„Pastasciutę” przy via delle Grazie odwiedzam regularnie, bo w promieniu kilometra od Sala Stampa nie ma innego miejsca, w którym można zjeść smacznie, tanio i szybko. O ile oczywiście nie trafimy na gigantyczną kolejkę, bo to lokal popularny nie tylko wśród pracowników okolicznych firm, ale też coraz bardziej oblegany przez turystów (gwiazdki w Google i rolki na Instagramie, z kucharzami żonglującymi wyrabianym na miejscu makaronem, robią swoje). A że miejsca w lokalu mało, je się na ulicy. Widok eleganckich pań, które przycupnęły na krawężniku, albo panów zarzucających na plecy krawaty, by je uchronić od zanurzenia w pomidorowym czy jajecznym sosie, nikogo tu nie dziwi.
Jednak gdy w ostatnią sobotę zobaczyłem pod lokalem czarną limuzynę na watykańskich numerach, czekającą na odbiór cacio e pepe w tekturowej misce, byłem w szoku. Nie mniejszym, jak rok temu, kiedy wychodząc przez Spiżową Bramę minąłem się z kurierem Glovo, dostarczającym zamówienie do Pałacu Apostolskiego.
Finansowy kryzys? Kaprys hierarchy, któremu zamarzyło się proste, rzymskie danie? A może coraz modniejszy w watykańskich kręgach egalitaryzm? Jeśli tak, to wciąż siłujący się z elitaryzmem, skoro do położonego kilka kroków od watykańskiej bramy streetfoodu wysyła się samochód z szoferem... Tak czy siak – znak czasu.
Zaciskanie kardynalskiego pasa
Kryzys ekonomiczny to fakt. Co prawda papież mówił kiedyś o „łasce bankructwa”, jaką Pan Bóg zsyła co jakiś czas (za sprawą nieudolnych zarządców) na zbyt bogacące się kościelne instytucje, sam zatrudnił jednak w sekretariacie ekonomicznym fachowców, by ratowali finanse firmy.
I tak, w ubiegłym tygodniu, ogłoszono cięcia kardynalskich wynagrodzeń – dochody z pracy w kurii zostaną od listopada zmniejszone o 10 proc. (podstawowe uposażenie, tzw. talerz kardynalski, które otrzymują wszyscy członkowie kolegium, bez względu na miejsce pracy i zamieszkania, pozostanie niezmienione – dziś to kwota 5 tys. euro).
To druga redukcja watykańskich płac w ciągu ostatnich trzech lat – w 2021 r. obcięto wynagrodzenia wszystkim duchownym pracującym w kurii i gubernatoracie: kardynałowie stracili 10 proc., biskupi 8 proc., a księża i osoby zakonne 3 proc. dochodów. Do tego, całkiem niedawno, kazano kurialistom płacić za zajmowane mieszkania.
Post i jałmużna
Skoro jesteśmy przy pieniądzach, to wspomnijmy jeszcze o synodalnej kweście na rzecz ofiar wojny na Bliskim Wschodzie. Gdy papież ogłosił „dzień modlitwy i postu w intencji pokoju”, kard. Konrad Krajewski przytomnie zauważył, że katechizm zawsze łączy je z jałmużną. Stanął więc z koszykiem, jak na jałmużnika przystało, przed synodalną aulą i w ciągu kilkudziesięciu minut zebrał 32 tys. euro (przy 400 uczestnikach synodu – delegatach, obserwatorach, ekspertach – daje to średnio 80 euro na osobę). Wcześniej oczywiście uprzedził o swojej akcji, prosząc wszystkich, by się do niej dobrze przygotowali (decyzja o zaciskaniu kardynalskiego pasa nie była jeszcze znana, można więc było liczyć na ich hojność).
Dykasteria Miłosierdzia, której Krajewski przewodzi, dołożyła do zbiórki jeszcze niemal drugie tyle (30 tys.) i całą kwotę przesłała na konto parafii działającej w Strefie Gazy.
