. W lipcu 1944, na dzień przed otoczeniem Wilna przez Armię Czerwoną, znowu ucieka, z plecakiem, tym razem na zachód.

Dociera pod Warszawę - i tu przez kilka miesięcy... służy w oddziale partyzanckim AK w Puszczy Kampinoskiej. Paradoks? Odruch emocji? W sierpniu 1944, mieszkając w podwarszawskich Laskach, w zakładzie dla niewidomych, codziennie patrzył na płonącą stolicę... Na pewno był to wybór trochę wbrew sobie, bo Stomma (idąc pod prąd nastrojom) podchodził z dystansem do zbrojnej walki. Podczas okupacji Wilna angażował się nie w zbrojną konspirację, lecz w tajne nauczanie. Jak wspominał, obawiał się, że jedynym skutkiem otwartego wystąpienia AK w Wilnie czy Warszawie będzie masakra młodego pokolenia. I to bez korzyści politycznych, bo - o tym był przekonany - Polska był już skazana. Przed Stalinem nie było ucieczki.

Nie chodziło przecież o zanegowanie sensu jakiejkolwiek walki. Gdy w lipcu 1939 r. Stomma wracał z paryskiego stypendium do Polski, był w Berlinie świadkiem defilady nowych rodzajów broni Wehrmachtu. Potem oglądał z okna pociągu przemarsz pieszych oddziałów polskich zdążających nad granicę. Uświadomił sobie wtedy, że tę wojnę Polska przegrać musi. Ale uważał, że w 1939 r. kraj słusznie stanął do boju heroicznego, choć skazanego na klęskę. Wspominał potem: “Naród w każdej sytuacji musi działać rozsądnie. Czasami musi być heroiczny, czasem ostrożny. Rok 1939 wezwał nas do heroizmu".

Uważał natomiast - i taki był punkt wyjścia jego późniejszej oceny Powstania Styczniowego, która w 1963 r. wzburzy Prymasa Wyszyńskiego, oraz Powstania Warszawskiego czy operacji wileńskiej AK w lipcu 1944 (zginęli w niej jego przyjaciele) - że danina krwi ma sens tylko wtedy, gdy przynosi korzyść polityczną.

Brzmi to jak chłodna kalkulacja. A może raczej - (neo)pozytywizm? Ale taki był Stomma - podejmując życiowe decyzje, dokonywał zawsze analizy: celów, sił i okoliczności. Wiele lat potem nazwie to “mądrością etapu". Mądrością, która musiała podpowiadać najlepsze możliwe rozwiązania w danej sytuacji, takie jednak, które nie naruszały spraw nadrzędnych.

A więc: kapłaństwo? Kilka miesięcy później uzna, że nie ma powołania. A precyzyjniej: że jego powołaniem nie jest kapłaństwo. Że lepiej może służyć celowi, jaki stał się dla niego priorytetem, nie w sutannie, ale jako działacz społeczny w tworzącym się wówczas w Krakowie - pod opieką Księcia Metropolity Adama Stefana Sapiehy - środowisku świeckich katolików.

Panowanie komunizmu w Polsce - przeczuwał - potrwa co najmniej do końca wieku, a może dłużej. W tej sytuacji Polacy nie powinni prowadzić walki o ustrój polityczny, bo taka walka skazana jest z góry na przegraną. Należy - pisał w 1946 r., gdy został redaktorem naczelnym nowo utworzonego miesięcznika “Znak", i tezę tę powtarzał przez kolejne lata - skoncentrować się na walce o kulturę i tożsamość narodu, wykorzystując wszelkie pojawiające się w Polsce możliwości (socjologowie nazwą je potem “przestrzeniami wolności"). A skoro Księciu Metropolicie udało się w 1945 r. dostać od komunistów zgodę na istnienie “Tygodnika Powszechnego", pisma niezależnego od władz i funkcjonującego jako część “stanu posiadania" polskiego Kościoła, ale tworzonego przez świeckich i na ich odpowiedzialność - to, jak rozumował Stomma, należy tę przestrzeń swobody maksymalnie wykorzystać.

Czy było to założenie minimalistyczne? Takie zarzuty pojawiały się wobec Stommy, Turowicza i środowiska “tygodnikowo--znakowego" już w 1946 r. Było to w gruncie rzeczy pytanie o granice, moralne granice, których nie można przekroczyć, funkcjonując publicznie w kraju rządzonym przez komunistów i należącym do sowieckiej strefy wpływów. Stomma wspominał po latach, że przez całe życie w PRL-u miał świadomość, że musi co chwila dokonywać wyboru. Że codziennie musi odpowiadać - w swoim sumieniu, a także publicznie, swą działalnością - na pytanie o te granice. Oraz o aktualne znaczenie takich słów jak ojczyzna, patriotyzm, tożsamość, wiara, Kościół.

