Jest 9 lipca. Pojutrze kolejna rocznica rzezi wołyńskiej (a właściwie wołyńsko-galicyjskiej). W atmosferze politycznego napięcia, oskarżania Polaków o nacjonalizm i ksenofobię, a Ukraińców, dla odmiany, o ksenofobię i nacjonalizm, prezydent Karol Nawrocki ogłasza, że hołd ofiarom odda w Radrużu, gdzie w latach 1944-46 UPA zamordowała 25 osób: czternaścioro Polaków i jedenaścioro Ukraińców.
Radruż leży w powiecie Lubaczów, w gminie Horyniec. Tuż przy granicy z Ukrainą. Granicę czuć tu w powietrzu; gdy dwa miesiące temu wracam ze spotkania z zespołu cerkiewnego w Radrużu do Horyńca, zatrzymuje nas straż graniczna, grzecznie sprawdza. Jeśli się nie może (albo nie chce) jechać dalej, na Wołyń, to Radruż jest dobrym miejscem, by upamiętnić polskie ofiary.
Wołyń: relacja twarzą w twarz
Tymczasem w przeddzień rocznicy siedzę na progu domu rodzinnego na tzw. Ziemiach Odzyskanych, domu z czerwonej cegły. W styczniu 1945 r. zajęła go Armia Czerwona. Na cegłach w obramowaniu drzwi do dziś widać wyskrobany napis „Iwan. Tu byłem”.
Siedzę na tym progu z Iryną, nauczycielką spod Kijowa, która do Polski przyjechała wiosną 2022 r. Pijemy kawę, jest ranek, powietrze nabrzmiewa upałem. Zapewne takim samym nabrzmiewało w lipcu 1943 r. na Wołyniu. Iryna spogląda na mnie zagubionym wzrokiem i pyta: „Anuszka, ty mi powiedz, bo nie rozumiem, o co z tym Wołyniem chodzi, ja w ogóle o tym usłyszałam dopiero, jak do was przyjechałam, a nikt z moich w lesie przecież nie był”.
Na moje pytanie, czy w ostatnim miesiącu zdarzyły jej się nieprzyjemne sytuacje w związku z tym, że jest Ukrainką, Iryna zaprzecza. Ci Polacy, którzy byli w porządku, dalej są w porządku; ci, którzy nie byli, lepsi się nie stali. Praca dalej jest parszywa i ciężka (Iryna pracuje przy przetwórstwie owoców i runa leśnego). W mediach społecznościowych nie siedzi, bo nie ma na to czasu.
Polacy–Ukraińcy: złe emocje
Tak się składa, że od wybuchu pełnoskalowej wojny większość mojego życia zawodowego toczy się we współpracy z ukraińskimi koleżankami naukowczyniami i zakłada częste kontakty z tzw. zwykłymi Ukraińcami w Polsce, gdyż zajmujemy się badaniem doświadczenia ukraińskich uchodźczyń.
Chwilę wcześniej rozmawiam więc z Olgą, która, w odróżnieniu od Iryny, wie o Wołyniu, bo jest historyczką. Zapewne także nikt z jej bliskich w lesie nie był, bo jest z Charkowa. Olga mówi, że ostatnio stara się nie mówić na ulicy po ukraińsku, na wszelki wypadek. I że gdy czyta o patrolach obywatelskich, które w Lublinie sprawdzały dokumenty cudzoziemcom, robi jej się nieprzyjemnie. Jednak jej w Polsce nigdy nie spotkało nic przykrego.
To samo mówi jej mąż, pracujący w przemyśle: jego zdaniem więcej złych emocji znaleźć można w sieci niż w relacji twarzą w twarz.
Wołyń: rozmowa u notariusza
Gdy o to samo pytam Mariję (tłumaczkę przysięgłą z ukraińskiego, w Polsce od 2022 r.), najpierw wygłasza tekst pochwalny o wdzięczności wobec Polski i Polaków. Bardzo szczery.
Potem milknie i w końcu zaczyna opowiadać, jak to ostatnio podczas podpisywania aktu notarialnego (polskie małżeństwo przedłuża o kolejny rok wynajem mieszkania Ukraińcowi) najpierw notariusz zapytał, czy polscy i ukraińscy historycy kiedyś się dogadają. Ukraiński klient się zaperzył i powiedział, że nikt nie będzie Ukrainie mówił, jakich ma czcić bohaterów. Polka, właścicielka mieszkania, poprosiła, by o historii nie mówić. Na koniec notariusz dodał, że tylko z jego rodziny dwie osoby poszły do piachu na Wołyniu.
Akt notarialny sporządzono. Marija powiedziała notariuszowi, że bardzo jej przykro z powodu tego, co Ukraińcy zrobili jego rodzinie. Marija ma syna, który właśnie celująco zdał polski egzamin ósmoklasisty.
Wołyń: rozmowy pod Żabką
To, co przywołuję, to oczywiście tzw. dowody anegdotyczne. Ale na ten moment trudno o inne. Policyjne statystyki aktów przemocy wobec cudzoziemców publikowane są zwykle w zestawieniach rocznych. Ostatnie dotyczą roku 2025 i nie wynika z nich, aby takich aktów było więcej niż wobec etnicznych Polaków.
Z kolei pobieżny research w ogólnodostępnych źródłach pokazuje, że (znów, stan na koniec 2025) poziom przestępstw wobec obcokrajowców w Polsce, po uwzględnieniu liczby cudzoziemców, nie różni się od analogicznego poziomu w innych krajach, które po 2022 r. przyjęły licznych ukraińskich uchodźców (np. Czechy, Niemcy). Ale te dane nie obejmują ostatnich miesięcy.
Pozostają oczywiście wątpliwości związane z tym, że obcokrajowcy rzadziej zgłaszają na policję fakt bycia ofiarą przestępstwa. A także z tym, co kwalifikujemy jako przemoc na tle etnicznym. Czy jeśli Rusłanowi, który remontował moje mieszkanie (w Polsce żyje od 10 lat, od kilku ma obywatelstwo RP, wciąż mówi z lekkim akcentem), osprejują auto, będzie to zwykły wandalizm, czy już przemoc na tle etnicznym?
Czy jeśli pijak pod Żabką nazwie Irynę głupią Ukrainką, a jej polską koleżankę „tylko” głupią babą, czy ta pierwsza obelga będzie przemocą na tle etnicznym? I co zrobić ze strachem, jak go przeliczyć na procenty i paragrafy?
Po ukraińsku lepiej ciszej
Opublikowany przez „Krytykę Polityczną” raport o sytuacji Ukraińców w Polsce mówi o pogarszających się nastrojach, poczuciu zagrożenia i narastającej fali agresji (głównie słownej) wobec Ukraińców od 2025 r. Bazuje głównie na danych jakościowych, ale trudno, by nie wywoływał zaniepokojenia.
Moja współpracowniczka w projekcie, Olena, waha się, gdy pytam, czy się boi. Mówi, że przez ostatnie cztery lata nauczyła się myśleć o Warszawie jak o domu. Czasem zresztą przyłapuję ją na tym, że gdy wracamy z Ukrainy i przekraczamy granicę, Olena mówi: „Jeszcze cztery godziny i będziemy w domu”.
Teraz mówi, że zdarzyło jej się w tramwaju skończyć rozmowę po ukraińsku i schować telefon, gdy wsiadła grupa głośnych młodych mężczyzn. I że gdy jej nastoletni syn wraca sam do domu wieczorem, ona myśli, że lepiej by było, gdyby on też nie rozmawiał przez telefon po ukraińsku, idąc ciemnym parkiem. Wcześniej takie myśli nie przychodziły jej do głowy.
Polski akcent we Lwowie
Odwróćmy teraz sytuację o 180 stopni. Gdy myślę, że miałabym teraz jechać na Ukrainę, mam mieszane uczucia. Poziom nienawistnych antypolskich komentarzy w mediach społecznościowych na Ukrainie i jadu lejącego się z mediów, także tych liberalnych i prozachodnich, jest przerażający.
Przykłady? Poważny i liberalny portal Zaxid.net zamieścił na swoim profilu na FB ankietę: „Karol Nawrocki – klaun czy pirat?”. Koleżanka, która właśnie wróciła ze Lwowa, przyznała, że pierwszy raz w życiu mówiła tam po angielsku, a nie swoim łamanym ukraińskim z wyraźnym polskim akcentem – po tym, jak usłyszała kilka niepochlebnych słów na temat tego, skąd przyjechała i gdzie powinna wracać.
Ukraińskie społeczeństwo gotuje się z obrazy. Jego emocje pośrednio wpływają też na nakręcanie poczucia (błędnego przecież), że w Polsce za chwilę będą pogromy. Gdy rozmawiam ze znajomą ukraińską studentką, Anastasiją, mówi mi, że bliscy z Ukrainy kazali jej, aby 11 lipca, w dniu rocznicy, nie wychodziła z domu.
Gdy mówię po ukraińsku, mój polski akcent słychać, choć nie tak wyraźnie. Na Ukrainę pojadę we wrześniu. Może do tego czasu sytuacja się uspokoi. Podstawowa różnica między mną a moimi ukraińskimi rozmówczyniami jest taka, że pojadę tam, bo chcę, po czym wrócę. One są w Polsce, bo muszą.
Wspólny wróg, podzielona pamięć
Tymczasem, gdy wysyłam zwyczajowego maila do ukraińskiego kolegi, który od 2022 r. jest na froncie, by upewnić się, że żyje, dostaję w odpowiedzi dziękczynne wideo. Na nagraniu jego towarzysze broni, stacjonujący na kierunku kupiańskim, dziękują mi i Polsce za wsparcie wszelakie. Wyrażają nadzieję, że nasi politycy się opamiętają, jedni i drudzy, bo ważny jest wspólny wróg, a oni go widzą z bardzo bliska.
Kończą słowami „Jeszcze Polska nie zginęła, herojam sława!”. Zwykle to zawołanie, ukute kiedyś w strukturach OUN, a po 2014 r. na Ukrainie upowszechnione, mnie drażni. W zestawieniu z „Jeszcze Polska nie zginęła” sprawia, że mam nagle gulę w gardle.
Powiedzieć, że historia nas dzieli, to truizm. Istotne jest jednak, że dziś dzieli nie tylko historyków i polityków; nie tylko tych, którym upowcy zabili dziadków, i tych, którzy upowców honorują; nie tylko prezydentów Zełenskiego i Nawrockiego. Dzieli zwykłych Polaków i Ukraińców.
W oczywisty sposób najbardziej dotyka to Ukraińców żyjących w Polsce – tych 700 tys., którzy przybyli przed 2022 r., i niemal milion korzystających z ochrony tymczasowej po 2022 r. Bo to oni dostają rykoszetem za głupią i szkodliwą decyzję ich prezydenta, tę o „Bohaterach UPA”, oraz głupią i szkodliwą – naszego. Za podatność obu społeczeństw na populistyczne treści, na których najwyraźniej łatwo zbić kapitał polityczny.
To oni są ofiarami przedkładania partykularnych interesów politycznych nad szacunek dla ofiar z Wołynia i Galicji. Nad dbałość o to, by Polacy i Ukraińcy żyli w Polsce w zgodzie, teraz.
Radruż: pamięć bez przemilczeń
Tu możemy zatoczyć koło i udać się do Radruża. Bo fakt, że historia nas dzieli, nie oznacza, że mamy ją zamieść pod dywan. Przeciwnie, mamy o niej rozmawiać. Mamy nazywać ofiary po imieniu, a sprawców potępiać. Wtedy w końcu historia przestanie nas dzielić. Radruż jest przykładem tego, jak można by to zrobić.
Przed wojną była to duża wieś, żyli w niej głównie Ukraińcy; Polacy stanowili mniej niż 10 procent. Była tu cerkiew greckokatolicka (dziś nie funkcjonuje jako świątynia, lecz zabytek do zwiedzania; jedna z najstarszych cerkwi drewnianych w Polsce). Ukraiński ruch narodowy był silny, w czasie wojny wielu młodych wstąpiło do UPA.

Jak wspomniałam, upowcy zamordowali tu 25 mieszkańców wsi, z czego ponad połowa była Polakami; pozostali pochodzili z rodzin mieszanych bądź ukraińskich. Po wojnie polskie władze komunistyczne wysiedliły wszystkich ukraińskich mieszkańców (większość do Związku Sowieckiego, resztę na Ziemie Odzyskane). Dziś żyje tu nie więcej niż 200 osób.
Mimo tragicznego finału, przed wojną Polacy i Ukraińcy w Radrużu potrafili żyć w pokoju. Liczne były małżeństwa mieszane. Mordy nie miały charakteru sąsiedzkiego, dokonały ich regularne oddziały UPA. Spotkały się zresztą w tym regionie z odwetem polskiego podziemia.
Część ofiar UPA pochowano na miejscowym cmentarzu greckokatolickim, część na rzymskokatolickim w Horyńcu. Gdy wiosną spaceruję po radruskim cmentarzu, widzę świeże kwiaty na grobach ofiar UPA (kilka dni wcześniej upamiętniano rocznicę mordu). W zbiorowej mogile spoczywają m.in. Romanikowie: Jadwiga lat 14, Maria lat 20, Zofia lat 40, Stefan lat 37.

Obok grób tutejszego księdza greckokatolickiego Wasyla Huczki, zamordowanego przez NKWD w sierpniu 1944 r. wraz z żoną i córką. W tej akcji NKWD zabiło kilkunastu ukraińskich mieszkańców Radruża.
Pogranicze: gdzie pamięć tkwi głęboko
Gdy uczestniczę w zwiedzaniu cerkwi, mam poczucie dysonansu. Miejscowy przewodnik z zaangażowaniem opowiada o architekturze świątyni, potem przechodzi do opisu masakr UPA. Kończy wezwaniem, by nie dzieliła nas nienawiść. Gdy pytam, dlaczego nie wspomniał o wysiedlonych Ukraińcach – w końcu w ich cerkwi jesteśmy, to ich cmentarz Muzeum Kresów w Lubaczowie odnawia za pieniądze polskiego podatnika – przewodnik spogląda ciężkim wzrokiem i mówi, że kto będzie chciał, to sobie doczyta.
Piotr Zubowski, dyrektor wspomnianego Muzeum Kresów, któremu podlega cerkiew w Radrużu, mówi, że ta okolica ma swoją specyfikę: historia głęboko tkwi tu w ludziach, w dużej mierze zasiedziałych, a w ostatnim czasie nastroje antyukraińskie narastają. Krótko po 2022 r. można było zorganizować wydarzenia dotyczące wielokulturowego dziedzictwa dawnej Rzeczypospolitej, w tym takie, które łączą Ukraińców i Polaków, np. koncerty sakralnej muzyki cerkiewnej. Teraz byłoby to nie do pomyślenia.

Radruż stał się też elementem „wojny pomnikowej”, zainicjowanej zapewne przez rosyjskie służby. W 2015 r. zdewastowano na cmentarzu ukraiński pomnik, postawiony (nielegalnie) kilkanaście lat wcześniej ku pamięci miejscowych upowców. Sprawcy zniszczyli tablicę i zastąpili napisem upamiętniającym polskie ofiary oraz w sposób wulgarny określającym sprawców. Całość sfilmowali, a nagranie szybko ukazało się na portalu Novorossia Today (związanym z ówczesnymi „republikami ludowymi” w Donbasie).
Obchody rocznicy zbrodni wołyńskiej
Podobne incydenty miały wtedy miejsce w pobliskich wsiach, a całość doprowadziła do konfliktu wokół upamiętnień w Polsce i na Ukrainie, w tym do trwającego kilka lat zakazu poszukiwań i ekshumacji polskich ofiar na Wołyniu i w Galicji Wschodniej.
Myślę o tym wszystkim, gdy media podają informację, że 11 lipca prezydent Nawrocki będzie właśnie w Radrużu. Myślę o pochowanych tu ofiarach, polskich i ukraińskich, oraz o tutejszych Ukraińcach, którzy w ramach zbiorowej odpowiedzialności stracili domy. Zapewne nie wszyscy z nich popierali UPA.
Myślę o tym, że moje ukraińskie znajome boją się mówić w Polsce po ukraińsku. Myślę też o ciężkim spojrzeniu przewodnika z Radruża i o tym, że właściwie zgadzam się z tym, co powiedział – oby nigdy nie podzieliła nas nienawiść.
W sobotę 11 lipca w Radrużu padają słowa o powojennej historii miejscowości i wysiedleniu Ukraińców w ramach odpowiedzialności zbiorowej. Ale nie z ust prezydenta, a to jego przemówienie po tej uroczystości zostanie.
Prezydent Nawrocki w Radrużu
Prezydent tymczasem wygłasza gniewne przemówienie. Podobnie jak ja, spośród miejscowych polskich ofiar wyławia 14-letnią Jadwigę i każe się zebranym zastanowić, co czuła, gdy banderowcy podrzynali jej gardło.
Poza tym jednak nie skupia się na ofiarach. Niemal całość jego przemówienia, wygłoszonego podniesionym głosem, dotyczy sprawców. Prezydent omawia etapy rozwoju ukraińskiego ruchu nacjonalistycznego (popełniając sporo błędów faktograficznych), a potem przechodzi do (krytycznej) analizy polityki historycznej współczesnej Ukrainy.
To przemówienie nie przyczyni się do tego, by nie podzieliła nas nienawiść. Słychać to w sarkaniu publiczności, gdy pojawia się stwierdzenie, że tak jak Jadwiga zginęła przez ukraiński nacjonalizm, tak dziś na Ukrainie jej równolatki giną przez nacjonalizm rosyjski.
Widać to także w nienawistnych komentarzach ukraińskich i polskich internautów pod (stonowanym) postem Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej po uroczystości w Ołyce na Wołyniu, z udziałem wicepremiera Władysława Kosiniaka-Kamysza, w którym mowa jest o tragicznym konflikcie polsko-ukraińskim w czasie II wojny światowej, a nie o ludobójstwie na Wołyniu. Dla Polaków to wciąż za mało. Dla Ukraińców wciąż za dużo.
Radruż mógł być miejscem, w którym wykonalibyśmy krok ku sobie, przy grobach Polaków i Ukraińców, nazywając rzeczy po imieniu; miejscem po wysiedlonych Ukraińcach, o które z dużym szacunkiem dbają dziś Polacy.
Internet podsyca nienawiść
Tymczasem następnego dnia po obchodach pewien Polak (mieszkający we Lwowie i aktywny na Facebooku) publikuje serię zdjęć z cmentarza w Radrużu, które, jak twierdzi, zrobił 12 lipca. Są skadrowane tak, by pokazać wykrzywioną rzeczywistość: są na nich wywrócone greckokatolickie krzyże na tle zadbanych grobów polskich ofiar.
To sugeruje, że ukraińskie groby są porzucone, dewastowane – gdy w istocie cmentarz ten jest od lat odnawiany, nagrobek po nagrobku (chciałabym, by polskie cmentarze na Ukrainie tak wyglądały). To sugeruje nawet, że prezydent i świta po nich deptali.
Zdjęcia niosą się po sieci. Podbija je Wołodymyr Wjatrowycz, historyk znany z gloryfikacji UPA. Stają się wiralem w ukraińskim necie, wywołują komentarze o „zdziczeniu Polaków”. Polemiki polskich internautów, którzy piszą, że to nieprawda, że cmentarz jest zadbany, że większość nagrobków odnowiono w minionych latach (tylko w okresie 2024-2026 wydano na to 660 tys. zł), a reszta będzie odnowiona, giną w masie złych emocji.
To internet. W realu, wbrew wcześniejszym prognozom Kiryły Budanowa, szefa biura Zełenskiego, obchody 11 lipca nie doprowadzają do nowej eskalacji w relacji Polska-Ukraina. Przynajmniej nie na szczeblu politycznym – bo internet wciąż wrze.
Tymczasem w poniedziałek 13 lipca ruszają planowo ekshumacje we wsiach Ostrówki i Wola Ostrowiecka na Wołyniu. Wcześniej polscy badacze zidentyfikowali tam groby, może w nich spoczywać kilkaset ofiar. Zgodnie informują o tym polski IPN i ukraiński UIPN.
Niech nie podzieli nas znów nienawiść.
Dziękuję Piotrowi Zubowskiemu za pomoc przy pisaniu tekstu.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.











