„Oni tak specjalnie robią, żeby nikt nic nie usłyszał” – poirytowała się pani stojąca obok na peronie, gdy z głośnika zabrzmiał tradycyjnie niewyraźny komunikat. Zgodziłam się z nią w cichości ducha, bo też nigdy nie rozumiem ani słowa z ogłoszeń stacyjnych, choć założyłam, że to raczej ponury żarcik niż wymyślna teoria spiskowa. W moim przypadku zresztą też niespodziewany paradoks, bo ze względu na problemy z rozróżnianiem dźwięku od szumu przypadkowe strzępki cudzych wypowiedzi prawie nigdy nie wpadają mi w ucho. Można powiedzieć, że otrzymałam naturalny dar dyskrecji i dyskwalifikację do szpiegostwa – nawet jeśli uda mi się coś podsłuchać, to i tak zrozumiem z tego głównie „szszsz”.
Oznacza to również, że choć dużo i często jeżdżę koleją, jestem całkowicie poza zasięgiem gatunku „anegdoty podróżnej”, która napędzana jest wyraźnie, by pożyczyć sobie tytuł znakomitej książki Andrzeja Banacha, potrzebą egzotyki. Swego czasu były one modne: oto elokwentny człowiek jechał sobie pociągiem i dziwił się współpasażerom, bo też dziwnym trafem za każdym razem spotykały go domagające się zapisu cuda niewidy, wędrowni mędrcy, poeci, kłótnie godne „Sprawy dla reportera”, przybysze z dalekich stron świata, biesiadnicy częstujący trunkami itp., przede wszystkim zaś wszyscy byli niesłychanie skłonni do interakcji ze współpasażerami. Nie wiem, gdzie można napotkać takie awanturnicze przygody, bo w pociągach, którymi ja podróżuję, czy są to Koleje Regionalne, czy ekspresy, jadą ludzie zmęczeni i żądni spokoju, którzy drzemią lub patrzą w swoje telefony. Najbardziej sensacyjnym zdarzeniem, jakie odnotowałam w trasie, był fakt, że pewien człowiek siedzący koło mnie zjadł na raz cały słoik ćwikły i faktycznie zapamiętałam to na długie lata.
Ale ostatnio zauważyłam coś niespodziewanego. Czekało mnie kilka podróży różnymi połączeniami i pomiędzy różnymi miejscowościami. Trasy te scalił jednak pewien charakterystyczny rekwizyt. Za każdym razem ktoś niedaleko mnie, i zazwyczaj był to ktoś młody, z uwagą rozwiązywał krzyżówki.
Gdy zobaczyłam to za pierwszym razem, uznałam za sympatyczne, choć nietypowe. Krzyżówkowiczów w wieku szkolnym czy studenckim spotykałam jednak w każdym pociągu, zupełnie jakby brali udział w jakiejś zorganizowanej akcji. Bardziej prawdopodobne jest jednak, że po prostu niezależnie od siebie odkryli nową rozrywkę. Może, znudzeni scrollowaniem, znaleźli coś, co zapewnia odprężenie, a zarazem to przyjemne uczucie skupienia, satysfakcji płynącej ze stopniowego rozwiązywania zagadki i, jak to niegdyś mawiano, łamania głowy.

Krzyżówki są wszechobecne, poczciwe i niedrogie. Dla wielu ludzi starszej daty to właśnie one, obok teleturniejów, były znakomitą drogą samokształcenia. Zapewniam, że nie ma mocnych na starszych krzyżówkowiczów, nawet jeśli nie mają matury. Krzyżówkowe broszurki wyglądają też zazwyczaj podobnie. Przy odrobinie determinacji samemu można nawet trafić na okładkę, jak Quebonafide czy Adelajda Truścińska. Można na nich polegać: z całą pewnością gdzieś wśród dwustu panoramicznych natrafimy na „krzyżówkową papugę” na trzy litery i „jacht Teligi” na cztery. Są zawsze z nami i zasada ich rozwiązywania zasadniczo się nie zmienia, choć oczywiście na ryzykantów czekają wirówki i moja osobista nemezis (za to specjalność mojej siostry), czyli jolki.
Przede wszystkim wymagają jednak, oprócz wydania kilku złotych, użycia zasobów, które i tak mamy w naszych głowach. To łączy je z zajęciami takimi jak spacery, domowa gimnastyka czy techniki relaksacyjne: niewielkim nakładem zyskujemy bardzo wiele, nie musząc korzystać z kosztownego instruktażu, kursu czy kupować specjalistycznego sprzętu. Jednocześnie zaspokajają potrzebę odprężenia, samodzielności, ale także pewnego sprytu. Może też dlatego zajęcia te bywają czasami niesprawiedliwie dyskredytowane, bo jak coś tak fajnego i pożytecznego zarazem, jak zdobywanie wiedzy ogólnej, może być tak niedrogie i dostępne od ręki?
W ogóle się nie dziwię kolejowym krzyżówkowiczom. Myślę, że mogę sobie wręcz wyobrazić doznanie „eureki”, gdy uświadamiamy sobie, że coś tak przyjemnego znajdowało się cały czas w zasięgu ręki. To frajda, której można wręcz pozazdrościć.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