"Tak straszne kontrasty"

W 1999 r. w rozmowie z dziennikarzem “Gazety Wyborczej" mówił: “Ja ciągle mam wrażenie, że za długo żyję. Mam tyle doświadczeń, tak skrajnie i nieprawdopodobnie innych. Pamiętam jeszcze Rosję carską, pamiętam tę aurę - dobrobyt, stabilizacja, cisza, rzekłbym: sielanka. A potem I wojna, rewolucja, wojna polsko-sowiecka, wojna litewsko-polska. Później dwudziestolecie - piękne, ale też pełne problemów zmuszających do protestu i bycia »w sprzeciwie«. Później II wojna - potworna, piekielna. Potem represyjne czasy stalinizmu w Polsce Ludowej, odwilż i moje zaangażowanie polityczne: koło Znak, »Solidarność«, stan wojenny, Okrągły Stół. Słowem, tak straszne kontrasty, tak inne przeżycia i doświadczenia, że zrobić z tego jakąś syntezę byłoby niezwykle trudno. Na jednym etapie działałem tak, na innym inaczej".

To prawda: trudno zrobić syntezę życia człowieka, który był świadkiem i aktorem właściwie wszystkich kluczowych momentów polskiej historii wieku XX. A uczestnicząc w tej historii co chwila musiał wybierać.

Jak choćby na początku lat 20., gdy jego rodzinne Szacuny koło Kiejdan znalazły się na terytorium młodego państwa litewskiego. Nowe granice i animozje między państwem polskim i litewskim zmusiły wielu do dokonania wyboru. Zdarzało się, że podział przebiegał w rodzinie: jeden brat zostawał oficerem polskim, drugi - litewskim. Stanisław Stomma wybrał polskość (“Zachowałem - wspominał - głęboką tęsknotę za Litwą i wielki szacunek dla narodu litewskiego walczącego o swoją tożsamość i odbudowującego własną państwowość"). Trudno powiedzieć, aby był to wybór świadomy w przypadku, było nie było, nastolatka: chciał uczyć się w Wilnie, bo tu były dobre szkoły, a Wilno było polskie (pozostawiony na Litwie majątek rodzina sprzedała dopiero w 1930 r.). W Wilnie chodził do Gimnazjum Zygmunta Augusta (1921-28), potem studiował prawo na Uniwersytecie Stefana Batorego (1928-32), na tej uczelni podjął też pierwszą pracę (jako przedstawiciel rektora ds. kontaktów z organizacjami młodzieżowymi) i zrobił doktorat.

Wspominał, że jako nastolatek był słaby fizycznie i nieśmiały. Czy rekompensował te słabości najpierw pilną nauką, a potem działalnością społeczną? W każdym razie po pierwszych przymiarkach w gimnazjum (koło dyskusyjne, Sodalicja Mariańska) na studiach zaangażował się w pełni w życie polityczne. A były to czasy, gdy - jak wspominał - Polska była krajem o ogromnym potencjale ludzkim (i mizernym materialnym, nie ze swojej winy). Ten potencjał kotłował się politycznie, nadrabiając niejako 123 lata zniewolenia, w tak dynamiczny sposób, że - jak obliczyła jedna z gazet - w latach 30. funkcjonowało w kraju ok. 120 partii i grup politycznych. Wiele z nich miało na uczelniach swoje “młodzieżówki".

Jak zaklasyfikować ówczesne poglądy Stommy? To trudne - on sam przyznawał, że politycznie był “pomiędzy" lewicą a prawicą (raz bliżej jednej, raz drugiej), że chwilami był nawet “dość skrajny" (“Gdy broniłem piłsudczyków, to na śmierć i życie"). Stałym punktem odniesienia była wiara - głęboka, choć formująca się nie bez problemów, a także sympatia do marszałka Piłsudskiego oraz niechęć do komunizmu, z którym flirtowała część kolegów.

W 1930 r. zostaje prezesem Stowarzyszenia Katolickiej Młodzieży Akademickiej “Odrodzenie" (1930-32), organizacji wtedy skłaniającej się ku endecji i chadecji, i “przesuwa" organizację “na lewo", ku piłsudczykom; krytykuje ekscesy antysemickie na uczelni. Podczas spotkań z członkami SKMA z innych miast poznaje m.in. Jerzego Turowicza - a także wielu innych, szukających odnowy wiary w personalizmie, z którymi los zetknie go po 1945 r. Jest też w latach 30. publicystą kilku gazet, a przez pewien czas asystentem filozofa Mariana Zdziechowskiego (Zdziechowski - w 1926 r. kandydat na urząd prezydenta - był zdecydowanym antykomunistą).

