Polskość nie jest jedna. Jak odkrywałam Ziemie Odzyskane

Oswajanie miejsca nie musi być czynieniem go wyłącznie swoim. Może też oznaczać respektowanie jego dziedzictwa, rozumienie jego obcości, świadomość granicy pomiędzy moim światem i światem innego.
Czyta się kilka minut
Filharmonia im. Mieczysława Karłowicza. Elewacja budynku podświetlona na niebiesko w ramach Światowego Dnia Świadomości Autyzmu. Szczecin, 2 kwietnia 2023 r. // Fot. Cezary Aszkiełowicz / Agencja Wyborcza.pl
Filharmonia im. Mieczysława Karłowicza. Elewacja budynku podświetlona na niebiesko w ramach Światowego Dnia Świadomości Autyzmu. Szczecin, 2 kwietnia 2023 r. // Fot. Cezary Aszkiełowicz / Agencja Wyborcza.pl

W 1991 r. przyjechałam z rodzicami i bratem do Polski. Na chwilę, na kilka lat. Spędziłam tu, jak dotąd, trzydzieści pięć, a o nadanie mi polskiego obywatelstwa wystąpiłam dopiero dekadę temu. Język opanowałam wcześnie, chodziłam do polskich szkół, studiowałam po polsku, miałam tu przyjaciół i rozmaite relacje, polskość była moją drugą skórą, choć zawsze przedstawiałam się jako Bułgarka

W sensie geograficznym przekroczyłam kilka granic, ale znalazłszy się tu w ostatniej dekadzie XX w., przekroczyłam przede wszystkim granice tego, co znajome, zostałam wrzucona w coś nowego i nieoswojonego. Tamta epoka również była graniczna. Właśnie skończył się jeden ustrój, rozpoczęła się budowa nowej rzeczywistości.

Jak oswajałam polskość

Dla tych, którzy zasiedlali obszary objęte powojenną zmianą granic, czyli tzw. Ziemie Odzyskane, to doświadczenie było zapewne zupełnie inne, niemniej jedno może je łączyć z moim – przybycie, oswajanie i życie pośród czegoś poniekąd obcego. Choć życie osadnika zaczyna się od nowa, to nigdy nie wkracza w pustkę, tylko buduje własną historię w miejscu, które miało już cudzą.

Oswajanie polskości dla mnie jako dziecka odbywało się przez drobne gesty – mimowolną naukę języka podczas zabawy, interakcje z paniami w przedszkolu, obserwację otoczenia, wdrażanie się w tutejsze rytuały. Dość szybko zaczęłam postrzegać rzeczy lub zjawiska jako „polskie”. Układało się to w jednorodny obraz tego, że coś jest charakterystyczne, „tutejsze”. Dostrzegałam różnice względem mojego kraju pochodzenia – w krajobrazie, potrawach, sposobach obchodzenia się z przedmiotami, nawet w oczekiwaniach wobec dzieci. Od rzeczy oczywistych dzieliła mnie niewidzialna granica.

Opowieść o drodze na zachód

Kiedy prawie dziesięć lat temu trafiłam na książkę „Granica” nieznanej mi autorki o bułgarsko brzmiącym nazwisku, coś mnie w tym tytule uderzyło. „Być może wszystkie granice brzmią na falach podświadomości – ostatecznie to tutaj materia rzednie” – pisała Kapka Kassabova (przeł. Maciej Kositorny). Co to znaczy, że materia rzednie właśnie tam, gdzie różnic doświadczamy w sposób jak najbardziej konkretny i materialny – w kształtach budynków, w architekturze przestrzennej, w przedmiotach, w drobiazgach, które zdradzają swoją obcość, przeszłość oraz historię jej mieszkańców?

Opowieść o podróży Kassabowej po bułgarsko-turecko-greckich terenach przygranicznych przyciągnęła mnie najpierw przez to, że jest historią miejsc, z których pochodzą moi przodkowie. Autorka wędrując przez nieomal opuszczone już wioski, wsłuchiwała się w opowieści mieszkańców – tych, którzy byli tu od zawsze, tych, którzy uciekali, wracali, a ich przynależność determinowały nie tyle wybory osobiste, co tektoniczne ruchy wielkiej historii. 

Kolekcjonowała opowieści o tych, którzy uciekali z bloku wschodniego, narażając życie z nadzieją na coś lepszego – kiedyś. A dziś – opowieści tych, którzy obierali kierunek odwrotny – ku Europie, w nadziei na lepszą przyszłość. 

Jak odkrywałam polskie tajemnice

Kassabova pisała o tych miejscach na peryferiach, miejscach styku, miejscach naznaczonych mitami nowożytnymi i starożytnymi, którym nadała miano „psychicznie namagnetyzowanych”. Zaludnionych przecież przez konkretnych ludzi, czasem podobnych, czasem całkiem różnych, ale przecinających się w tej przestrzeni, tworząc historie nawarstwiające się przez kolejne dekady. Przez te tereny przetaczały się osobiste losy, kształtowały różne tożsamości, dla jednych zaczynało się tu nowe życie, dla innych coś kończyło się bezpowrotnie.

Tymczasem ja, wraz z rodziną, znalazłam się w polskiej stolicy – w polskim „centrum”, na początku nowej epoki. Zmieniło się jednak nie tylko moje miejsce. Dla dziecka przybyłego z Bułgarii Polska dała się odczuć – choć wówczas jeszcze o tym nie wiedziałam – również jako przestrzeń „psychicznie namagnetyzowana”. Jej losy nabierały dla mnie kształtu powoli, a jej tajemnice odsłaniały się przede mną stopniowo. 

Jako zewnętrzna obserwatorka byłam cały czas na pograniczu. Kiedy słyszałam komentarze rodziców o architekturze niektórych miast albo ich niemiecko brzmiących nazwach, przeczuwałam jakąś inność, ale nie całkiem rozumiałam, co to znaczy. Niemieckie w Polsce? Byłam za mała, żeby to pojąć. A jednak przez te drobiazgi przedzierało się echo pogranicza, krusząc powoli obraz wyobrażonej przeze mnie polskiej spójności.

Co widać na pograniczu

Granice państw bywają także granicami czasów. Tak jak Kassabova opisuje pogranicze jako miejsce, w którym zagęszczają się historie, tak ziemie przyłączone do Polski po II wojnie światowej stały się dla mnie soczewką polskiej niejednorodności. Pokazują, że oswajanie miejsca nie polega na wejściu w pustkę, lecz na zamieszkaniu wśród śladów, przeszłych żyć i cudzych historii. Tym samym ziemie odzyskiwane nie dają się pomyśleć wyłącznie w kategoriach narodowościowych. To historie zamieszkiwania, pamięci, budowania życia na nowo.

W otwierającej najnowsze wydanie specjalne rozmowie Beaty Chomątowskiej Karolina Ćwiek-Rogalska nie przypadkiem nazywa Ziemie Odzyskane po prostu „Ziemiami”. Tymi, które stały się częścią polskiej mozaiki, na którą składają się place zabaw powstałe na miejscach dawnych cmentarzy albo kapliczki, przy których ludzie modlą się, nie wiedząc, że pod figurą Maryi znajdują się niemieckie nazwiska poległych żołnierzy. 

Oswajanie miejsca, zadomowienie się jest tak samo dialogiem z przeszłością, jak i pytaniem o przyszłość, którą można sobie w tym miejscu wyobrazić. Ślady innych nie znikają, czasem przestajemy je jednak zauważać.

Pojawiając się, wchodzimy w interakcję tak samo z przestrzenią, jak i z czasem. Przypomniał mi się Sebald, którego bohaterowie, wędrując, odkrywają archiwa w otoczeniu i przedmiotach, widzą zapętlenia czasu. 

Jego bohater, Austerlitz, powiada: „kiedy na przykład idąc przez miasto, zaglądam na jedno z tych cichych podwórek, gdzie od dziesiątków lat nic się nie zmieniło, czuję niemal cieleśnie, jak strumień czasu spowalnia w polu grawitacji zapomnianych rzeczy. (…)  A czy nie można sobie wyobrazić, że mamy umówione spotkania także w przeszłości, w tym, co już było i po większej części przeminęło, i mamy tam odszukać miejsca i osoby, które niejako poza czasem, pozostają z nami w jakimś związku?” (przeł. Małgorzata Łukasiewicz). 

Te ruchome przestrzenie naznaczone są specyficzną kondensacją czasu, bo niosą pamięć przeszłości, a teraźniejszość to chwila, w której bierzemy odpowiedzialność za to, co zastaliśmy.

