Z badań Centrum Mieroszewskiego, przeprowadzonych pod koniec zeszłego roku, wynika, że 39 proc. Polaków deklaruje pozytywny stosunek do Ukraińców mieszkających w Polsce, 15 proc. neutralny, a 35 proc. negatywny (dwie piąte spośród tej ostatniej grupy zaznacza, że przed wojną miało inną opinię). Zarazem stosunek Polaków do Ukraińców mieszkających w swej ojczyźnie jest lepszy – niechętnych jest o 15 punktów proc. mniej, a nastawionych życzliwie lub neutralnie – o 10 pkt proc. więcej.
Zwróćmy jeszcze uwagę, że za wspieraniem przez państwo polskie działań mających na celu zachowanie tożsamości narodowej Ukraińców w naszym kraju opowiada się jedynie 31 proc. respondentów, natomiast 20 proc. wprost wyraża nadzieję, że goście ze wschodu jak najszybciej zintegrują się z resztą społeczeństwa, a ich dzieci się spolonizują. Przy tym niezmiennie wyrażane jest oczekiwanie, aby jednym z głównych priorytetów polityki wobec Ukrainy było doprowadzenie do zaprzestania upamiętnień osób i formacji odpowiedzialnych za rzeź wołyńską.
Rzeczone dane, uzupełnione o wnioski z badań jakościowych, a także obserwacje z dyskursu politycznego czy medialnego, upoważniają do sformułowania kilku hipotez na temat źródeł ewolucji postaw Polaków.
Ukraińców w Polsce będzie więcej
Przede wszystkim wygasła emocjonalna mobilizacja z 2022 r., kiedy Polaków zszokowała brutalna rosyjska napaść na sąsiada oraz gwałtowny napływ ogromnej masy uchodźców. Przed oczyma jawiły się nam skojarzenia z wrześniem 1939 r., opowieści zasłyszane od rodziców, dziadków czy pradziadków. Chęć przeciwdziałania złu przełożyła się na przekonanie o potrzebie udzielenia wsparcia uchodźcom, często osobom starszym bądź kobietom z dziećmi.
Ukraina nie podzieliła jednak losu II Rzeczypospolitej i wytrzymała najsilniejsze uderzenie, pozyskawszy pomoc w sprzęcie – przede wszystkim z Polski. W kwietniu 2022 r. Rosjanie wycofali się z Kijowszczyzny i z północnych obwodów, a jesienią zostali wypchnięci z Chersonia. Wojna skoncentrowała się na Donbasie i ziemiach wzdłuż Morza Azowskiego. Uchodźcy w Polsce zaś zostali, w liczbie szacowanej na co najmniej milion, dołączając do imigrantów zarobkowych i studentów.
Jako że żyje u nas ponad sto tysięcy uchodźców z Białorusi, a także naturalizowanych Polaków pochodzenia ukraińskiego bądź białoruskiego, Polska przeistoczyła się w inny kraj: wieloetniczny, w którym osoby rosyjsko- i ukraińskojęzyczne stały się zauważalną częścią społeczeństwa.
Przedłużająca się wojna uświadomiła Polakom, że Ukraińcy nad Wisłą nie są tymczasowymi gośćmi. Pozostaną u nas, a kiedy Kijów pozwoli na swobodne przemieszczanie się mężczyznom w wieku poborowym, zapewne przyjedzie ich więcej. Integracja czy wręcz asymilacja z Polakami będzie jeszcze trudniejsza.
Zmiany społeczne same w sobie nie wywołałyby aż takiej korekty stosunku do Ukraińców, gdyby nie ujawniły się rzeczywiste problemy części z nich z przystosowaniem się do naszych norm kulturowych. Ukraińcy stali się pierwszą tak liczną grupą przybyszów w najnowszej historii Polski, więc nic dziwnego, że to na nich skupiła się uwaga opinii publicznej.
Szerokim echem odbiły się zwłaszcza takie incydenty, jak ostentacyjny wjazd młodego ukraińskiego blogera sportowym autem nad Morskie Oko oraz zuchwały akt kłusownictwa, dokonany pomimo protestów okolicznych spacerowiczów przez obywatela Ukrainy, który złowił dwudziestokilogramowego suma, będącego od lat atrakcją jednego z warszawskich stawów.
„Demokratyzacja debaty”, czyli walka o poklask gawiedzi
Kolejnym katalizatorem zmian jest wpływ platform społecznościowych na życie publiczne: destrukcyjny o tyle, że błyskawicznie upowszechniający negatywne emocje, a decydentów skłaniający do równie szybkiego komentowania każdej sprawy. Tradycyjne bezpieczniki – opiniotwórcze media stanowiące filtr między politykami a społeczeństwem – tracą systematycznie na znaczeniu.
Co gorsza, emocje te są niejednokrotnie generowane celowo, już to przez samych polityków, już to przez algorytmy platform społecznościowych, które przyciągają uwagę użytkowników dla zwiększenia wpływów reklamowych. Ubocznym efektem tych procesów jest „demokratyzacja debaty” w arystotelesowskim sensie – czyli jej prymitywizacja i zabieganie o poklask gawiedzi.
Jeśli nałoży się na to jeszcze dezinformację rozsiewaną przez struktury okołokremlowskie lub anonimów podchwytujących te narracje (niekiedy w dobrej wierze), a także ogromną polaryzację polityczną w Polsce – nie dziwmy się, że elity coraz częściej tracą zdolność bądź ochotę do korygowania, w imię racji stanu, postulatów wyrosłych na gruncie emocji społecznych, nawet tych zrozumiałych.
Do zmian w postawach Polaków przyczyniły się też błędy polityczne i komunikacyjne władz ukraińskich. Deficyt profesjonalnej ekspertyzy w sprawach polskich, przemęczenie niektórych ukraińskich decydentów zwiększające ryzyko błędów, a wreszcie specyfika ukraińskiej kultury politycznej, w znacznie mniejszym stopniu niż polska nasyconej idealizmem oraz sentymentalnie uwarunkowaną sympatią wobec sąsiada – wszystkie te czynniki sprawiły, że stosunek Kijowa do Warszawy był i jest nacechowany transakcyjnym pragmatyzmem.
Sprawia on, że stosunki z Polską są postrzegane nie przez pryzmat długotrwałych interesów strategicznych, lecz z perspektywy krótkoterminowych zysków dla państwa ukraińskiego lub jego władz.
Dodatkowo wśród części ukraińskich elit obecne jest przekonanie, nie zawsze artykułowane wprost, iż Polska jako historyczny hegemon nad ukraińskim narodem oraz kraj „nie w pełni zachodni” nie powinna i nie ma prawa pouczać Ukraińców. W efekcie Kijów popełnia w czasie wojny błąd za błędem, rujnując zaufanie naszych elit.
Wspomnijmy tylko o braku przeprosin za śmierć polskich obywateli od ukraińskiej rakiety w Przewodowie (i publicznym obstawaniu przy wersji, iż rakieta była rosyjska), albo o ataku prezydenta Zełenskiego na forum ONZ, gdy porównał Polskę sprzeciwiającą się napływowi do UE ukraińskiego zboża, do aktora w rosyjskim teatrze. A było jeszcze obstawanie przy moratorium na udzielanie polskim instytucjom zgód na prace poszukiwawcze i ekshumacyjne – proces ten został odblokowany dopiero jesienią 2024 r.
Polityka pamięci na Ukrainie
Wszystko to utrudniało pozyskiwanie legitymizacji społecznej dla proukraińskiej polityki prowadzonej przez kolejne polskie rządy. Dodawało zaś argumentów siłom, które albo same zaczęły opierać agitację polityczną na haśle niewdzięczności Ukrainy za polską pomoc, albo adaptowały retorykę do zmieniających się nastrojów.
Pierwszą ofiarą tej zmiany padli ukraińscy uchodźcy, którym zaczęto ograniczać pomoc i przywileje, niekiedy w sposób gwałtowny. Uszczupliliśmy przy tej okazji zdolności państwa polskiego do odgrywania istotniejszej roli w rozmowach o warunkach hipotetycznego rozejmu i bezpieczeństwie Europy Środkowo-Wschodniej. Brak akceptacji społecznej dla ewentualnego wysłania polskich sił zbrojnych na Ukrainę (w ramach misji stabilizacyjnej) ograniczył pole manewru naszej dyplomacji oraz osłabił zdolność Warszawy do współkształtowania debaty o przyszłej architekturze bezpieczeństwa regionu.