Zdolny, ambitny, zainteresowany polityką, choć nie ideolog, lecz państwowiec, o naturze dyplomaty, preferujący negocjacje nad rzucanie się na barykady, a przy tym subtelny, o dojrzałej postawie religijno-moralnej - kim zostałby Stanisław Stomma, gdyby nie II wojna światowa? Politykiem? Wykładowcą uniwersyteckim? Ambasadorem?

Gdy w 1938 r. wyjeżdżał na stypendium do Paryża, starszy wiekiem znajomy poradził mu, by nie siedział tylko w bibliotekach, ale poznawał Zachód, ludzi, mentalność. Tak uczynił. Studiował też najnowszą myśl katolicką. Zarazem, jak wspominał, “ponieważ zawsze starałem się myśleć w kategoriach realistycznych, nabrałem przekonania, że wojny nie da się uniknąć". Gdy w lipcu 1939 r. wracał do Polski, był pełen obaw. Tymczasem wszyscy naokoło byli pewni wygranej.

Historia kolejnych lat na pewno nauczyła go umiaru. “Należę do tych nielicznych ludzi - wspominał - którzy przeżywszy dwie wojny światowe, ani jednego dnia nie siedzieli w mamrze. Ale wyciągnąłem wnioski z doświadczeń całego narodu".

"Tygodnik" i "Znak"

W 1950 r. w tekście “Katolicy w Polsce Ludowej" Stomma i Turowicz mogli sobie jeszcze pozwolić na odcięcie się od budowanego w PRL systemu władzy. Pisali w “Tygodniku": “Stawiamy sprawę prosto, bez niedomówień i z całą szczerością. Marksistami ani socjalistami nie jesteśmy. (...) Katolicy mają wolę być lojalnymi obywatelami państwa budującego socjalizm. Ale z tego nie wynika, by ideał socjalistyczny mieli uznać za własny".

Trzy lata później doszli do granicy nieprzekraczalnej: odmówili opublikowania odredakcyjnego nekrologu Stalina. Uznali, że cena za dalsze istnienie “Tygodnika" stała się za wysoka, że samo dalsze istnienie pisma, które poszłoby na tak daleko posuniętą ugodę z władzą, byłoby fałszem. “Tygodnik" przestał wychodzić aż do grudnia 1956 r. (a ściślej: wychodził, ale jako “fałszywka", przejęty przez kolaborujące z komunistami stowarzyszenie PAX).

Jesienią 1956 r., na fali “odwilży" po Październiku, otwiera się kolejna “przestrzeń wolności": nowi przywódcy PRL oferują miejsce w Sejmie dla kilkuosobowej grupy posłów katolickich, nie związanych z władzą. Kard. Stefan Wyszyński - pełniący, jak mówił sam Stomma, rolę interrexa, nieformalnego przywódcy narodu - uznaje, że taka reprezentacja może się przydać Kościołowi. W ten sposób w 1957 r. w Sejmie PRL powstaje coś w komunizmie niezwykłego: Koło Poselskie Znak, którego liderem aż do 1976 r. będzie Stanisław Stomma.

Oprócz Koła Znak, na fali Października - która szybko zresztą zaczyna opadać - powstaje szereg innych niezależnych inicjatyw katolickich. Oprócz “Tygodnika", miesięcznika “Znak" i wydawnictwa książkowego o tej samej nazwie są to miesięcznik i wydawnictwo “Więź" w Warszawie, a także Kluby Inteligencji Katolickiej w kilku miastach Polski.

Co chciało osiągnąć środowisko, którego liderami stali się Stomma i Turowicz? Jak postrzegali swą rolę - legalnej quasi-opozycji w kraju komunistycznym? Uznając, że nie ma szans na zmianę geopolitycznych realiów, chcieli stworzyć punkt oparcia i orientacji dla inteligencji w kraju, który na długo pozostanie “Polską Ludową". Poza tym środowisko to nawiązywało do tradycji kręgów przedwojennych, wyrosłych na gruncie odnowy katolicyzmu (także w Europie, głównie we Francji). Trzon stanowili intelektualiści uformowani - tak jak Stomma - już w latach 30.: Turowicz, Stefan Swieżawski, Antoni Gołubiew, Zofia Starowieyska-Morstinowa. Wstrzemięźliwość i nieuprawianie działalności stricte opozycyjnej - trwające aż do końca lat 70., gdy zaczęła tworzyć się sieć kontaktów między ludźmi “Tygodnika" a powstającą wtedy opozycją negującą system - były świadomym wyborem. Stomma i Turowicz mieli w pamięci los “Tygodnika Warszawskiego" (pismo to, nawiązujące do przedwojennej tradycji chadeckiej, powstało w 1946 r., a już w 1948 r. zostało zamknięte, redaktorzy zaś uwięzieni). Z drugiej strony stanowczo odcinali się od linii PAX-u - opierającej się na współpracy z reżimem i godzeniu katolicyzmu z komunizmem.