Jak się zadomowiłam

Aby przybysza można było mianować tubylcem – ten proces nie ma chyba konkretnego czasu trwania. Historia ziem włączonych do Polski po zmianie granic to też różne historie kolejnych zamieszkujących je pokoleń. Wpierw tych, którzy się tu osiedlili, zostawiwszy za sobą swoje dotychczasowe miejsca i życia. Następnie tych, którzy się w tym miejscu urodzili, ale często otrzymywali w spadku poczucie tymczasowości i kruchości ich przynależności do miejsca. Potem kolejnych, dla których stopniowo zanika pamięć o różnicy, a znajome jest tylko to, co na miejscu.

Nie mam pojęcia, czy migranta kiedykolwiek opuszcza poczucie tymczasowości. Poczucie niepewności przypisane jest przybyciu w nowe miejsce. Spojrzenie w stronę tego, co utracone, nadzieja na budowanie tego, co przyszłe, ale i nieustająca czujność, a może czasem wyczekiwanie związane z przekonaniem, że to rozwiązanie chwilowe i prowizoryczne. Dla kolejnych pokoleń jest jednak doświadczenie wrastania, z pamięcią o historii, ale z myśleniem o przyszłości.

Przez lata przeciwstawiałam tymczasowości wyobrażenie stałości. Myślałam, że zadomowienie oznacza odzyskanie tego, co zostawiłam za sobą: języka, kultury, melodii, miejsc, przedmiotów. Jednak zakorzenienie oznacza również decyzję o związaniu swojej przyszłości z danym miejscem. Przez budowanie relacji i myślenie o tych, którzy przyjdą po mnie. To łączenie pamięci o różnych czasach i możliwość stwarzania nowego.

Co to znaczy „być stąd”

Przez lata myślałam też o Polsce jako o miejscu, do którego przyjechałam, ale trudno mi było o niej myśleć jako o domu – właśnie przez doświadczenie różnicy, ten rodzaj wyobcowania i niepewności, kiedy czuje się, że coś nie jest moje i zamienia się to w „nie znam, nie rozumiem, nie mam prawa”. Tym bardziej trudno było wypowiadać się niejako „z zewnątrz” o tym, czym jest zadomowienie się ludzi o zupełnie innych losach i biografiach na Ziemiach. 

Odkrywam jednak, że paradoksalnie wrastanie nie wiąże się z odzyskiwaniem pamięci ani z tłumaczeniem przeszłości na teraźniejszość, ale z projektowaniem siebie w przyszłość, z poczuciem „jestem stąd”, „mam prawo”, „mogę budować”, „mieszkam tu, tak jak inni mieszkali”. Wtedy przeszłość nie znika, ale nie przesłania innych warstw, a czas – jak u Sebalda – ze sobą współistnieje.

Oswajanie miejsca nie musi być czynieniem go wyłącznie swoim. Może też oznaczać respektowanie jego dziedzictwa, rozumienie jego obcości, świadomość granicy pomiędzy moim światem i światem innego. Zarazem Ziemie Odzyskane i tajemnice, które zaczęła odsłaniać przede mną Polska, rozbiły obraz jednolitego bytu, który sobie zbudowałam, a może został mi podsunięty w warszawskiej szkolnej ławce w latach 90. 

Dopiero później zaczęłam rozumieć, że polskość składa się również z doświadczeń przybycia, przesiedlenia i życia na styku różnych pamięci. To zaprzeczyło intuicji, że wrosnąć w polskość to rozpoznać jeden kod, z którym mogłabym się mniej lub bardziej utożsamić. Przybycie jest jedną z form istnienia, tak samo tu, jak i wszędzie indziej.

Kassabova pisała o tym, że „nikomu z nas nie uda się uciec przed granicami – między nami samymi i innymi, między zamierzeniem a czynem, śnieniem i przebudzeniem, życiem i śmiercią. Być może ludzie pogranicza mogą powiedzieć nam coś o przestrzeniach pośrednich”. Przestrzenie pośrednie mogą być domem: miejscem, gdzie cudza przeszłość i nasza przyszłość pozostają ze sobą w dialogu, a przedmioty i miejsca zyskują nowe znaczenia, nie tracąc pamięci o tym, czym były wcześniej.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29,90 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz
1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł