Jak rozpoznać współuzależnienie i zacząć się troszczyć o siebie

Kobiety, które przez lata żyły problemem alkoholizmu swoich partnerów, opowiadają, jak ratowanie drugiej osoby doprowadziło je do utraty siebie i dlaczego zdrowienie zaczyna się od postawienia własnych granic.
Czyta się kilka minut
Za wszelką cenę // il. Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”
Za wszelką cenę // il. Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

– Chciałam być ratowniczką swojego męża. Wmawiałam sobie, że go ocalę, że jestem jego aniołem stróżem. Że swoją troską, ciepłym rosołem, go uzdrowię. Skoro już zostałam jego żoną, to czułam, że to mój obowiązek – mówi Maja, autorka profilu „Żona niepijącego alkoholika” na TikToku. 

Jej małżeństwo było pełne konfliktów. – Trochę bawiłam się w Boga. Wydawało mi się, że wiem, co jest dla niego najlepsze, którą drogą powinien pójść. Podejmowałam decyzje nawet o tym, co ma zjeść na śniadanie, bo uważałam, że to będzie zdrowsze i lepsze – opowiada. 

Po kolejnych awanturach następowały lepsze momenty. Mąż wynagradzał kłótnie prezentami. Dziś Maja wie, że większość drogich torebek, jakie od niego otrzymała, było efektem jakiegoś trudnego wydarzenia między nimi. 

12 kroków do poznania, kim naprawdę jestem

Dziesięć lat. Tak długo trwał teatr maskowania i tuszowania jego postępującego alkoholizmu. Maja kochała męża, więc próbowała zrobić wszystko, by go uratować. Na samym końcu już prawie jej nie było. – Byłam współuzależniona. Żyłam życiem swojego męża – przyznaje.

Uruchamianie odtwarzacza...

Po kolejnej kłótni zdecydowali się pójść do mediatora rodzinnego. Od razu zasugerował, że partner ma problem z alkoholem. Przyjaciel męża, który także się o nich martwił, poradził Mai, żeby poszła na grupę Al-Anon, skupiającą krewnych alkoholików i pracującą z nimi w oparciu o metodę 12 Kroków. 

– To był początek mojego zdrowienia. Słuchałam doświadczeń innych osób i okazywało się, że to także moja historia. Zaczęłam wtedy wreszcie wychodzić z domu i mniej kontrolować męża – wspomina. Później rozpoczęła także terapię indywidualną.

– Odkryłam, że początki mojego współuzależnienia tkwią w moim własnym dzieciństwie. Pochodzę z dysfunkcyjnego środowiska i wszystkie schematy, których nie chciałam przenosić z domu rodzinnego, powieliłam we własnym – przyznaje. Zrobiła tak, chociaż zawsze podkreślała, że „u niej tak nie będzie”. 

– Zarówno moi rodzice, jak i rodzice mojego męża uczyli nas, że kiedy się cieszymy, świętujemy alkoholem. Kiedy płaczemy, również sięgamy po procenty. To było dla nas całkowicie „normalne”, taki wzorzec wynieśliśmy z domu. Nic dziwnego, że ten nasz wspólny zbudowaliśmy bez prawdziwych fundamentów. Dlatego wydarzyło się to, co się wydarzyło – zaznacza.

Mąż Mai zdecydował się na grupę AA. Ich małżeństwo przetrwało, a on nie pije. – To wspaniały człowiek, który zachorował na alkoholizm – podkreśla Maja, dodając, że kluczem do uratowania ich relacji okazała się… rozmowa. 

– Bardzo dużo mówimy o swoich emocjach, czego kiedyś w ogóle nie praktykowaliśmy. Nie siadaliśmy razem, nie rozmawialiśmy o tym, czego potrzebujemy i co chcielibyśmy zmienić. Wydawało nam się, że wszystko jest oczywiste, choć wcale takie nie było. Dziś mówimy o swoich pragnieniach wprost. 

Dzięki terapii Maja odkryła wreszcie własne potrzeby, których wcześniej nie dostrzegała. – To jest klucz do zdrowienia: powrót do siebie, zauważenie siebie. Podejście do lustra i zobaczenie prawdziwej Mai, a nie osoby żyjącej w cieniu alkoholika. Dzisiaj jest już inaczej: czuję się naprawdę szczęśliwą, spełnioną kobietą. Mam kochającą rodzinę i kochający dom – mówi zdecydowanie.

Dziś wreszcie umiem postawić na siebie

Katarzyna Zawadzka przez wiele lat nie miała swojego ulubionego filmu ani wykonawcy. – Za każdym razem, kiedy wchodziłam w relację z osobą uzależnioną, stawałam się taka jak ona. Żeby być bliżej, żeby bardziej pomóc. Gubiłam w tym siebie – przyznaje. 

Sama dorastała w otoczeniu, w którym wszędzie były trudne historie związane z alkoholem, dużo konfliktów, chaos emocjonalny. 

– Pomaganie, wchodzenie w trudne sytuacje, reagowanie na kryzysy innych, to było dla mnie naturalne. No i picie. Słyszałam, że skończę jak babcia, która też piła. Może przypominałam ją rodzinie, bo byłam emocjonalna. Alkohol rzeczywiście dawał mi chwilowe poczucie ulgi i pozwalał na moment uwolnić napięcie, ale dość szybko zobaczyłam, że to ułuda i w porę się zatrzymałam – wspomina.

Jej pierwszy poważny partner nie miał tyle szczęścia. – To był chaotyczny związek, pełen kłótni i awantur. Za każdym razem obietnice, że będzie lepiej, że to ostatni raz, a potem w kółko to samo – wspomina. Rozstawali się i wracali do siebie. 

– We współuzależnieniu patrzymy na człowieka, którego znamy i wciąż widzimy w nim potencjał, który za wszelką cenę chcemy uratować – tłumaczy. I dlatego wybaczała. Pięć lat. – Pamiętam ten wstyd. Tłumaczyłam partnera, kiedy wypił „za dużo” albo coś zrobił na imprezie – opowiada. Odeszła dopiero wtedy, gdy dowiedziała się o zdradzie.

Katarzyna Zawadzka // archiwum prywatne

Później poznała mężczyznę na portalu randkowym. – Dużo ze sobą pisaliśmy, od rana do wieczora, czasem całymi nocami. Z jednej strony była bliskość, z drugiej on wciąż powtarzał, że nie chce mnie w swe problemy wciągać, że niedługo umrze, że ma zniszczony organizm przez nałogi – opowiada.

Zamiast decyzji o zerwaniu kontaktu, w Kasi znów odezwała się potrzeba ratowania. – Tłumaczyłam mu, że trzeba żyć. Widziałam w nim wartość – mówi. Spotkali się tylko raz, potem kontakt się ulotnił, ale po 10 latach zrobiła coś dziwnego. – Napisałam do niego. Miałam już męża, dziecko, ale byłam ciekawa, co z nim. Odpisał, że nic się nie zmieniło: dalej alkohol, narkotyki i brak chęci do życia – wspomina. 

Zobaczyli się ponownie. Kasia pomogła mu znaleźć terapię w zamkniętym ośrodku i sama go tam zawiozła. – Wtedy spojrzałam na naszą znajomość z innej perspektywy, zrozumiałam, że stworzyłam fałszywy obraz tego człowieka. Wymyśliłam naszą relację taką, jaką chciałam, żeby była, a nie taką, jaka była naprawdę – przyznaje.

W odzyskaniu jej własnego życia pomógł Kasi już wcześniej mąż, który pokazał jej zupełnie inne życie: okazywał wsparcie, wiarę, dał poczucie bezpieczeństwa. Nauczył być sobą, być obecną. Zobaczyć, jaka jest naprawdę, co lubi. Przestać skupiać się tylko na drugiej osobie, którą wiecznie trzeba ratować.

– Teraz stawiam na siebie. Poszłam na studia psychologiczne, o których zawsze marzyłam, fotografuję. Prowadzę konto w mediach społecznościowych. Założyłam je z myślą o ratowaniu uzależnionych, ale dziś kieruję je głównie do ich bliskich, tłumaczę jak działają krzywdzące mechanizmy. I że czasem najważniejsze jest, by uratować siebie – dodaje. 

Mechanizm przetrwania, czyli jak dobre chęci podtrzymują nałóg

Po latach zmagania się z kryzysem uzależnienia i współuzależnienia, Alek Cierpiałkowski i Anna Nawrot-Cierpiałkowska przekuli własne trudności w siłę pomagania innym. Teraz, jako para psychologów i psychoterapeutów, pomagają osobom zmagającym się z różnorodnymi problemami związanymi z nałogami.

– Współuzależnienie to głęboko zakorzeniony i wyuczony mechanizm przetrwania. Sposób funkcjonowania, który bardzo często zaczyna się dużo wcześniej niż dorosły związek, jeszcze w dzieciństwie. W rodzinach niefunkcjonujących prawidłowo, najczęściej zmagających się z problemem alkoholowym – mówi Anna Nawrot-Cierpiałkowska. 

Anna Nawrot-Cierpiałkowska // archiwum prywatne

– W takich miejscach dziecko szybko uczy się, że aby przetrwać, musi dostosować się do innych. Nie sprawiać problemów, lecz pomagać i ratować, gdy sytuacja tego wymaga. Wartość dziecka nie wynika z tego, kim ono jest, ale z tego, ile potrafi unieść na swych barkach: dla innych. I właśnie z takim przekonaniem wiele osób wchodzi później w dorosłe relacje – zauważa.

Z zewnątrz współuzależnienie bardzo często wygląda jak ogromna troska, poświęcenie i miłość

– Partnerka, bo współuzależnienie najczęściej dotyczy kobiet, kontroluje, pilnuje, tłumaczy, sprząta po kryzysach, ukrywa problem przed światem, bierze odpowiedzialność za dom, dzieci i emocje partnera. Chce pomóc, a tak naprawdę jedynie przyczynia się do podtrzymywania nałogu – wyjaśnia Alek Cierpiałkowski.

Kiedy „ratowniczka” stale łagodzi konsekwencje picia, tłumaczy nieobecności w pracy czy przejmuje obowiązki partnera, daje uzależnionemu możliwość dalszego funkcjonowania bez głębokiej konfrontacji z własnym problemem i jego skutkami. 

– W tym samym czasie osoba współuzależniona sama żyje w ciągłym napięciu, ale wierzy, że robi to dla dobra rodziny. Dlatego jednym z najtrudniejszych momentów w terapii jest zrozumienie, że nie mamy kontroli nad drugim człowiekiem. Nie da się nikogo uratować siłą, własnym poświęceniem czy nieustannym czuwaniem – mówi Anna Nawrot-Cierpiałkowska.

Kobiety, które wciąż noszą cudzy krzyż

Bywa że mijają lata, zanim osoba współuzależniona choć w części zrozumie, co się dzieje, i trafi na terapię. – Ale nawet wówczas kobiety często zgłaszają się po pomoc nie dla siebie, tylko dla partnera lub uzależnionego dziecka – dodaje Alek Cierpiałkowski. Pozostają wtedy w roli ratowniczki, całkowicie odcięte od własnych potrzeb. 

– I dowiadują się, że one również mają problem. Specjalista pyta, jak się czują i czego potrzebują. W odpowiedzi często zapada cisza – zauważa psychoterapeuta. Przecież przez lata cała ich energia była skierowana na partnera, dzieci, rodzinę i gaszenie kolejnych pożarów. Taki wzorzec wyniosły z domu i kultury społecznej.

– Kobiety od pokoleń uczono, że powinny wytrzymywać więcej, poświęcać się dla rodziny, brać odpowiedzialność za emocje innych i „nieść swój krzyż”. Dobra żona miała być cierpliwa, lojalna i wyrozumiała, nawet kosztem siebie – tłumaczy Anna Nawrot-Cierpiałkowska.

Postawienie granicy jest trudne. Nie wystarczy powiedzieć „dość”, trzeba też zmierzyć się z sobą, własnym lękiem, wstydem, utraconym czasem. Dopiero od tego momentu zaczyna się proces zdrowienia. A także codziennego odzyskiwania siebie, rozumienia i wybierania własnych pragnień. Czasem będzie to po prostu wyspanie się. Innym razem godzina tylko dla siebie, potem weekendowy wyjazd.

– Dla osoby współuzależnionej bywają to momenty przełomowe, gdy po raz pierwszy od wielu lat pojawia się w nich myśl: „ja również jestem ważna”. Właśnie to jest sednem wychodzenia z choroby. Nie nauka lepszego ratowania innych, ale słuchanie siebie i swoich potrzeb – podsumowuje Alek Cierpiałkowski.

Polska alkoholem stoi. Czas spojrzeć na Litwę

Chociaż nie istnieją dokładne statystyki dotyczące współuzależnienia, można szacować, że w Polsce problem ten dotyka milionów. Według danych Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych, samych uzależnionych od alkoholu jest u nas około 900 tys. Mało tego, od 2,5 do nawet 5 mln Polaków (dużo rzadziej Polek) pije w sposób szkodliwy, ryzykowny. 

Za każdą z tych liczb stoją rodziny i bliscy, którzy każdego dnia ponoszą konsekwencje cudzego picia.

Te osoby naprawdę „niosą krzyż”. Statystyki są bowiem bezwzględne: co roku z przyczyn bezpośrednio i pośrednio związanych z alkoholem umiera w Polsce od 10 do ponad 20 tys. osób. Te tragedie trzeba mocno pomnożyć, bo za każdą z nich czai się cierpienie bliskich. A jednak niewiele wniosków z tego wyciągamy: jako państwo i jako społeczeństwo.

Wciąż nie traktujemy alkoholu jako substancji psychoaktywnej, która powoduje ogromne szkody społeczne i zdrowotne oraz prowadzi do wielu dramatów.

Tymczasem wódka to jeden z najcięższych narkotyków. Jest na dodatek tani, łatwo dostępny i obecny niemal wszędzie. Wystarczy zajrzeć na stacje benzynowe, które bardziej przypominają sklepy monopolowe niż przystanki w drodze (podczas której trzeba być przecież trzeźwym). Jakby tego było mało, producenci alkoholu wciąż kuszą nas, ostatnio oferując np. „fit piwo”, produkt promowany niższą kalorycznością i ograniczoną zawartością cukru. Tyle że niezależnie od liczby kalorii, alkohol pozostaje alkoholem.

Na szczęście coś zaczyna się zmieniać. Rząd zapowiada czterokrotne podniesienie dodatkowej opłaty od tzw. małpek (łatwe do ukrycia buteleczki kupuje codziennie ponad 2 mln osób) i przekazanie wszystkich wpływów do NFZ. Coraz więcej samorządów ogranicza też nocną sprzedaż alkoholu – taki rodzaj prohibicji wprowadziło już ponad 170 gmin.

Warto też inspirować się doświadczeniem naszych sąsiadów. Litwini jeszcze dekadę temu byli uznani przez WHO za najbardziej pijący naród. Władze kraju ograniczyły jednak dostępność alkoholu, zakazały jego reklamowania, podniosły akcyzę i zwiększyły wiek uprawniający do zakupu do 20 lat. Efekty są wyraźne: z 14,5 litra czystego alkoholu w 2015 r., spożycie spadło w 2025 r. do 8,7 litra. 

U nas ta liczba wynosi ok. 11 litrów – i nie spada. Mamy ogrom pracy do zrobienia, by przestać traktować alkohol jako element rozrywki i tradycji, lecz jako substancję, która na przestrzeni wieków zrujnowała w naszym kraju miliony istnień i miliony rodzin.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29,90 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz
1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru Nr 27/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Za wszelką cenę