“Znak stał zawsze między władzą a społeczeństwem - pisze Andrzej Romanowski, redaktor wspomnień Stommy wydanych w 1998 r. - Był przecież jedyną legalną i koncesjonowaną opozycją polityczną w PRL. (...) Swoboda manewru kurczyła się w miarę deptania przez partię zdobyczy Października, uszczuplania składu osobowego koła Znak, ograniczania jego politycznych wpływów. Jaki - zastanawiano się w środowisku - powinien być rachunek zysków i strat?".

Mieli poparcie Kościoła, od państwa byli niezależni na miarę ówczesnych warunków: działała przecież cenzura, a państwo określało np. wysokość nakładu “TP" i gdy posłowie Znaku “podpadli" władzom w parlamencie, te mściły się na “Tygodniku", zmniejszając przydział papieru. Ks. Adam Boniecki, wtedy młody redaktor, wspominał: “W tej sytuacji niezwykle trudno było wyznaczyć granice kompromisu. Czasem ukazywał się w »Tygodniku« artykuł, zawierający pochwałę jakiegoś aspektu rzeczywistości. Czytane dziś, te teksty mogą budzić zdziwienie. Wówczas, dzięki precyzyjnemu wyważaniu każdego słowa i akcentu, uznawano je za arcydzieła dyplomacji. Dzięki wyrafinowanej stylistyce nie wykraczały poza granice dopuszczalnego kompromisu. Zresztą ówczesny czytelnik na ogół to rozumiał i potrafił czytać między wierszami. Taka była cena istnienia. »Tygodnik« nigdy jednak nie chciał istnieć »za wszelką cenę«. Nigdy nie zgodził się na pisanie pod dyktando władzy".

Sam Stomma przyznawał, że były w 19-letniej historii sejmowego Znaku momenty wybitne - jak w 1968 r., gdy stanęli w obronie bitych studentów - ale były i porażki, jak w 1965-66 r., gdy przedstawiciel Koła nie poparł w Sejmie dostatecznie mocno prymasa Wyszyńskiego, atakowanego za list do biskupów niemieckich ze słynnym zdaniem “Wybaczamy i prosimy o wybaczenie" (choć to nie Stomma był temu winny).

Były i momenty krytyczne, jak w 1963 r., gdy Stomma (jak sam przyznawał) popełnił błąd, udostępniając pewnemu znajomemu podczas pobytu na Zachodzie przygotowane przez kilka osób ze Znaku memorandum, w którym postulowano nawiązanie stosunków dyplomatycznych PRL-Stolica Apostolska. Dokument dotarł do Watykanu bez wiedzy Prymasa, co ten odebrał jako nielojalność. Stomma przeprosił kardynała; z czasem odbudowano zaufanie.

Po 1968 r. Koło Znak ulegało stopniowo erozji, głównie za sprawą intryg władz. Sens posłowania wyczerpał się w 1976 r. Władze postanowiły zmienić konstytucję PRL, wprowadzając do niej zapis o przyjaźni z ZSRR i kierowniczej roli PZPR. Głosowanie miało symbolicznie potwierdzić istniejący przecież od dawna stan rzeczy. Jedynym posłem, który nie poparł poprawek, był Stanisław Stomma. Zachowało się zdjęcie z momentu głosowania: Stomma, skupiony i poważny, siedzi w ławie poselskiej, wokół niego pustka, a dalej widać roześmiane twarze tych, którzy głosowali “za".

Janusz Reiter, pierwszy ambasador RP w Niemczech, w latach 80. uczestnik spotkań założonego przez Stommę Klubu Myśli Politycznej “Dziekania", napisał teraz w “Rzeczpospolitej", że Stomma należał do tych, którzy przygotowywali młodych do życia w niepodległej Polsce. Był - dodaje Reiter - “realistą do szpiku kości. Jednym z nielicznych, którzy potrafili tej postawie przywrócić należny respekt. Bo jak być realistą w czasach, w których nie sposób się pogodzić z realiami? Jak propagować realizm, kiedy tak wielu ludziom kojarzy się on z oportunizmem? Stomma musiał, wybierając aktywne życie publiczne w czasach PRL, zbliżać się do granicy dzielącej realizm od kapitulacji. Był zbyt mądry i zbyt mocny, by ją przekroczyć".

