O pamięć prawdziwą. Tragedia wołyńska oczami potomka ofiar

Obserwując polsko-ukraińską awanturę o Wołyń i UPA, mam wrażenie, że politycy z obu krajów okradają nas, potomków polskich mieszkańców zachodniej Ukrainy, z pamięci i z emocji. Słono za to zapłacimy.
Czyta się kilka minut
Pogrzeb ekshumowanych szczątków polskich ofiar zbrodni wołyńskiej na terenie dawnej wsi Puźniki w dzisiejszym obwodzie tarnopolskim na zachodzie Ukrainy. Puźniki, Ukraina, 6 września 2025 r. // Fot. Vladyslav Musiienko / PAP
Pogrzeb ekshumowanych szczątków polskich ofiar zbrodni wołyńskiej na terenie dawnej wsi Puźniki w dzisiejszym obwodzie tarnopolskim na zachodzie Ukrainy. Puźniki, Ukraina, 6 września 2025 r. // Fot. Vladyslav Musiienko / PAP

Kiedy w 2014 r. opublikowałem „Turystę”, książkę zawierającą w początkowych rozdziałach nieco przetworzoną, rodzinną opowieść z okolic Stanisławowa, nieliczne spotkania autorskie zamieniały się w spontaniczne, nieco amatorskie – nie jestem historykiem – wykłady z historii nieznanej. 

Otóż nikt z pierwszych czytelników owej książeczki nie wiedział nic o ledwie muśniętych w narracji wypadkach w Galicji Wschodniej, jakie wydarzyły się pod koniec II wojny światowej. Rodzinna opowieść nikła wśród pytań o to, czym jest UPA, co to znaczy, że ktoś jest banderowcem, dlaczego jedni mordowali drugich itd. Książka ukazała się tuż po 70. rocznicy Zbrodni Wołyńskiej i jedna z recenzentek zarzuciła mi podjęcie „modnego” tematu. Tymczasem kilkanaście lat temu Wołyń i UPA dla większości Polaków kryły się w mrokach niepamięci i niewiedzy. 

Wyjątek stanowiły rodziny – a i to nie wszystkie – tych, którzy na własnej skórze przeżyli zorganizowane ludobójstwo na Kresach Wschodnich. Rodziny te zarówno w czasach PRL, jak też w III RP nie doczekały się uznania doznanych krzywd tak, jak miało to miejsce w przypadku rodzin katyńskich czy więźniów niemieckich kacetów. Przy czym nie chodziło i nadal nie chodzi o jakieś zawody w konkurencji, kto był większą ofiarą. 

III RP. Nieodpowiedni czas na ból rodzin wołyńskich 

Nieutulony żal, niezaleczona trauma, niewykrzyczany ból, dławiony przez polskie elity po 1989 r. – znamy doskonale powtarzane przez trzy dekady slogany o „złym/nieodpowiednim czasie” i „niepotrzebnym rozdrapywaniu ran”. Właśnie teraz te ukrywane latami emocje zagospodarowywane są przez polityków, przy niebanalnym wsparciu kremlowskiej propagandy. A przecież pamięć o zbrodniach na Wołyniu i w Galicji Wschodniej, ta prawdziwa pamięć ocalałych, nie była pamięcią niebezpieczną. Nie była i wierzę, że nadal nie jest, paliwem dla ksenofobii i agresji wobec Ukraińców

Pamiętam niektóre spotkania z potomkami ocalonych, jakie za sprawą książki odbyłem nieco później we Wrocławiu i innych miastach Dolnego Śląska. Nasza pamięć, pamięć zapośredniczona, pamięć dzieci i wnuków, była i chyba nadal jest zupełnie niezborna z deklaracjami tych, którzy dla doraźnego politycznego interesu albo dając upust ksenofobii i poczuciu wyższości nad Ukraińcami, powiewają sztandarami z hasłami w stylu „Wołyń – Pamiętamy!”.

Jeśli 12 lat temu o żadnym Wołyniu nie tylko nie pamiętali, ale nawet o nim nie wiedzieli, to te wywieszane na stadionach piłkarskich banery w oczach rodzin ofiar zakrawają na bluźnierstwo. Bluźnierstwo, bowiem te rodzinne, niegdyś kresowe, a dziś dolnośląskie historie, jakie opowiadaliśmy sobie na wspomnianych spotkaniach, układają się w zupełnie inną od serwowanej nam dziś sztucznie opowieści. 

Dziadek miał tylko jedną prośbę – odnaleźć Wasyla Sotnyka 

Mój dziadek, pochodzący z okolic Kołomyi, przez całe życie wspominał chłopca, z którym bawił się w chwilach wolnych od pracy w polu. Nie opowiadał nigdy o samej strasznej nocy, w której banderowcy wymordowali większość mieszkających we wsi Polaków, ale o małym Wasylu Sotnyku i jego rodzicach, którzy nie tylko ostrzegli swoich polskich sąsiadów przed nadciągającymi bandami, ale i przechowali ich w swojej stodole, w ten sposób samych siebie narażając na śmierć, bowiem dla ukrywających Polaków Ukraińców banderowcy nie mieli żadnej litości.

W pamięci mojego dziadka bohaterstwo jego sąsiadów przeważyło nad ludobójczą furią ukraińskich bojówek. I kiedy po raz pierwszy jechałem do tej przycupniętej nad wysokim brzegiem Prutu wsi, miał tylko jedną prośbę – znajdź Wasyla, mojego kolegę, którego rodzice nas uratowali, i podziękuj mu. Pojechałem, znalazłem i podziękowałem.

Druga rodzinna opowieść, dotycząca tej samej wsi i tej samej strasznej nocy, pochodzi od starszego o parę lat od dziadka kuzyna, który wraz ze swoim ojcem cudem uniknął rzezi. Banderowcy bestialsko zamordowali jednak jego matkę (siostrę mojej prababki), babcię i kilkumiesięczną siostrzyczkę. 

Z kolei wuj – choć zrobił to tylko raz – opowiedział całą straszną historię. Ze szczegółami, od początku do końca. Ale podsumował ją w ten sposób: „Interesuje mnie tylko to, kto zamordował moją mamę, siostrę i babcię. Chcę znać imię i nazwisko. Nie potrzebuję pomników i dni pamięci. Tylko imiona i nazwiska morderców, i żeby mama, siostra i babcia miały katolicki pogrzeb. Nic więcej”.

Pięścią w twarz za ukraińską mowę

Wuj, w przeciwieństwie do dziadka, wielokrotnie jeździł w rodzinne strony. Do końca życia mówił po ukraińsku – czyli w języku, w jakim rozmawiało się wówczas na ulicy i podwórku – czytał ukraińskie książki, utrzymywał kontakt z mieszkającymi w rodzinnej wsi Ukraińcami.

W pamięć zapadła mi też opowieść mojego przyjaciela, którego ojciec przeżył masakrę na samym Wołyniu. Otóż wspominał on, że kiedy jeszcze przed wojną pracujący w gospodarstwie Ukrainiec wchodził do ich domu i odzywał się po ukraińsku, dostawał od polskiego gospodarza pięścią w twarz. Nie dziwię się, mówił ojciec przyjaciela, że oni nas tak znienawidzili.

Pięć lat po debiucie opublikowałem „Bóle fantomowe” – drugą powieść, w której również znalazły się przetworzone rodzinne wątki kresowe, tym razem w odniesieniu do utraconej krainy dzieciństwa, bez najmniejszej wzmianki o zbrodniach UPA. Kiedy w latach 2020-2021 odwiedziłem kilka bibliotek, na spotkaniach autorskich często padały pytania na granicy pretensji, dlaczego nie napisałem wprost, co tam się wydarzyło. Choć spotykałem się mniej więcej z podobną publicznością, zmiana nastrojów była widoczna gołym okiem.

Dziś w dyskusji o zbrodni wołyńskiej dotarliśmy na skraj wojny. Używam słowa „wojna” świadomie – zamiast czołgów i rakiet wysyłamy na front niedouczonych i cynicznych polityków, zamiast pocisków – posty w mediach społecznościowych, a ostatnio również bijemy ukraińskich nastolatków pięścią w twarz. Tylko dlatego, że są Ukraińcami.

Tymczasem zarówno politycy, jak też wtórująca im, rosnąca w przerażającym tempie ksenofobiczna i zmanipulowana przez rosyjską propagandę publika – krzywdzą nie tylko Ukraińców, których w 2022 r. sami do siebie zaprosiliśmy. Krzywdzą też ostatnich ocalałych z rzezi wołyńskiej oraz pielęgnujących rodzinną pamięć potomków. To ich i nasze emocje były przez dekady, również przez polskie elity, ignorowane, teraz natomiast zostały nam skradzione i użyte w moralnie złych celach.

Co zrobić, by propaganda nie przesłaniała prawdy

Gdyby dyskusję z Ukraińcami o historii oprzeć na pamięci prawdziwej, a nie zmyślonej, podbitej ksenofobią i propagandą, to moglibyśmy nie tylko zawstydzić pozbawionego empatii wobec polskich doświadczeń Wołodymyra Zełenskiego, ale przede wszystkim moglibyśmy prowadzić realny dialog. I przynajmniej zainicjować realne zmiany świadomości w ukraińskim społeczeństwie, które w znaczącej części łudzi się, że jak się jedną ręką walczyło z Sowietami, to drugą można było mordować Żydów, Polaków i Białorusinów.

Kierując się pamięcią prawdziwą, moglibyśmy asertywnie domagać się prawa do godnego pochówku zamordowanych, bez wyrażania pogardy wobec naszych ukraińskich sąsiadów, z którymi często pracujemy i dzielimy publiczną przestrzeń. Gdyby polskie elity liberalne nie uciszały patriarchalnie rodzin kresowych, zawsze wypominając im „zły czas” i „rozdrapywanie ran”, być może prawicowa propaganda nie przesłoniłaby pamięci prawdziwej.

Bo w pamięci wielu ocalonych z banderowskiej rzezi centralne miejsce zajmują nie obcięte głowy i obdarte ze skóry kończyny, które zobaczyliśmy u Wojciecha Smarzowskiego, ale ukraińscy sąsiedzi, którzy narażając własne życie, ratowali swoich polskich sąsiadów. A takiej pamięci nie pokona ani doraźny polityczny interes, ani najostrzejsza nawet propaganda. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29,90 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz
1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru Nr 28/2026

W druku ukazał się pod tytułem: O pamięć prawdziwą