Ludobójstwo we wsi Barysz. Jak pisać o ukraińskich zbrodniach, gdy Ukraina walczy o przetrwanie?

To ostatni dziś moment, by efekt pracy badawczej historyka mogli wziąć do ręki ludzie, którzy w latach 1944-45 byli dziećmi – i ocaleli z rzezi dokonanej w Galicji Wschodniej.

29.11.2023

Czyta się kilka minut

Cmentarz w miejscowości Barysz, Ukraina. Czerwiec, 2019 r. / fot. Anna Wylegała
Cmentarz w miejscowości Barysz, Ukraina. Czerwiec, 2019 r. / fot. Anna Wylegała

Będzie to tekst o książce jednocześnie ważnej, odważnej, uczciwej, trudnej i nieco rozczarowującej. Ważnej i potrzebnej, gdyż mordy na Polakach dokonane w Galicji Wschodniej właściwie nie funkcjonują w polskiej wyobraźni społecznej. Mówimy „rzeź wołyńska” i w domyśle zawiera ona również to, co działo się w Galicji. Tymczasem działo się równie krwawo, choć z inną chronologią i jednak trochę inaczej.

Dynamika ludobójstwa

W książce „W cieniu Wołynia. »Antypolska akcja« OUN i UPA w Galicji Wschodniej 1943-1945” Damian K. Markowski odtwarza mechanizmy i chronologię galicyjskiego ludobójstwa. Odnotowuje też jego zmieniającą się dynamikę. 

Zanim antypolska akcja (najpierw rękami milicji OUN, potem Ukraińskiej Samoobrony Ludowej, dopiero potem UPA) nabierze w Galicji charakteru masowego, giną elity: księża, nauczyciele. Ma to charakter pokazowy i zastraszający, by osłabić morale Polaków i skłonić do ucieczki. Wydarzenia przybierają na sile latem 1943 r.: dochodzi do pierwszych masowych mordów. Pod koniec tego roku OUN podejmuje decyzję o planowej akcji wymierzonej w całą ludność polską. Likwidacji ma ulec „polski aktyw”, następnie wystosowane mają być wezwania do opuszczenia terenu, a przy braku reakcji zabici mają zostać wszyscy mężczyźni. 

Jednak od początku powszechne są odstępstwa od tej zasady. Markowski cytuje rozkaz dowódcy UPA z powiatu Czortków, który w lutym 1944  r. pisze: „nie wolno zabijać kobiet i dzieci. Nie wolno też kaleczyć – ucinać rąk, nóg, nosów itp.”. Jak stwierdza, „sam fakt wymieniania podobnych wydarzeń świadczy przecież, że do nich dochodziło”.

Trzydzieści jeden tysięcy

W 1944 r. mordy w Galicji przybierają charakter wołyński: całe wsie są otaczane i mordowane brutalnie (ludzie giną okaleczani) przez ukraińskie oddziały. Jeśli są ocaleni, to tylko dlatego, że się twardo bronią (jak we wsi Hanaczów). Apogeum mordów przypada w 1944 r. na katolicki Wielki Tydzień, gdy ma miejsce co najmniej 175 napadów i ginie co najmniej 2 tys. osób. W końcowym okresie niemieckiej okupacji napady słabną.

W miarę rozprzestrzeniania się informacji o mordach przybierają też na sile ucieczki ludności polskiej: w ciągu pierwszych sześciu miesięcy 1944 r. tereny Dystryktu Galicja opusza ok. 300 tys. Polaków.

Ostatnia fala antypolskiej akcji ma miejsce w Galicji po wejściu Sowietów w połowie 1944 r. Zdziesiątkowana ludność polska, wskutek poboru do Armii Czerwonej pozbawiona większości mężczyzn, znów jest celem ataków UPA. Jednym z takich miejsc jest Barysz w powiecie Buczacz: 6 lutego 1945 r. sotnia Petra Chamczuka „Bystrego” napada na wieś, w której są głównie kobiety, dzieci i starcy, i przystępuje do metodycznej rzezi. Ginie ok. 130 osób. Atak na Barysz, do 1945 r. jedno z polskich skupisk na Podolu, to część kampanii Chamczuka, który sieje strach i śmierć w kolejnych polskich wsiach.

