Śmierć Tadeusza Baranowskiego, podobnie jak wcześniej odejście Papcia Chmiela czy Bohdana Butenki, to bolesne odarcie ze złudzeń, że jeszcze kiedyś, choćby na moment, będziemy mogli być dziećmi. Ale za tą pierwszą zjawia się też inna myśl.
Bo dziecko w nas – cokolwiek z nim zrobiliśmy przez lata, my albo inni ludzie – nigdy nie znika zupełnie. Możliwe nawet, że to ono jest najbardziej upartą częścią naszego sumienia, która pyta: co zrobiłeś z moją wyobraźnią? Z moją radością życia? Z moją wolnością? Co zrobiłeś – ty dorosły ja?!
Wydawnicze ekscesy i przygody bez przygód
Komiksy Baranowskiego to była klasa sama w sobie. Gimnastyka nie tylko oka, ale również umysłu. Nieprawdopodobna językowa energia. Swoją debiutancką książkę zatytułował: „Na co dybie w wielorybie czubek nosa Eskimosa”. Który wydawca zgodziłby się dziś na taki eksces? A „Antresolka profesora Nerwosolka?” Pyknięto 150 tysięcy pierwszego nakładu, choć naprawdę nie była to książka łatwa.
Ci, którzy od komiksu oczekiwali przygód, bywali Baranowskim zawiedzeni. Przygody, owszem, były, ale na ogół na tak zwanym metapoziomie. Postaci z jego komiksów wiedziały bowiem, w czym uczestniczą – że są narysowane i reżyserowane z zewnątrz – i bawiły się tą sytuacją. „Hej tam! Autorze!”, krzyczały na przykład. „Nie pozwolimy sobą manipulować! Będziemy mieli takie przygody, jakie zechcemy!”
Historie opowiadane w książkach Baranowskiego rozpadały się, zwijały (najdosłowniej) i składały na powrót. Przetykane były aluzjami i inkrustowane purenonsensownymi żartami. W pierwszej scenie „Antresolki…” profesor Nerwosolek zwraca się do swojej gospodyni i asystentki: „Oto kosmos, Entomologio, patrz i podziwiaj!” A ona odpowiada: „Phi, profesorze, ja już to widziałam w telewizji i na filmach science fiction”.
Kilka stron dalej w tej samej kabinie toczy się następujący dialog. „Oto Planeta Strachu”, oświadcza Nerwosolek. „Zanim tam wylądujemy, spluń, Entomologio, trzy razy przed siebie i raz przez lewe ramię”. „Nie ma strachu, profesorze”, odpowiada zawsze opanowana asystentka. Na co naukowiec przyznaje ze wstydem: „Jesteś prawdziwym mężczyzną, Entomologio”.
A kiedy oboje lądują w morzu i natykają się na węża morskiego, który wygląda zupełnie nieprawdopodobnie, wspólnie uznają, że on nie istnieje – bo istnieć nie może. „Gdyby chociaż miał głowę krowy i był pięćdziesiąt centymetrów dłuższy... Ale teraz mamy pewność. Widzieliśmy na własne oczy – takie zwierzę nie istnieje”.
Wódz Wielki Niepokój i dziecięca wyobraźnia
„Antresolkę…” czytałem już jako osiemnastolatek, więc specjalnych problemów ze zrozumieniem żartów nie miałem. Pamiętam jednak również swój wczesnonastoletni zachwyt „Eskimosem”. Dziś myślę, że Baranowski – podobnie jak Chmielewski (Papcio Chmiel) – robił coś fenomenalnego: podążał za dziecięcą wyobraźnią i dziecięcym poczuciem humoru, a zarazem je rozwijał.
Nie podlizywał się swoim czytelnikom, tylko ich „podciągał”, mobilizował, pokazywał, że można się bawić lepiej, wchodząc piętro wyżej. To było mądre po prostu; z zabawy formą wynikały najpoważniejsze pytania, nad którymi łamali sobie głowy filozofowie. Nieprzypadkowo najzabawniejsza – i najpopularniejsza – z wykreowanych przez niego postaci nosi imię Wielki Niepokój.
Dziś dominuje tendencja do ułatwiania i uatrakcyjniania wszystkiego, tak jakbyśmy chcieli rozwijać umiejętności, unikając wyzwań. Nie omija ona także literatury dla dzieci. Piszą o tym w najnowszym „Ha!arcie” moje przyjaciółki, Sylwia Stano i Ewelina Szyszkowska. Ich tekst zawiera manifest, który warto wziąć sobie do serca. Zacytuję trzy pierwsze punkty (w sumie jest ich dwanaście):
1. Zaufajmy wyobraźni dziecka. Dzieci nie potrzebują uproszczeń, lecz przestrzeni. Potrafią myśleć metaforycznie i przyjmować niejednoznaczność.
2. Brońmy prawa do trudności. Literatura nie musi być natychmiast zrozumiała. Może stawiać opór, wymagać czasu, powrotów i skupienia. Tak właśnie rodzi się głębokie czytanie.
3. Chrońmy wolność formy i eksperymentu. Książka dziecięca ma wyjątkową zdolność przekraczania form, łączenia tekstu i obrazu, zabawy materią. Nie pozwólmy, by została zamknięta w schematach.
Jestem pewien, że Tadeusz Baranowski podpisałby się pod tym manifestem. Z jego książkami można było rosnąć; wraz z nabywaniem nowych doświadczeń i umiejętności rozumiało się z nich więcej, co innego też wywoływało uśmiech. A jednocześnie w trakcie lektury pozostawało się dzieckiem, które z zachwytem przewraca kartki książki, zawsze spodziewając się niespodziewanego.
Nawet teraz z przyjemnością patrzę na czwartą stronę okładki „Antresolki…” Pamiętacie, co na niej jest? Profesor i Entomologia kłaniają się podekscytowanemu tłumowi, a w ich stronę lecą zarówno kwiaty, jak i czajnik, ogryzek, jajko, pomidor, a nawet sztuczna szczęka.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.








