„Specjalizacja jest dla insektów”, głosił w słynnym cytacie legendarny pisarz science fiction Robert A. Heinlein, a ściślej, czynił to ustami swego ulubionego bohatera Lazarusa Longa. Long wymienia przy okazji listę rozmaitych umiejętności, które powinna posiadać samodzielna istota ludzka, od zmiany pieluszki po sterowanie statkiem, z gotowością na zmianę kursu i konfrontację z dysonansem poznawczym na czele („dawać rozkazy, przyjmować rozkazy, działać w grupie, działać samemu”).
Heinlein, zaprzysięgły libertarianin i wyznawca indywidualnej niezależności, niezłomnie wierzył w samodzielność myśli i czynu i propagował model współczesnego człowieka renesansu, bo nigdy nie wiadomo, kiedy może się nam przydać jakaś umiejętność czy wiedza. Jest to postawa bliska także i mnie.
Nie ma czegoś takiego jak zbędna wiedza lub umiejętności
Niezmiernie cenię ludzi posiadających wiedzę czasem dyskredytowaną jako nadającą się jedynie do krzyżówek czy pub quizu (jakby to było mało!). Podobnie myślę o rozproszonych umiejętnościach, w których nie trzeba być fachowcem i które nie przydają się na co dzień. W końcu nigdy nie wiadomo, kiedy przyjdzie nam usunąć plamę z jagód lub usterkę z komputera, odchować kociątko, znaleźć drogę na odludziu bez zasięgu, odzyskać klucz do domu zamknięty w wypożyczonym samochodzie, do którego kluczyki z kolei wrzuciliśmy do skrzynki pocztowej (to akurat przygoda prawdziwa). Albo w ogóle nie muszą się kiedykolwiek przydać, bo korzystamy już na samym ich posiadaniu, choćby korzyścią miała być nasza własna satysfakcja. Nie ma czegoś takiego jak zbędna wiedza lub umiejętności. Lepiej umieć, niż nie umieć, lepiej wiedzieć, niż nie wiedzieć.
Takimi ludźmi renesansu przez jakiś czas okoliczności czyniły przeciętnych Nowaków i Kowalskich. Była to w pewnym stopniu zasługa zakresu lekcji ZPT, popularności praktycznych hobby i misji Adama Słodowego, ale przede wszystkim efekt powszechnej niezamożności naszego społeczeństwa; jeśli można w ogóle mówić o jakichkolwiek „zaletach” takiego stanu rzeczy, to niech będzie to uznanie zaradności i samodzielności za sprawę oczywistą.
Pamiętam zaskoczenie moich licznych znajomych, którzy po 2004 r. wyjeżdżali do pracy za granicę. Miejscowi niemieli z podziwu: każdy jeden to u was MacGyver! Ci sami ludzie błyszczeli także w teleturniejach i hurtowo rozwiązywali łamigłówki. Potem, gdy sami się nieco odkuliśmy finansowo, postanowiliśmy iść w ślady sąsiadów unijnych i podzlecać usługi. Ale nie tylko: na miejscu zaczęliśmy się profilować pod kątem rynku.
Jak by tu się stać najbardziej zoptymalizowanym i użytecznym? Jak zrobić z człowieka doskonały zasób ludzki? Najpierw mówiono: w przyszłości nie będzie pracy rąk, tylko studia! Zastąpi cię maszyna! Ale od pewnego czasu kierunek się odwraca i mówi się: studia są zbędne, po co murarzowi czy kucharzowi taka wiedza? Tu powinna pojawić się sensowna, Heinleinowska podejrzliwość. Bo dlaczego mielibyśmy umieć jedną rzecz, jeśli można umieć dziesięć? Wszak nasze mózgi są pojemne. Słysząc: „a po co ci to?”, warto nastawić radar podejrzliwości na poziom maksymalny.
Czy to źle: smażyć frytki po teatrologii?
Oczywiście, kwestionowanie informacji to narzędzie, którym też można sobie zaszkodzić. Skutkiem przeholowania z nonkonformizmem bywa odpłynięcie w krainę teorii spiskowych (osobiście uważam, że zazwyczaj oferują one narkotyczne złudzenie, iż da się uzyskać odpowiedź na wszystkie pytania albo nie musieć już zadawać żadnych pytań). Ale odrobina podejrzliwości to przecież samo zdrowie. A w tym przypadku dotyczy interesu tego, kto nam odradza zdobywanie wiedzy i umiejętności. Czy aby na pewno jest to życzliwa, praktyczna rada? A może raczej posługiwanie się perfidną, sabotażową odmianą „języka korzyści”, w której chodzi o sprofilowanie mniej samodzielnego konsumenta? Może człowiek, który lubi i filozofować, i kłaść gładzie, jest konsumentem mniej potulnym i wiernym?
Dlatego nigdy nie rozumiałam złośliwych podśmiechujek z tego, że absolwenci, dajmy na to, teatrologii robią frytki, tak jakby były na świecie zajęcia lepsze i gorsze. Przecież taki człowiek jest zwycięzcą, zwłaszcza w czasach, gdy rzadko kiedy los nasz wykuwa się na dobre w kamieniu z chwilą uzyskania pełnoletności. Może pracować i na uczelni, i w teatrze, i w knajpie. W razie potrzeby ma do wyboru więcej opcji, a do tego książeczkę sanepidowską. Idzie ścieżką Jacka Londona, który do dziś imponuje jako zarazem pisarz, poszukiwacz złota, marynarz, awanturnik oraz obrońca słabszych. Ktoś taki zwyczajnie więcej wie, więcej umie i więcej może. A czym właściwie może się pochwalić złośliwiec, oprócz taniego sarkazmu?

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