W jeszcze większym stopniu na stosunek Polaków do Ukraińców wpłynęła polityka pamięci Ukrainy, która od niemal dwudziestu lat konsekwentnie ignorowała lub bagatelizowała nasze zastrzeżenia co do heroizacji osób odpowiedzialnych za czystki etniczne polskiej ludności Wołynia i Galicji Wschodniej. Rok 2007 to pośmiertne nadanie tytułu Bohatera Ukrainy Romanowi Szuchewyczowi, a w 2010 r. – Stepanowi Banderze (po Euromajdanie stali się oni patronami ulic w Kijowie, co dowodzi, że apologetyczny stosunek do OUN i UPA przekroczył granice Ukrainy Zachodniej).
Rok 2015 to z kolei uchwalenie ustawy przewidującej sankcje za publiczne podważanie autorytetu i okazywanie pogardy uczestnikom walki o niepodległość Ukrainy, wzmocnione w 2018 r. uznaniem hymnu OUN „Zrodziła nas wielka godzina” oraz zawołania „Chwała Ukrainie – Bohaterom chwała” za część symboliki Sił Zbrojnych Ukrainy.
Owszem, gdy do władzy doszedł Wołodymyr Zełenski, „banderyzacja” przestrzeni publicznej została zahamowana. Tyle że w 2023 r., w 80. rocznicę kulminacji ludobójstwa, ukraiński przywódca nie zdobył się na żaden istotny gest wobec rodzin wołyńskich, a w latach 2025-2026 rozpoczęto nadawanie wojsku patronów związanych z UPA.
Reakcją na wszystkie te działania stała się coraz większa radykalizacja opinii publicznej w Polsce, a także kolejne uchwały Sejmu przypominające o ofiarach wołyńskiego ludobójstwa – wreszcie penalizacja negacjonizmu zbrodni ukraińskich nacjonalistów oraz członków formacji kolaborujących z III Rzeszą. Tlące się od dawna zarzewia konfliktu wybuchły płomieniem 26 maja 2026 r., gdy doszło do nadania jednemu z oddziałów sił specjalnych ukraińskiej armii miana „Bohaterów UPA”.
Lista polskich błędów nie jest wcale krótka
Już dwa tygodnie po wybuchu skandalu ponad połowa Polaków deklarowała, że ich stosunek do Ukrainy pogorszył się. W tym samym czasie deklaracja prezydenta Karola Nawrockiego o możliwym odebraniu Orderu Orła Białego Zełenskiemu wywołała emocjonalne reakcje ukraińskich komentatorów, krytykujących samą tendencję do ingerowania Polski w ukraińską pamięć historyczną.
Potwierdzały one w oczach wielu Polaków przekonanie, iż ogromna część ukraińskich elit i komentatorów nie dostrzega w ogóle moralnego problemu heroizacji UPA i zbrodni na Wołyniu. W efekcie kwestia ta stała się dla sporej części polskiej opinii publicznej głównym filtrem postrzegania Ukrainy.
Na jej stosunek do Ukraińców wpłynęła też polityka naszego państwa wobec uchodźców oraz postawa polskich elit wobec Ukrainy. O ile gesty poczynione zaraz po wybuchu wojny pod adresem straumatyzowanych ukraińskich uciekinierów były politycznie rozsądne, a moralnie chwalebne, zaświadczając o solidarności zarówno ze strony naszych władz, jak i społeczeństwa – to jednak z kilkuletniej perspektywy widać też pewne błędy.
Dość wspomnieć choćby o zwolnieniu aut z ukraińską rejestracją z obowiązku przechodzenia przeglądów technicznych w Polsce lub o niewystarczającym egzekwowaniu od ukraińskiego personelu medycznego znajomości języka polskiego. Nie od razu wprowadzono też konieczność realizacji obowiązku szkolnego ze strony ukraińskiej młodzieży – poprzez polski system szkolny.
Na to nałożyła się kultura emocjonalnej przesady, charakterystyczna dla naszych elit pragnących, by np. pisać „w Ukrainie”, a nie „na Ukrainie”, ze względu na odczucia de facto garstki ukraińskich aktywistów oraz jednej deputowanej do Rady Najwyższej, która nadesłała egzaltowaną prośbę do Rady Języka Polskiego o zmianę naszych norm językowych.
W odbiorze części społeczeństwa były to wszystko dowody, iż nasi decydenci zapomnieli, że ich pierwszorzędnym obowiązkiem jest dbanie o interes Polaków, a nie Ukraińców.
W Polsce budzą się upiory nacjonalizmu
Wreszcie czynnik ostatni – nie mniej ważny niż poprzednie, choć bolesny do zdiagnozowania. To polski nacjonalizm.
Wiara w Boga i Jego Ewangelię ustępuje wierze w naród i jego honor. Przekonanie o potrzebie kierowania się katolicką nauką społeczną jest zaś zastępowane bezwzględną lojalnością wobec interesów własnej wspólnoty, dodajmy – definiowanych przez samych nacjonalistów. Wraz z osłabieniem wiary chrześcijańskiej i autorytetu Kościoła naturalne dla ludzi pragnienie bezpieczeństwa kulturowego i poczucia solidarności grupowej coraz częściej znajduje ujście w owej świeckiej religii.
Co gorsza, nie zawsze jest to nacjonalizm polityczny, ale czasem wręcz etniczny, odrzucający założenie, iż Rzeczpospolita Polska musi traktować równo wszystkich swoich obywateli, i sugerujący, że ukraińskie pochodzenie stanowi wystarczającą podstawę do podejrzeń o nielojalność wobec wspólnoty narodowej.
Jednak wbrew popularnym (zwłaszcza na Ukrainie) opiniom, większość Polaków nie uległa nacjonalistycznej agitacji lub przekonaniu o wyższości cywilizacyjnej nad narodami Europy Wschodniej – można natomiast skonstatować coś innego. Otóż niektóre osoby uznały, iż klimat społeczny zmienił się na tyle, że wolno im już ujawniać w przestrzeni publicznej swoją ksenofobię i antyukraińskie uprzedzenia. Więcej, wolno im też nękać społeczność ukraińskich migrantów, w ogromnej większości ciężko pracujących, podejmujących trud nauki języka i poszanowania polskiej obyczajowości.
Socjologowie wskazują również na rywalizację o miejsca pracy oraz na lęk przed objęciem działaniami wojennymi Polski; co poniektórzy sądzą bowiem, że bez wsparcia dla Ukrainy i pomocy dla uchodźców Polska byłaby dziś bezpieczniejsza.
Niektórzy komentatorzy, zwracając uwagę na większą niechęć wśród młodszych pokoleń w porównaniu do tych starszych, wiążą ją z westernizacją naszego społeczeństwa, uwiądem pamięci o związkach kulturowo-historycznych Polski i Ukrainy, oraz osłabieniem postaw empatycznych wśród ludzi, którzy nie zaznali nigdy niedostatku. Inni spekulują nawet o rywalizacji między młodymi Polkami a Ukrainkami o partnerów. Na pewno wiele z tych procesów jest świadomie wzmacnianych przez Rosję, dla której pogorszenie stosunków polsko-ukraińskich to bardzo ważny cel polityczny.
Używając obrazowej metafory, relacje polsko-ukraińskie są dziś niczym pole rozpościerające się między dwiema sąsiednimi wsiami, z których jedna jest stosunkowo zamożna, a druga biedna (i do tego atakowana przez bandę piromanów). Można by czerpać z niego obfite plony, tyle że pod ziemią wciąż kryją się korzenie dawnych krzywd.
Nie stanowią zagrożenia, dopóki pole jest obrabiane przez odpowiedzialnych rolników. Gdy jednak ich zabraknie, odrastają chwasty wzajemnych pretensji, pogardy i narodowej tromtadracji. Jeśli nie będziemy ich cierpliwie plewić, tylko ulegniemy pokusie ich wypalania, ryzykujemy, że ogień zajmie nie tylko nasze pola, ale i domy.
ŁUKASZ ADAMSKI jest historykiem, analitykiem spraw międzynarodowych, dyrektorem Centrum Dialogu im. Juliusza Mieroszewskiego
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.






