Koniec emocji, zostały interesy. Jak zbudować normalne relacje z Ukrainą

Ukraina nie będzie naszym młodszym partnerem, a Polska nie będzie jej patronką na europejskich salonach. Coś się skończyło między Warszawą a Kijowem. I dobrze.
Czyta się kilka minut
Konferencja Euromajdan-Warszawa przed ambasadą Rosji. Warszawa, 9 maja 2026 r. // Fot. Przemek Wierzchowski / Reporter
Konferencja Euromajdan-Warszawa przed ambasadą Rosji. Warszawa, 9 maja 2026 r. // Fot. Przemek Wierzchowski / Reporter

Jeśli ktoś był w Ukrainie przy linii frontu lub w jednym z bombardowanych miast, ten poznał zupełnie inną rzeczywistość, w której przerwy w dostawach prądu i ogrzewania czy nocowanie w głębokich tunelach metra – stają się normalnością. To doświadczenie, którego nie da się przełożyć na realia funkcjonowania w Polsce. Wojna przebudowała Ukrainę, jej instytucje, społeczeństwo i jego elity oraz sposób myślenia o świecie. Wciąż nie do końca to do nas dotarło.

Ukraina uwierzyła, że jej błędy pozostaną bez konsekwencji

Polskie środowiska liberalne i lewicowe wypracowały w ostatnich latach wygodny język mówienia o Ukrainie. Każdy błąd ma swoje wytłumaczenie, każde zaniedbanie – okoliczność łagodzącą. Ukraina nie postępuje wobec Polski lekceważąco, ona po prostu „broni się w trudnych warunkach”. Nie ignoruje polskich interesów, tylko „ma inne priorytety”. Nie mami swojego społeczeństwa terminem wejścia do UE, tylko „komunikuje aspiracje”. Ta czuła narracja, chociaż uzasadniona, sprawia, że traktuje się dorosłe, uzbrojone po zęby państwo jak podopiecznego, któremu jeszcze nie wypada stawiać wymagań.

To jest mechanizm, jaki Polska zna aż za dobrze – w ten właśnie sposób, przez dekady, traktowały nas Niemcy. Głaskanie po głowie, uznanie w słowach, protekcjonalność w praktyce. Zawsze znajdował się dobry powód, żeby nie postrzegać Polski jako w pełni równorzędnego partnera: a to sprawy wewnętrzne, a to specyfika regionu etc. Odgrywamy wobec Ukrainy tę samą rolę, którą przez lata z takim trudem sami znosiliśmy.

Paternalizm nie jest wyrazem szacunku. Jest jego zaprzeczeniem. Skoro uznajemy Ukrainę za podmiotową, musimy przyjąć, że ma własne interesy, które realizuje, i własne błędy, za które ponosi odpowiedzialność. W przeciwnym razie nie traktujemy jej jak partnera, tylko jak beneficjenta naszej dobrej woli.

To podejście funkcjonowało jeszcze przed wojną, kiedy Warszawa chciała być „europejskim ambasadorem Kijowa”. Po pełnoskalowej inwazji Rosji stało się jeszcze wygodniejsze, bo pozwalało patrzeć na Ukrainę z góry – jako na biedniejszego, skorumpowanego kuzyna, który akurat prowadzi słuszną wojnę. Pozwalało również frazesami o partnerstwie przykryć oczywiste konflikty interesów.

Efekt jest taki, że Polska w tej relacji wyszła na kogoś, kto szczerze wierzył we wzajemność, jakiej po drugiej stronie nigdy nie było. Po pierwsze dlatego, że zasoby polskiej pomocy szybko się wyczerpały. Po drugie, bo Ukraina stwierdziła, że Polska jest na tyle podporządkowana Amerykanom, że można ją pominąć i rozmawiać wprost z USA, Niemcami czy Francją. To zrodziło w nas obawę, ale nie przed silną Ukrainą, tylko przed Ukrainą nieodpowiedzialną. Taką, która uwierzyła, że jej znaczenie wzrosło na tyle, że błędy popełnione wobec Polski pozostaną bez konsekwencji.

I nie jest to podejście pozbawione logiki. Przypomnijmy rok 2023, śmierć dwóch naszych obywateli w Przewodowie i lata unikania odpowiedzialności za ten wypadek; postawienie Polski w jednym szeregu z Rosją podczas sporu o zboże na forum ONZ; ostentacyjne lekceważenie Karola Nawrockiego w kampanii prezydenckiej; wzywanie Donalda Tuska na granicę; rozgrywanie polskich sporów wewnętrznych między rządem a Pałacem Prezydenckim.