Brutalny charakter takich napadów sprawia, że Polacy masowo rejestrują się na wyjazd na Zachód. To, czego z braku czasu i środków nie udaje się osiągnąć ukraińskim nacjonalistom przemocą, dzieje się teraz rękami Sowietów. Galicja zostaje „oczyszczona” z milionowej społeczności polskiej, będącej częścią tego terenu od stuleci. 

Według wyliczeń Markowskiego śmiertelnymi ofiarami tej czystki pada ponad 31 tys. Polaków, w tym 8 tys. kobiet i dzieci. Z tej liczby z nazwiska znane są 15 263 ofiary.

Polski odwet...

Podkreślając proporcje i fakt, że to Polacy byli w Galicji głównymi ofiarami, Markowski opisuje też polskie akcje odwetowe, przyznając, że bywały równie brutalne. Wskazuje też, że ofiary polskiego odwetu były często przypadkowe, a całość tych akcji nie zahamowała ukraińskiej czystki i zasadniczo była działaniem chybionym (w odróżnieniu od formowania lokalnych oddziałów samoobrony). Duże znaczenie miał też odwet oddolny, dokonywany spontanicznie, poza strukturami, głównie przez osoby, które straciły bliskich. 

Osobny aspekt polskiego odwetu to działalność tzw. istrebitelnych batalionów (batalionów niszczycielskich), czyli formacji policyjno-porządkowych tworzonych przez władze sowieckie na ponownie okupowanych terenach od połowy 1944 r. Polacy stanowili ponad połowę członków tych formacji i zdarzało się, że w ich szeregach dokonywali zemsty.

Markowski liczy ukraińskie ofiary tak skrupulatnie jak polskie. Ma to wagę moralną – i jest też głosem w dyskusji z tymi ukraińskimi historykami, którzy chcą interpretować te wydarzenia jako wojnę polsko-ukraińską, twierdząc, że miała tu miejsce symetria krzywd. Tymczasem np. w pierwszej połowie 1944 r. w Galicji Wschodniej śmierć z polskich rąk poniosło ok. 500 Ukraińców, podczas gdy z rąk ukraińskich zginęło 14 tys. Polaków. 

Bilans ukraińskich ofiar polskich akcji odwetowych w Galicji Wschodniej to ok. 3 tys. osób, wliczając zabitych po 1945 r. przez polskie podziemie i polskie władze komunistyczne na obszarze, który wszedł w skład powojennej Polski. To ważne ustalenie w kontekście padających dotąd szacunków, mówiących nawet o 8 tys. ukraińskich ofiar na tym terenie.

...i polska bezczynność

„W cieniu Wołynia” przynosi bardzo krytyczny osąd Polskiego Państwa Podziemnego, zarówno w zakresie decyzji centrali, jak i działań lokalnych. Markowski pisze o alarmujących doniesieniach, które docierają z terenu do Warszawy i pozostają bez echa, bo centrala uważa, że angażowanie sił na galicyjskich peryferiach jest niedopuszczalne: mogłoby przedwcześnie wywołać ogólnonarodowe powstanie przeciw Niemcom. 

Polacy w Galicji muszą więc radzić sobie sami. Lokalne działania AK bywają z kolei tyleż absurdalne i desperackie, co nieskuteczne. Np. w 1944 r. komendant Okręgu Tarnopol AK zalecał swoim żołnierzom kolportaż ulotek zachęcających Polaków do samoobrony i zdobywanie broni na Niemcach. 

W efekcie polskie podziemie nie tylko nie było w stanie zapewnić bezpieczeństwa polskiej ludności, lecz samo padało ofiarą ukraińskich nacjonalistów, skutecznie rozpracowywane i niszczone, aby potem, ostatecznie już, ulec wkraczającym Sowietom.

Ostatni moment

Pisanie książki o ludobójstwie wymaga stanięcia twarzą w twarz ze złem, ciągłego kontaktu z cierpieniem i śmiercią. W tym przypadku nie czyni sprawy łatwiejszą współczesny kontekst – fakt, że dziś Ukraińcy, choć na inną skalę, padają ofiarami działań o charakterze ludobójczym, których sprawcami są Rosjanie. Część badaczy i publicystów zabierających od lat głos w polsko-ukraińskiej debacie o XX-wiecznej historii (głównie z Ukrainy, ale też z Polski) uważa, że w takiej sytuacji badania dotyczące ukraińskiego sprawstwa, nawet tego sprzed wielu lat, powinny poczekać, gdyż mogą zostać wykorzystane przez propagandę Rosji. 

Markowski uznaje, że nie jest to dobra droga, a ja się z nim zgadzam. Wojna na Ukrainie trwa od 2014 r. i może trwać jeszcze długo. Ukraińskie społeczeństwo samo musi zdecydować, na ile wzięcie odpowiedzialności za zbrodnie z przeszłości jest w stanie osłabić morale i tożsamość, a na ile je wzmocnić (wszak uznanie, że nasi przodkowie czynili zło, świadczy w gruncie rzeczy o naszej sile). Natomiast polscy badacze nie powinni czekać na zakończenie wojny z badaniem tej części historii, w której Ukraińcy występują jako sprawcy, gdyż – prócz lojalności wobec napadniętego dziś sąsiada – związani są też zawodową etyką i odpowiedzialnością wobec ofiar, które zasługują na udokumentowanie ich losu. 

Szczególnie istotne jest to wówczas, gdy to ostatni moment, by efekt pracy badawczej w postaci np. książki mogli wziąć do ręki ludzie, którzy byli wówczas dziećmi i ocaleli. 

Redefinicja dyskusji

Markowski zdaje sobie sprawę, jakie reakcje może wywołać jego książka, bo zaczyna ją i kończy jakby klamrą. W pierwszym zdaniu wstępu pisze o powrocie historii do Europy i zbrodniczej agresji Rosji na Ukrainę, o bohaterstwie ukraińskiego żołnierza. W ostatnim zaś zdaniu wstępu zastrzega, że książka ma służyć lepszemu zrozumieniu, co się wtedy stało i pokazaniu, „jak potężnym i niszczącym narzędziem wojny może okazać się nacjonalizm” (w wydaniu ukraińskim, polskim, rosyjskim). Z kolei w zakończeniu powtarza słowa o Ukrainie „w godny podziwu sposób zmagającej się ze zbrodniczą rosyjską napaścią”. Te zdania, choć mogą brzmieć nieco sztucznie, były w tej książce bardzo potrzebne.

Nazywając masową przemoc wobec Polaków w Galicji Wschodniej ludobójstwem, Markowski uzasadnia to zapisami prawa międzynarodowego. Polacy mieli w Galicji zostać albo fizycznie zniszczeni, albo zmuszeni do ucieczki. Ich elity miały zginąć w całości. Ich majątek miał zostać przejęty, a dziedzictwo materialne starte z powierzchni ziemi tak, by nigdy nikomu nie przyszło do głowy wrócić. Ukraińscy nacjonaliści zaplanowali ludobójstwo ponad miliona osób. To, że im się ono w pełni nie udało, wynikało tylko z braku możliwości. 

Takie definiowanie galicyjskiej rzezi zarezerwowane było dotąd głównie dla środowisk kresowych, z lekką pogardą określanych przez liberalną inteligencję jako nacjonalistyczne, prawicowe i nieodnajdujące się we współczesnym liberalnym dyskursie. Z kolei społeczna i polityczna polaryzacja rzeczywiście umożliwiała zawłaszczenie takiego sposobu mówienia o wydarzeniach w Galicji przez prawicowych polityków.

Warto, by książka Markowskiego stała się pretekstem do redefinicji tego pola. Pochylanie się nad polskimi ofiarami nie musi oznaczać wpisywania się w narrację narodowej martyrologii i wypierania się polskiego udziału w zbrodniach na innych narodach. Markowski nie pisze o polskich ofiarach po to, by zajęły one miejsce należne ofiarom żydowskim czy ukraińskim. Pisze o nich, bo na to zasługują.

Czytasz i nie chcesz zapamiętać

Trudna to książka – do czytania, do przełknięcia, do przyswojenia dla czytelnika. Markowski nie epatuje makabrą, ale nawet te oszczędne opisy, które przytacza, na długo zostają u odbiorcy. Może dlatego, że są tak lakoniczne. „W nocy z 15 na 16 stycznia w Połowcach na Podolu uprowadzono 27 Polaków, w tym siostry zakonne. Napastnicy zabrali ze sobą do lasu wszystkich mieszkańców wioski, którzy nocowali w swoich domach. Wszyscy uprowadzeni zostali uduszeni. Ich nagie zwłoki odnaleziono przypadkowo podczas polowania, w którym uczestniczyli niemieccy urzędnicy i wojskowi. Najmłodsza z ofiar mordu miała trzy lata”. Potem kolejna wzmianka, i kolejna, i jeszcze kolejna. 

Najbardziej zapadają mi w pamięć opisy miejsc, gdzie w ostatnich latach byłam; tych masowych grobów, nad którymi wypadło mi stać. Autor nad żadną historią – poza może Hanaczowem – nie zatrzymuje się dłużej, ale ja mam przed oczami 130 ciał, które rankiem po masakrze w Baryszu leżą przed kościołem. Za chwilę wyrostki z tutejszego kołchozu zawiozą je na cmentarz tymi samymi wozami, którymi latem będą zwozić siano z pola.

Głosy sprawców

Być może jeszcze trudniej niż opisy zbrodni czyta się licznie przytaczane głosy sprawców. Markowski dotarł do imponującej liczby dokumentów OUN i UPA, raportów i meldunków, a także wspomnień. O ile niektóre stosują eufemizmy (np. mord staje się „oczyszczeniem terenu z wrogich narodowi ukraińskiemu elementów”), o tyle inne są straszliwie bezpośrednie. Jak rozkaz dowództwa OUN z obwodu Kamionka Strumiłowa z wiosny 1944 r.: „Czystka terenu musi zostać przeprowadzona jeszcze przed naszymi Świętami Wielkanocnymi, abyśmy mogli je świętować już bez Polaków. (...) Nikogo nie szczędzić, nawet z mieszanych domów wyciągać lasznię i zabijać” (lasznia to Polacy).

Inne dokumenty, zwłaszcza te powstające na przełomie 1944/45, świadomie manipulują informacją, np. przedstawiając masakry bezbronnej polskiej ludności jako równorzędną walkę oddziałów partyzanckich. Jeszcze inne, szczególnie spisywane po wojnie i na emigracji, porażają obojętnością. Wasyl Petryszyn „Łew” wspominał: „Mój pobyt w sotni »Orłów« był monotonny. (...) Stacjonowanie po wsiach, życie bez zmartwień, życie strzelców po wsiach, kilka małych akcji na Polaków i wesoło spędzone święta Wielkanocne [1944 r.]”. 

Eufemizmy używane przez ukraińskich nacjonalistów do złudzenia przypominają niemieckie meldunki o „przesiedlaniu” Żydów. Głosy sprawców niosą okrucieństwo, cynizm i obłudę. Co bolesne zwłaszcza w kontekście konstatacji Markowskiego, że ani po wojnie, ani po 1989 r. państwo polskie i społeczność międzynarodowa nie podjęły skutecznych prób ukarania żyjących sprawców ludobójstwa na Polakach.

Tematy na kolejne książki

Praca Markowskiego z pewnością stanie się klasyczną pozycją. Wypada jednak dodać, że w pewnych polach zostawia niedosyt. Czego mi zabrakło, to bliższe spojrzenie na konkretnego człowieka. Oczywiście, podane są nazwiska setek ofiar, ale żadna nie zostaje dłużej w pamięci. Może to kwestia wielości przytoczonych historii (co samo w sobie trudno zarzucać). Ale w takiej masie ofiary giną, jeśli niektórych z nich się nie wyróżni, nie wejdzie głębiej w ich życie, nie tylko w śmierć. Historycy robią to coraz częściej, z dobrym skutkiem.