A jaki był, zdaniem samego Stommy, sens działalności publicznej w PRL? I tutaj był realistą. “Rola grup umiarkowanych, takich jak Znak, była strasznie trudna i niewdzięczna. (...) Nie chcę tej roli przeceniać. Nasz wpływ był duży, ale decydujący był ten anonimowy opór narodu, który na każdym kroku dawał się we znaki władzy komunistycznej". W tekście “Szkoła umiaru. Dlaczego »Tygodnik Powszechny« ocalał i istnieje?", opublikowanym na 50-lecie “TP", tak bilansował minione półwiecze: po 1945 r. “powstało nowe państwo polskie, z konieczności umieszczone w dawnym, piastowskim łożysku. Otworzyło to Polsce perspektywę dalszego, pokojowego rozwoju. Ale - jak mądrze zauważył Jan Nowak Jeziorański - zrobił to Stalin i zrobił to »nieumyślnie«. Jego decyzje nie wynikały przecież z życzliwości wobec Polski...". Aby w tej Polsce działać jawnie w sferze publicznej, nie będąc komunistą, trzeba było “chodzić po grani, bo na każdym kroku groziło zakłamanie".

Dalej zaś pisał: “W każdym historycznie rozwiniętym narodzie tworzy się - niezależnie od doraźnej polityki dnia codziennego - także zarys dalekosiężnego działania, które można nazwać »polityką narodową«. Taki sens miały na przykład polskie orientacje polityczne w czasie I wojny światowej. Po zakończeniu następnej wojny trzeba było na nowo zbierać myśli na gruzach starego świata". W tej nowej sytuacji środowisko “Tygodnika" stało się - konkludował jego współtwórca - “szkołą umiaru politycznego".

Niemcy: moralność i polityka

Mawiał, że proniemieckością został “zarażony" już w dzieciństwie. Gdy po wybuchu I wojny światowej wojska niemieckie wyparły Rosjan i wkroczyły na Kowieńszczyznę, w majątku Stommów zamieszkali żołnierze niemieccy - ludzie przyjaźni, bawiący się chętnie z 7-letnim Stasiem, który na mapie zawieszonej w pokoju jadalnym przesuwał chorągiewki z barwami walczących armii. Mama - wdowa, dbająca o edukację czworga dzieci (ojca, który zmarł, gdy chłopiec miał trzy lata, Stanisław nie pamiętał) - ściągnęła z Rygi nauczycielkę-Niemkę. “Powiem wprost: lubię Niemców" - mówił po latach.

Żołnierze, którzy zamieszkali we dworze, tęsknili za rodzinami, więc jakby w zastępstwie zajmowali się Stasiem; zbudowali mu huśtawkę. Wspominał, jak wiele lat potem, jeszcze w czasach komunizmu, pewien zachodnioniemiecki polityk spytał, dlaczego szuka pojednania. Odparł: “Bo jestem obciążony I wojną światową". “Jak to obciążony?" - zdumiał się Niemiec. “Jestem obciążony dobrymi wspomnieniami z I wojny".

Brzmi to zgrabnie, ale oczywiście nie wyczerpuje odpowiedzi.

Stomma wspominał: “W PRL-u zrozumiałem, że dysponuję tym wielkim proniemieckim kapitałem, zebranym podczas I wojny. Na dodatek podczas II wojny światowej los oszczędził mi osobistych tragedii. Po wojnie doszedłem zatem do wniosku, że skoro tak niewielu ludzi w Polsce może powiedzieć o Niemcach dobre słowo, ja mam wobec tego narodu pewien moralny dług i powinienem zaangażować się na rzecz pojednania. Więcej: uważałem, że moim obowiązkiem było wówczas wystąpić niejako w obronie tych Niemców, którzy po 1945 r. starali się budować wolny, demokratyczny kraj oraz nowoczesne, tolerancyjne i otwarte społeczeństwo, a których w Polsce - celowo lub nieświadomie - nie dostrzegano".

To była jedna motywacja, nazwijmy ją: osobista. Była też inna. W 2001 r. w rozmowie z “Tygodnikiem" wspominał: “Kiedy w czasach PRL środowisko »Znaku« dostało kilka mandatów w ówczesnym Sejmie i w ten sposób zyskaliśmy pewien wpływ na politykę, zajęliśmy się polsko-niemieckim pojednaniem. Zależny od Moskwy Gomułka, nawet gdyby chciał, nie mógł podjąć takich działań. Tymczasem nasze środowisko osiągnęło na tym polu spore sukcesy, i to właśnie dzięki siłom moralnym, a nie politycznym czy gospodarczym. Kiedy przyjeżdżaliśmy do Niemiec, nie wytykaliśmy sąsiadom ich zbrodni, bo wiedzieliśmy, że przecież nie cały naród ponosi za nie odpowiedzialność. Mimo to oni rozumieli swoje moralne zobowiązanie".