Uhonorowanie jednostki wojskowej imieniem Bohaterów UPA, wbrew niepisanej umowie między Andrzejem Dudą i Wołodymyrem Zełenskim, było kolejnym krokiem na tej ścieżce. Skoro nie widać różnicy, to po co przepłacać?

Ukraina w Unii: dla niektórych środowisk w tym kraju to zagrożenie

Tyle tylko, że Ukraina jest dziś jednym z najbardziej paradoksalnych bytów politycznych. Jednocześnie posiada gospodarkę wielkości województwa mazowieckiego oraz armię, która ma wyjątkowe doświadczenie wojny pełnoskalowej i przemysł dronowy, którego Zachód dopiero się uczy.

Zarazem prawdą jest, że państwo ukraińskie bez zewnętrznego finansowania po prostu przestanie istnieć. Nie utrzyma ani wojska, na które przeznacza nawet 40 proc. PKB, ani administracji, o odbudowie nie wspominając. To także kraj z ogromnym kryzysem demograficznym. Jego siła jest więc całkowicie warunkowa, a mimo to istotna część ukraińskich elit zachowuje się tak, jakby uwierzyła we własną propagandę.

Widać to w zachowaniu prezydenta Zełenskiego. Deklarując początek 2027 r. jako datę dołączenia Ukrainy do Unii Europejskiej, wypowiada się z pewnością godną kogoś, kto naprawdę wierzy, że akcesja to kwestia dobrej woli, a nie faktycznego stanu ukraińskiego państwa.

Kijów lubi przy tym przedstawiać każdą polską wątpliwość jako przejaw nacjonalistycznej obsesji albo prorosyjskości, choć sprawa jest dużo prostsza: Ukraina nie spełnia dziś żadnego z trzech kryteriów kopenhaskich warunkujących członkostwo: nie ma stabilnych instytucji gwarantujących praworządność, nie posiada gospodarki rynkowej zdolnej sprostać unijnej konkurencji, a przyjęcie pełnego dorobku prawnego UE w obecnym stanie administracyjnym jest fikcją. To argument księgowy, nie emocjonalny.

Prawdopodobnie część ukraińskich elit wcale nie chce szybkiej akcesji, bo dobrze wie, co ta przyniesie: unijne procedury antykorupcyjne, kontrolę wydatków, przejrzystość zamówień publicznych. Dla środowisk, które przed i w trakcie wojny zbudowały sobie lukratywny system rozkradania pomocy i budżetu, członkostwo w UE jest zagrożeniem, nie nagrodą.

Ogromna danina krwi i niekwestionowane bohaterstwo Ukraińców nie sprawią, że Unia zmieni swoje procedury decyzyjne. Może to być odebrane jako niesprawiedliwość, ale współczucie nie jest walutą negocjacyjną w Brukseli. A im dłużej ukraińscy politycy karmią własne społeczeństwo złudzeniami, tym boleśniejsze będzie zderzenie z rzeczywistością. Efekt można przewidzieć – zbiorowe rozgoryczenie, a w najgorszej perspektywie narastający resentyment wobec Zachodu i podatność części społeczeństwa na narracje o konieczności porozumienia z Rosją.

Za butę Zełenskiego zapłaci Ukraina

W Kijowie już pojawiła się silna pokusa, by znaleźć kozła ofiarnego. Do niedawna taką rolę z powodzeniem spełniał Viktor Orbán, a w nowym castingu próbuje się ją nadać Polsce – sąsiadowi kłopotliwemu, rzekomo rozhisteryzowanemu i pogrążonemu w sentymentalnych sporach. Adresatem takiego komunikatu byłby zresztą nie tylko elektorat w Kijowie, ale i Paryż z Berlinem. Europejskie mocarstwa też mogą próbować przerzucić odpowiedzialność za blokadę europejskiej integracji na Warszawę. To wygodniejsze niż przyznanie wprost, że dołączenie kraju, który wraz z okupowanymi terytoriami jest większy niż kontynentalna Francja, zdestabilizuje już i tak niedecyzyjną w wielu kwestiach Wspólnotę.

– Ukraińcy myślą, że grają w innej lidze i że Polski nie potrzebują. No, to proszę bardzo, radźcie sobie sami z Paryżem, Berlinem i Waszyngtonem. Z pewnością pokażą Ukrainie, gdzie jest jej miejsce. My robimy krok w tył. Nie może być tak, że jesteśmy traktowani jak sojusznik ostatniej szansy – mówi mi jeden z wysokich urzędników polskiego MSZ.

Nie ma więc powrotu do tego co było, czyli budowania partnerstwa polsko-ukraińskiego na emocjach, niezależnie od tego, jak piękne one były. I piszę to z perspektywy osoby, która relacjonowała kryzys na granicy w 2022 r., widziała ukraiński front, a w międzyczasie pomagała uchodźcom jako wolontariusz. Każda relacja oparta na szczytowym uniesieniu prędzej czy później z niego spada. I zostają interesy: wspólne, oraz te, które nas dzielą.

Zełenski i jego otoczenie dokonali czegoś bezprecedensowego: zrazili do siebie ogromną część polskich środowisk, w tym tych najbardziej zaangażowanych w pomoc Ukrainie. I nie można zrzucać tu odpowiedzialności na rosyjską propagandę, obecną tak w Polsce, jak i w Ukrainie. Ona nie funkcjonuje w próżni. Gdyby Zełenski nie zachowywał się w sposób, który oficjalnie nazywa się już butą, a w kuluarowych rozmowach po prostu chamstwem, to tych sytuacji można by uniknąć.

Tak, Zełenski ugrał na sporze z Polską sondażowy zysk, szczególnie wśród wpływowych środowisk związanych z wojskiem. Być może dlatego, że chce jesienią przeprowadzić wybory, tak by legitymizować swoją pozycję przed negocjacjami z Rosją, które będą musiały się zakończyć terytorialnymi koncesjami.

Jednak w tym samym momencie Ukraina zraziła do siebie niemal wszystkie siły polityczne w Polsce. Jest to trwała szczepionka na polski sentymentalizm wobec Ukrainy, która sama zapłaci znacznie wyższą cenę – prowadzenie proukraińskiej polityki każdego kolejnego rządu w Warszawie będzie znacznie trudniejsze.

Ukraińskie elity wobec Polski: mieszanka lekceważenia i zazdrości

Szczególnie, że stare narracje przestają działać. Zełenski powtarza, że Ukraina broni nie tylko siebie, ale przede wszystkim Polski i Europy. Działało to znakomicie w 2022 i 2023 r., kiedy wspólne zdjęcie z prezydentem Ukrainy potrafiło skłonić zachodnich polityków do przekazania kolejnego wojskowego wsparcia. Dziś ta retoryka wywołuje głównie irytację. I to nie tylko nad Wisłą.

Ukraina broni przede wszystkim samej siebie, swojej państwowości i prawa do istnienia – i to jest zupełnie wystarczający powód, żeby ją wspierać, bez fikcji, że robi to głównie dla nas. Jeśli prezydent Ukrainy w to wierzy, niech spróbuje eksperymentu myślowego: przestać się bronić na 48 godzin i zobaczyć, jakie będą tego konsekwencje dla Polski, a jakie dla Ukrainy.

Z kolei w kwestii sporu wokół UPA Zełenski liczył chyba na to, że przedstawi Warszawę jako przedmiot cudzej narracji, zamiast świadomego podmiotu z uzasadnionymi zastrzeżeniami.

Tłumaczy to coś, o czym w polskiej debacie rzadko mówi się wprost: spora część ukraińskich elit, nie społeczeństwa, traktuje Polskę z mieszanką lekceważenia i zazdrości. Lekceważenia, bo dla Ukrainy nie byliśmy nigdy „prawdziwym Zachodem”, ale krajem przyspawanym gospodarczo do UE, a politycznie do USA. Zazdrości, bo Ukraińcy pamiętają, że w 1989 r. ich gospodarka oraz demografia wyglądały lepiej niż polskie, a mimo to Ukraina pogrążyła się w chaosie i zapaści. Polska zaś staje się 20. gospodarką świata.

Jeden z polskich dyplomatów w Kijowie ujął to tak: – Niemiec, Amerykanin, Francuz mogą być lepsi i bogatsi. Ale Polak już nie. Poza tym: jesteś przyjacielem, jak robisz dokładnie to, czego oni chcą. Inaczej jesteś antyukraiński. Idziemy do ściany i oni sobie tę głowę o ścianę rozwalą.

W polityce wewnętrznej Zełenski może dziś niemal wszystko, ale uwierzył chyba zanadto w rolę półboga. Tymczasem zejście z Olimpu jest nieuchronne. Skala korupcji na Ukrainie pozostaje ogromna, a heroizm ukraińskiego społeczeństwa i żołnierzy nie sprawił, że elity przestały rozkradać własne państwo. Ludzie z najbliższego otoczenia prezydenta mają na koncie poważne zarzuty korupcyjne, a na ujawnionych nagraniach potrafią się skarżyć, że „walizka wypełniona 1,5 mln dolarów jest bardzo nieporęczna”. Po zawarciu rozejmu, bo o trwałym pokoju trudno mówić, normalna polityka powróci. Wraz ze sprawami dziś zamiecionymi pod wojenny dywan.

Dla UPA nie ma miejsca w europejskim panteonie

Patrząc chłodno na relacje polsko-ukraińskie, da się je opisać poprzez trzy obszary interesów. Pierwszy to bezpieczeństwo, oparte na wspólnym zagrożeniu, bo Rosja nie zniknie. Drugi to gospodarka: naturalna konkurencja, a nie wojna. Transport, rolnictwo, przemysł spożywczy, kontrakty przy odbudowie. W dalszej perspektywie migracja, o którą oba kraje będą rywalizować.

Trzeci obszar, historia, nie jest równorzędny, ale może zniszczyć dwa poprzednie, jeśli zostanie rozegrany źle.

Jasne jest, że nigdy nie będzie dobrego momentu na rozliczenie ludobójstwa na Wołyniu. Trzy lata temu trwała wojna, za dwa lata będzie zapewne trwać odbudowa, za pięć negocjacje akcesyjne – zawsze znajdzie się argument, żeby odłożyć to na później.

Pamiętajmy jednak, że Polska też musiała zmierzyć się z własną, niewygodną historią. Potępienie polityki antyukraińskiej w II RP jest dziś bezdyskusyjne. Zbrodnia w Jedwabnem została uznana przez najwyższych urzędników w państwie i przebadana przez historyków posiadających swobodę w prowadzeniu swoich prac.

Skoro Chorwacja odeszła od kultu ustaszy, a na Słowacji nie czci się Jozefa Tisy, to Ukraina, jeśli poważnie myśli o europejskiej przyszłości, będzie musiała przejść przez podobny proces – w europejskim panteonie nie ma miejsca dla osób współodpowiedzialnych za ludobójstwo Polaków czy Holokaust.

Tyle że ci, którzy dziś w Polsce krzyczą najgłośniej, że Ukraina musi się rozliczyć ze swoją historią, to w znacznej mierze ci sami ludzie, którzy przez dwie dekady traktowali polską historię jak pole bitwy o honor, nie o prawdę. Dla nich rozliczenie się z Jedwabnem było „pedagogiką wstydu”, nie aktem narodowej dojrzałości.

Polska przez lata budowała swoją tożsamość międzynarodową na figurze niewinnej ofiary. To prawda, ale niepełna. Spora część prawicy właśnie tę niepełność pielęgnowała jako świętość. Teraz ci sami ludzie domagają się od Ukrainy dokładnie tego wysiłku, na który sami nigdy się nie zdobyli. Mają rację co do treści żądania, ale nie mają żadnego prawa moralnego, żeby je wygłaszać z pozycji wyższości wobec kraju toczącego wojnę przeciwko Rosji, która odmawia Ukraińcom prawa do istnienia.

Co będzie karmić ukraiński nacjonalizm po wojnie

Ostatnia kwestia. Czy istnieją silne przesłanki, by zakładać, że powojenna Ukraina będzie państwem stabilnym i zintegrowanym z Zachodem? Taki scenariusz jest pożądany. Nie jest jednak najbardziej prawdopodobny.

Ukraiński nacjonalizm będzie karmiony traumą wojny, setkami tysięcy ofiar, milionami ludzi z doświadczeniem bojowym, ich rodzinami i tymi, którzy wyjechali, lecz wcale nie będą mile widziani po powrocie. Trudno sobie wyobrazić skalę napięć w kraju stale zagrożonym przez Rosję, gdzie dawni sąsiedzi, żołnierze (czasem kalecy) oraz uchodźcy spotkają się na weselu albo pogrzebie, po latach rozłąki i z wzajemnymi pretensjami o to, że ktoś walczył, a ktoś uciekł. W kraju, w którym weterani będą stanowić ogromną grupę polityczną, broni w obiegu będzie mnóstwo, a wzrost przestępczości stanie się nieuchronną konsekwencją.

Nazywanie powyższego scenariusza „antyukraińskim” jest właśnie tym paternalizmem, o którym pisałem na początku – dojrzałego państwa nie chroni się przed nieprzyjemną prognozą. A jeśli liberałowie i lewica odmawiają rozmowy o realnych zagrożeniach, o przestępczości związanej z tysiącami uzbrojonych weteranów w kryzysie, o napięciach społecznych czy pierwszych aktach przemocy wobec Ukraińców w Polsce – nie sprawiają, że problem znika.

Sprawiają, że temat przejmuje ktoś inny, kto zbije na tym kapitał polityczny w przyszłorocznej kampanii. Największym zagrożeniem jest bowiem sprzężenie dwóch nacjonalizmów, które wzajemnie się napędzają. W tej spirali nie wygrywa ani Warszawa, ani Kijów – wygrywa ten, kto od początku wierzył, że się poróżnimy.

JAKUB BODZIONY jest zastępcą redaktora naczelnego „Kultury Liberalnej”

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29,90 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz
1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł