Tłuszcz, pociąg regionalny mazowiecki. Konduktor: „Szanowni państwo, z przyczyn niezależnych doszło do zatrzymania pociągu”. Gość spod drzwi, nerwowo: „Widzimy. Kwadrans temu wam doszło”. Każą nam przesiąść się do innego składu. Siedzimy w nowym, czekamy. Idzie drugi konduktor. Starsza spod okna: „Wymagam uzasadnienia”. „Że co pani chce?”. „Powodu zatrzymania”. „Zmiana składu”. „To nie powód. To już piąty raz w tym miesiącu”. Gość z rowerem do starszej: „Uzasadnienia pani chce? W Polsce???”. Starsza: „Będę reklamować bilet”. Kobieta z koszykiem jaj: „Co se pani nerwy strzępi”. „Tak nie może być!”. „Co nie może, jak jest. Dojedziem kiedyś”. Staruszek z laską: „Ja pani doradzę. Moja żona świętej pamięci mówiła, że trzeba z pokorą znosić i ofiarować za grzeszników”. Starsza: „Zatrzymanie składu? Ludzie, ja nie chcę rekolekcji, ja chcę reklamacji!”. Z peronu dobiega: „Ugrzęzłam w Tłuszczu, w Tłuszczu ugrzęzłam!”. Idzie drugi konduktor. Starsza: „Miałam być w Warszawie na czas”. Konduktor: „Też mam swoje marzenia”.
Chrzęsne, wysiadam na dworcu i ruszam ulicą Karskiej ku Pałacowej. Teren otwarty, niskopienny (domy szpalerem), z rzadka dróżki boczne – nieliczne dopływy głównej arterii. Zbaczam w jedną. Inaczej się tu gospodaruje przestrzenią niż w warszawskim ścisku: jakby to akurat było tanie. Może tylko to. Staję przy ogrodzeniu. W głębi podwórka wózek inwalidzki przy nadprutym pluszowym fotelu. A we wnęce fotela staruszka – drobna, nieruchoma, zapadła w siebie jak lalka ze szmatek. „Żyje?” – myślę i nie mogę odejść.
Pies wyczuł intruza. Z domu wybiegł gość w moim wieku, w wymiętej koszulce: „Ahaha, nareszcie coś się dzieje”. Śmieję się. „Przepraszam, wszyscy jesteśmy niedomyci, za dużo zmartwień”. „Jasne”. „Pani nie stąd?”. „Nie, na konferencję”. „A, tam, te pałacyki?”. „Ano”. „No i fajnie”. Pies w podnieceniu ciągle napiera na siatkę. Łapie go i trzyma w ramionach: „Masz się z nami, co? Staruchy się nie ruszają, to musisz na kogoś zapolować”. Oboje się śmiejemy. A on raptem zaczyna płakać: „To nie jest dom dla młodych psów”. I znienacka stężała powaga: „To nie jest dom dla życia”. „Uhm, jasne”. Spojrzał na mnie kategorycznie: „My tu, pani, nie do patrzenia. My daleki kraj”. Cofnął się w głąb podwórka. „Chodź, dziecinko” – wziął staruszkę na ręce i zatrzasnął drzwi.
Tramwaj 11, dwie starsze. „Druga tura będzie”. „Pani Olu, miałam nadzieję, że zmądrzeli”. „Nerwów nie mam”. „No ale przecież widzą, kto jest kim...”. „Ja pani powiem, dla mnie niesamowite, że ludzi te gęby nie odpychają”. „Prawda? Toż znać od razu...”. „Ja się pani zwierzę publicznie: mnie Braun się podoba”. „O!”. „Mężczyzna! I taką ma mimikę naturalną. I polszczyznę! Wie pani, człowiek się czuje u siebie”. „W rodzinie”. „Właśnie! Bo ja z Karolem mam problem w tych kwestiach. Jakoś mnie jego uśmiech niepokoi...”. „Aha”. „Wiadomo, też jest moralny, bo nasz...”. „Nasz”. „...ale jakby prezes naznaczył Brauna, to ja bym go brała”. „Aż tak?”. „Bije od niego spokój”. „Tak!”. „A jak się zezłości, to jak Jezus w świątyni”. „Z gaśnicą”. „Szkoda, że musiałam na Karola”. „Prezes wie, co robi”. „Ale kiedyś może...”. „Może przyjdzie czas na młodych...”. „Grzegorz pokaże”. „Oby został Ministrem Oświaty”. „Na pewno, z tą natchnioną twarzą...”. „I pomyśleć, że jakaś żona ma szczęście mieć takiego męża”. „Dla wyrazu oczu”. „Zarostu”.
Autobus 118, dwie w wieku wczesnostudenckim. „Zaręczyliście się z Maćkiem?”. „No tak”. „Jej, Marta, po co?”. „No nie wiem, ja go biorę serio w sumie”. „A to do tego są konieczne zaręczyny?”. „Niby nie, ale ja jestem staroświecka w sumie. Wolę z papierem”. „A twoja mama?”. „Daj spokój, już czeka na dzieci”. „A ty?”. „Nie chcę rodzić w sumie. Dzieci są obrzydliwe”. „No co ty!”. „Są. Poza tym umrę przy porodzie”. „Eee, weźmiesz pigułki na lęk”. „Są takie?”. „Nie bierzesz psychotropów?!”. „Staroświecka jestem w sumie”. Pauza. „Ech. Pogadaj z matką, żeby cię nie poganiała, ok?”. „Nie. Wyjadę”. „Jejku, Marta, gdzie?!”. „Ja wyjadę, jak mnie zacznie dociskać”. „Lepiej pogadać”. „Nie da się. Matka jest psycholożką”. „No to chyba da się?”. „Nie, ty nie wiesz”. „Czego?”. Pauza. „Nigdy nie będę gotowa”. „Na co?”. „Na jej wiedzę o mnie”.
Pociąg do Krakowa, rodzice z dwójką dzieci. Ojciec: „Psa nie, psem się nie będę zajmował”. Synek: „Ja się zajmę”. „Akurat, o nic nie dbasz”. „O psa będę. Kasia mówiła, że w schronisku…”. Matka: „Mowy nie ma! Jeszcze mi choroby potrzebne”. „One są czyste!”. Ojciec: „Słuchaj, Bartosz, jak chcesz mieć coś żywego, to zgodzę się na ryby”. „Ryby?”. „Akwarium”. „Ale sam chwaliłeś ciocię, jak przygarnęła bezdomnego pieska”. „To ty przygarniesz bezdomną rybkę”. „To nie tak, pieski szukają domu”. „A ryba nie? U kogo będzie pływać?”.
Metro, jazda na Młociny. Dwie w moim wieku. „Nadrobimy. Musiałam jechać do Aśki na komunię”. „Ale ty niewierząca jesteś”. „Co z tego? Ona też”. „To po co jej ta komunia?”. „Oj wiesz, mąż uznał, że Pawełek będzie miał odhaczone. Na wypadek ślubu”. „Już go swatają?”. „No nie, haha, ale chodzi o to, żeby miał później wolność. Jak kogoś pozna”. „Aha”. „Aśka mnie przekonała, że jej się sakramenty przydały”. „To oni chodzą do kościoła?”. „Nie no, co ty, chodzi tylko o formalność”. „Nie rozumiem”. „Oj daj spokój, każdy woli kościelny od cywilnego”. „Ja religijna nie jestem, ale jakaś taka większa gwarancja, że nie będzie nieszczęścia”. „A wierzysz w Boga?”. „No co ty”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.