To był wątek, nazwijmy go: moralny. Ale i to nie wszystko. Reinhold Lehmann, katolicki działacz z Niemiec Zachodnich, który w latach 70. stał się głównym kontaktem grupy Znaku w RFN, wspominał swoją pierwszą wizytę w Polsce, gdy poznał Stanisława Stommę, Jerzego Turowicza, Tadeusza Mazowieckiego, Władysława Bartoszewskiego... Miał poczucie, że stoi nie przed dziennikarzami czy działaczami społecznymi, ale przed myślącymi strategicznie politykami. “My, młodziki z Niemiec, patrzyliśmy na tych »polskich panów« jak na wspaniałych seniorów, którzy mieli tylko jedno w głowie: rozpocząć z Niemcami polityczny handel i otworzyć się na Zachód, by w ten sposób usunąć z »polskiego futra« tę »rosyjską wesz«". W istocie, kontakty nawiązywane z Niemcami przed 1989 r., przy budowaniu których Stomma odegrał kluczową rolę, miały dwojaki charakter. Chodziło nie tylko o chrześcijańskie przebaczenie, ale także o polityczną kalkulację: jeśli Polska ma kiedyś wyzwolić się spod dominacji ZSRR i zwrócić ku Zachodowi, to jedyna droga prowadzi przez Niemcy. I dlatego w interesie Polski leży zjednoczenie Niemiec, bo tylko tak można usunąć przeszkodę stojącą na drodze na Zachód - czyli NRD.

Właśnie dla co bardziej niezależnie myślących Niemców z NRD - zduszonych przez system, o wiele szczelniejszy niż w PRL - tacy ludzie jak Stomma stają się punktem odniesienia. Dostrzegała to wschodnioniemiecka tajna policja Stasi, której funkcjonariusze, śledzący Güntera Särchena - lidera Akcji Znaków Pokuty, mającego liczne kontakty w Polsce - notowali: “Särchen utrzymuje kontakty z następującymi wrogimi systemowi osobami w Polsce: prof. dr Stanisław Stomma, grupa Znak z Warszawy; Tadeusz Mazowiecki, Klub Inteligencji Katolickiej w Warszawie; Anna Morawska, katolicka pisarka, Kraków; Mieczysław Pszon, Kraków; Stefan Wilkanowicz, Kraków; Juliusz Zychowicz, Kraków. Nowa jakość tych kontaktów uwidacznia się w kontaktach Särchena z biskupami w Krakowie, Wrocławiu, Lublinie, Gdańsku, Poznaniu, Katowicach i z innymi".

W latach 90., gdy “Tygodnik" otrzymywał różne nagrody, Turowicz wygłaszał zwykle przemówienia. W każdym znajdował się taki akapit, jak ten z 1995 r.: “Nasze wysiłki na rzecz pojednania miały dwa powody. Po pierwsze, kierowała nami nasza wiara chrześcijańska, wierność ewangelicznej zasadzie przebaczenia i miłości bliźniego. Po drugie, polityczny realizm i świadomość, że nasze dwa narody były, są i pozostaną sąsiadami. Ten fakt zobowiązywał nas - także w interesie pokoju - do przezwyciężania wrogości. Byliśmy świadomi, że w ówczesnych warunkach trzeba zacząć od podstaw, od kontaktów między konkretnymi ludźmi, zanim dojdzie do zbliżenia między rządami czy państwami". Co chcieli osiągnąć? “Po pierwsze, przyjacielskie stosunki między państwem polskim i niemieckim, w imię polskiego interesu narodowego. Po drugie, pojednanie między ludźmi".

W istocie: jak okazało się po 1989 r., bez zbudowania nowych relacji z Niemcami Polska nie znalazłaby się tak szybko w strukturach zachodnich. A w budowaniu tych relacji Stomma odgrywał w latach 1957-89 rolę kluczową. Jeżdżąc od 1957 r. dzięki swej poselskiej funkcji do Niemiec Zachodnich (a także do NRD, na zaproszenia środowisk niezależnych), stał się dla niemieckich rozmówców - a spotykał się również z politykami najwyższego szczebla - faktycznym reprezentantem innej Polski, tej niekomunistycznej, o której istnieniu wcześniej nie mieli pojęcia. Wielu Niemców, którzy w latach 90. mieli udział w budowaniu nowych relacji z Polską, poznało nasz kraj dzięki kontaktom z takimi ludźmi jak Stomma.

W nowej Polsce

Rok 1976 i sejmowy “gest Rejtana" oznacza koniec działalności “koncesjonowanej". Zmieniają się warunki: powstanie opozycji antysystemowej, potem “Solidarności", stan wojenny i istnienie “solidarnościowego" podziemia lat 80. sprawiają, że dotychczasowy neopozytywizm traci rację bytu. Także Stomma wchodzi w nowy etap. Z jednej strony wraca do publicystyki; pisze książkę “Czy fatalizm wrogości? Refleksje o stosunkach polsko-niemieckich 1871-1933" (1980). Z drugiej strony, choć sam nie jest już w pierwszym szeregu (przekroczył przecież siedemdziesiątkę), to - można powiedzieć - oddaje swoją osobę do dyspozycji tych, którzy teraz są na pierwszej linii.

Doradza więc “Solidarności". Zostaje powołany przez nowego Prymasa, kard. Józefa Glempa, do powstającej Prymasowskiej Rady Społecznej. Na inauguracyjnym zebraniu 12 grudnia 1981 r. - dzień przed ogłoszeniem stanu wojennego - zostaje przewodniczącym Rady. W latach 80. negocjuje z władzami zwolnienie uwięzionych. Tworzy Klub “Dziekania". W 1986 r. odrzuca propozycję Wojciecha Jaruzelskiego i nie wchodzi do tzw. Rady Konsultacyjnej, mającej firmować ówczesną “normalizację". Zostaje za to członkiem Komitetu Obywatelskiego przy przewodniczącym podziemnej jeszcze “Solidarności" (1988).

Rok 1989 był punktem kulminacyjnym publicznej działalności Stommy: razem z Jerzym Turowiczem bierze udział w obradach Okrągłego Stołu po stronie “solidarnościowej", następnie kandyduje do Senatu z listy Komitetu Obywatelskiego, po czym - jako marszałek-senior - otwiera pierwsze obrady izby.

W ostatnich latach rzadko wypowiadał się w sprawach aktualnych. Kilka razy prosiliśmy go o teksty na temat spraw polsko-niemieckich. Czynił to niechętnie. Była to powściągliwość zamierzona. Z czego wynikała? On sam żartował, że skoro dostał tyle odznaczeń i wyróżnień (w tym Order Orła Białego i Krzyż Wielki Orderu Zasługi RFN), to może nie wypada mu zabierać głosu, skoro mógłby przybrać ton krytyczny.

Wydarzenia bieżące do końca analizował wedle reguł geopolityki. Obawiał się o przyszłość, bo - jak mawiał - sytuacja jest dynamiczna i Polska nie powinna spocząć na laurach. W wypowiedzi dla “Tygodnika" ostrzegał: “Na początku lat 90. dysponowaliśmy trzema potężnymi atutami historyczno-moralnymi. Były to zdecydowany sprzeciw wobec hitleryzmu i heroiczna postawa podczas II wojny światowej, bezkrwawe obalenie komunizmu oraz słowa i czyny Jana Pawła II. I te atuty wygraliśmy, czego owocem jest nasze członkostwo w NATO i Unii Europejskiej. Jednak nie wolno nam zapominać, że nadal pozostajemy krajem stosunkowo słabym i małym". W jednym z nielicznych komentarzy odnoszących się do spraw niemieckich napisał: “Czy wulkan niemiecki jeszcze kiedyś znów wybuchnie, nie wiemy, tak jak nie umiemy przewidzieć przyszłych losów Polski". Uważał, że polityka polska powinna być na tyle proniemiecka, na ile pozwalają polskie interesy i odwrotnie, że polityka niemiecka powinna być maksymalnie propolska.

Był też zwolennikiem polityki proamerykańskiej: w jednym z ostatnich tekstów, w “Więzi", stwierdził wprost, że Pax Americana jest dobry dla świata, bo po prostu nie ma w tej chwili alternatywy. W wypowiedzi dla “Tygodnika" z 2004 r. mówił: “Niemcy winni zrozumieć, dlaczego nasza polityka stawia na tak bliskie kontakty z USA. To jedyne dziś mocarstwo, i to nie agresywne, jest finansową potęgą, posiada olbrzymie terytorium, niemal wszystkie bogactwa naturalne. Europa musi zaakceptować dominującą rolę USA. Ta hegemonia potrwa może wiek, może dwa, ale na razie jest czymś naturalnym. (...) Niemcy powinni też zrozumieć Amerykanów, bo przecież ich twarda i zdecydowana polityka jest odpowiedzią na wypowiedzianą im przez terrorystów wojnę".

W jednej sprawie historia nie przyznała mu racji: uważał, że poparcie dla niepodległej Ukrainy jest błędem, bo antagonizuje Moskwę przeciw Polsce. Tutaj do głosu dochodziła jego realpolitik, założenie, że Niemcy i Rosja to nadal dwa otaczające nas mocarstwa (nawet jeśli jedno nie jest do końca tego faktu świadome, a drugie jest mocarstwem zdeklasowanym) i Polska powinna się z nimi układać możliwie najlepiej.

Testament

“Tygodnik" czytał do końca, a w rozmowach z redaktorami wyrażał swoje zdanie, czasem krytyczne. Gdy w 1992 r. opublikowaliśmy rozmowę z kontrowersyjnym teologiem Eugenem Drewermannem, powiedział, że on by jej nie opublikował (mimo że obok ukazał się tekst wobec Drewermanna polemiczny), bo upowszechnianie w Polsce - jak uważał, zagrożonej laicyzacją - tego typu nowinek nie ma strategicznego celu.

Tak mówił niegdysiejszy zwolennik linii Prymasa Wyszyńskiego. Podczas wewnątrztygodnikowych dyskusji w latach 60. i 70. - ich tematem była realizacja postanowień Soboru i rola kard. Wyszyńskiego (hamująca, jak uważał Turowicz) - Stomma stawał po stronie Prymasa. Podobnie jak Wyszyński obawiał się, że zbyt szybkie wprowadzanie reform doprowadzi do wewnątrzkościelnego fermentu jak na Zachodzie, co wykorzystają komuniści. Bo, co zabrzmi paradoksalnie, w niekończącym się w latach 60. i 70. sporze o strategię Kościoła w Polsce Stomma nie do końca podzielał fascynacje redaktorów “TP", którzy - co dziś widać - przyczynili się bardziej niż ktokolwiek inny do informowania w Polsce o Soborze i o jego recepcji na Zachodzie.

W 1992 r. w wywiadzie udzielonym “Tygodnikowi" na 80. urodziny Jerzego Turowicza zarzucił delikatnie redakcji (zwykle krytykę wykładał delikatnie i spokojnie), że za bardzo koncentruje się na polityce, podczas gdy “są inne dobre pisma, które mogą udźwignąć ciężar problemów politycznych". Tymczasem “wasze zadanie jest większe i trudniejsze". Chodzi - tłumaczył - o “połączenie mądrego demokratyzmu w polityce z prawdziwym personalizmem chrześcijańskim". O budowanie w nowych warunkach nowego stylu katolickiej kultury, a także o kształt demokracji: “Ja za demokracją nie przepadam, bo trzeba wtedy różne rzeczy tolerować, ale lepszego ustroju, jak wiadomo, nie ma. Jeżeli rozwija się demokrację z przekonaniem i z pewną ascezą, a jednocześnie ma się w sobie tę świadomość czystej religii, rzeczywiście niezależnej od wszelkich serwitutów, prawdziwego spirytualistycznego związku z Panem Bogiem, to wtedy osiąga się pełnię. Piękno tej pełni powinno się w »Tygodniku« wyraźniej rysować". I dalej: “Jesteście więc potrzebni dla Kościoła, a siłą rzeczy dla kultury polskiej".

“Zatytułowałem kiedyś jeden ze swych artykułów »Polska umiarem stoi« - pisał w 1995 r. - I rzeczywiście: prawie wszystkie najważniejsze osiągnięcia naszej historii, które dziś chwalimy, opierały się na zasadzie umiaru; choćby ugoda między protestantami a katolikami w okresie humanizmu czy Konstytucja 3 Maja. »Tygodnik Powszechny« był i - mam nadzieję - pozostanie współczesną szkołą kultury umiaru".

Ostatnie pytanie, jakie zadano Stanisławowi Stommie w wywiadzie z 1992 r., brzmiało: “Na koniec pytanie uczniów do nauczyciela: największa przestroga czy rada, jaką Pan mógłby dać nam, młodszym redaktorom, w ręce których »Tygodnik« powoli przechodzi?". Odparł: “Mam dla was bardzo poważne przesłanie, można powiedzieć - testament; jestem w wieku, w którym czas myśleć o testamencie... Panowie powinni z pokorą wmyślić się we wszystkie minione roczniki »Tygodnika«, w roczniki »Znaku«, i starać się lepiej zrozumieć sens odnowionego katolicyzmu, o którym tu dziś dużo mówiliśmy, katolicyzmu stale odnawiającego się, tego samego, dla którego Turowicz całe życie poświęcił! To jest naprawdę siła czysta i piękna, którą trzeba w kulturę polską stale wprowadzać".

W artykule wykorzystano książki i wspomnienia Stanisława Stommy: “Czy fatalizm wrogości? Refleksje o stosunkach polsko-niemieckich 1871-1933" (Kraków 1980); “Pościg za nadzieją" (Paryż 1991), “Trudne lekcje historii" (wspomnienia pod red. Andrzeja Romanowskiego; Kraków 1998) i biografię Wolfganga Pailera “Stanisław Stomma. Nestor der polnisch-deutschen Aussöhnung" (Bonn 1995), a także wywiady i artykuły, głównie z “Tygodnika Powszechnego".

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarz, kierownik działów Świat i Historia. Ur. 1967 r. W „Tygodniku” zaczął pisać jesienią 1989 r. (o rewolucji w NRD; początkowo pod pseudonimem), w redakcji od 1991 r. Specjalizuje...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]