Inna kwestia to zbyt skromny rozdział, który podejmuje próbę problematyzacji opisanych wydarzeń. To próba ciekawa, ale z góry skazana na niepowodzenie, bo trudno, by na 40 stronach udało się podjąć temat postaw ukraińskich sąsiadów, przemocy seksualnej, powojennych rozliczeń (ich braku) i jeszcze szeroko rozumianej pamięci. Autor jedynie sygnalizuje te zjawiska, gdy każde z nich zasługiwałoby na osobną książkę. 

Potencjał takiego niepodjętego rozwinięcia widać zwłaszcza przy kwestii udziału w mordach ukraińskich sąsiadów. Markowski jednoznacznie wykazuje, że ludobójstwo na Polakach było akcją zaplanowaną i prowadzoną przez OUN i UPA, ale wielokrotnie przytacza wzmianki o udziale w mordach Ukraińców z sąsiednich wiosek bądź wręcz sąsiadów. Jeszcze bardziej ewidentne jest to w przypadku grabieży polskiego mienia. 

Liczenie ofiar

Moje ostatnie uwagi mają charakter metodologiczny. Praca powstała w oparciu o imponujący materiał z archiwów polskich i ukraińskich oraz wspomnienia. Czego brak, to źródła niemieckie (Markowski sięga do nich tylko pośrednio, cytując dokumenty publikowane w tomach zbiorowych). Tymczasem np. prace Jareda McBride’a, historyka z USA zajmującego się Wołyniem, pokazują, że Niemcy uważnie śledzili to, co działo się między Polakami a Ukraińcami, a ich perspektywa jest istotna dla zrozumienia dynamiki wydarzeń. 

Kwestia druga: autor przyznaje, że część źródeł „kresowych” wymaga korekty, gdy idzie o liczbę ofiar, gdyż ją zawyża. Jednak sam często na nich bazuje. Np. krytycznie weryfikuje meldunek UPA, podający, że ofiar było kilkanaście i byli to sami mężczyźni, stwierdzając, iż to nieprawda, bo Polaków zginęło więcej, w tym kobiety i dzieci. Z przypisu okazuje się, że autor powołuje się na jedno opracowanie z nurtu „kresowego”. Domyślam się, że miał podstawy, by temu źródłu uwierzyć. Ale wiarygodność jego szacunków byłaby większa, gdyby w takich przypadkach odsłaniał swój warsztat metodologiczny. Transparentność byłaby tu atutem – i mogłaby też ukrócić ewentualną krytykę.

Bo liczenie ofiar – tych „naszych” i tych „z naszej ręki” – zawsze budzi emocje, jak pokazuje spór wokół tezy o 200 tysiącach Żydów zabitych rzekomo przez Polaków. Transparentność metodologii i podejścia do źródeł pozwoliłaby w takich przypadkach sprowadzić dyskusję na merytoryczne tory.

***

Wszystkie te uwagi nie zmieniają jednak konstatacji, iż książka ta jest w gruncie rzeczy pierwszą naukową próbą nadania osobnego statusu wydarzeniom galicyjskim. Tym, które w naszej zbiorowej wyobraźni istotnie pozostają w cieniu Wołynia. 

W cieniu Wołynia / Tygodnik Powszechny

DAMIAN K. MARKOWSKI „W cieniu Wołynia. »Antypolska akcja« OUN i UPA w Galicji Wschodniej 1943-1945”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2023.

Autorka jest socjolożką, pracuje w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN. Zajmuje się historią społeczną Polski i Ukrainy okresu II wojny światowej. W latach 2017-20 jej zespół nagrał ponad 150 wywiadów z najstarszymi mieszkańcami ukraińskiej Galicji. Obecnie koordynuje polską część projektu zbierania świadectw z wojny na Ukrainie.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru Nr 49/2023

W druku ukazał się pod tytułem: Antypolska akcja we wsi Barysz