Sofizmaty prefekta
Nic dobrego nie można natomiast powiedzieć o innym kardynale – Victorze Manuelu Fernándezie, który stał się antybohaterem synodu, lekceważąc czekających na niego ponad stu delegatów (w tym wielu kardynałów). Pisałem o tym w ubiegłym tygodniu, tu dodam tylko, że na kolejnym spotkaniu, do którego wreszcie doszło w ostatni czwartek, prefekt Dykasterii Nauki Wiary przeprosił za nietakt oraz powtórzył swoje wcześniejsze słowa, że kwestia diakonatu kobiet jeszcze nie dojrzała do rozstrzygnięcia (o czym pisałem w pierwszej relacji z synodu). Ale dodał do tego jedno zdanie, które poniosło się po katolickich mediach, także w Polsce, że „kobiety proszą o przyznanie im władzy, o możliwość rozwijania charyzmatów i umiejętności, ale jednak większość z nich nie domaga się diakonatu, bo nie chcą zostać sklerykalizowane”.
Nie wiem, czego chce, a czego nie, większość kobiet. Kardynał nie odwołał się do żadnych badań, więc rozumiem, że to tylko retoryka. Ale i ona nie powinna być pozbawiona logiki, jeśli nie ma stać się populistycznym sofizmatem. Bo przecież z równą pewnością można powiedzieć, że większość mężczyzn także nie domaga się diakonatu czy święceń kapłańskich. Prosi o nie zdecydowana mniejszość, ułamek procenta. Zastanawia mnie też, dlaczego kardynał uważa, że święcenia – diakonatu czy kapłańskie – oznaczają automatyczną klerykalizację. Stawianie znaku równości pomiędzy tymi pojęciami jest dość ryzykowne. Bo jak w takim razie zrozumieć wezwania do deklerykalizacji Kościoła i apele papieża do księży, by nie dali się sklerykalizować? Chyba nie jako domaganie się rezygnacji z kapłaństwa.
A jednak elita
Kardynalski temat zdominował w ostatnim tygodniu życie za Spiżową Bramą za sprawą nowych nominacji, ogłoszonych przez papieża. Czerwony kolor zawsze robił w Watykanie wrażenie i niejednemu z tamtejszych purpuratów się marzy. Bo choć Franciszek apeluje do kardynałów, by nie uważali się za eminencje, tylko za braci i sługi, to każdy wie, że nominacja oznacza wejście do ścisłej elity, która będzie decydować – zwłaszcza podczas konklawe – o losach Kościoła na najbliższe kilka, kilkanaście, a może i kilkadziesiąt lat. Nie mówiąc już o szacunku, jaki nie tylko w kościelnym świecie ten tytuł budzi (ani o uposażeniu, z jakim się wiąże).
Polityka personalna Franciszka, kryteria, jakimi się kieruje przy wyborze kardynałów, i rola kolegium za jego pontyfikatu domagają się poważnego potraktowania, co zamierzam uczynić w jednym z najbliższych numerów „Tygodnika”. Luźna forma newslettera pozwala natomiast na lżejsze i wybiórcze podejście do tematu.
Kto poczerwieniał z zazdrości
W Rzymie najgoręcej i najzłośliwiej komentowano nominacje miejscowe. Zwłaszcza wyniesienie do kardynalskiej godności dwóch „zwykłych księży”, pracujących w kurii – Fabia Baggio, podsekretarza w dykasterii integralnego rozwoju człowieka, i George’a Koovakada, odpowiedzialnego za organizacje papieskich podróży zagranicznych. To było bodaj największe zaskoczenie, bo przecież na czerwony biret czeka co najmniej kilku biskupów czy arcybiskupów, piastujących dużo ważniejsze stanowiska.
Przez wiele lat mówiło się, że Franciszek jest niechętny kurialnym nominacjom, ale ostatnie konsystorze przywróciły stary porządek, w którym prefektem dykasterii jest kardynał. Jedynym wyjątkiem od tej zasady jest abp Filippo Iannone, prefekt dykasterii ds. tekstów prawnych (bo dykasterię komunikacji, której przewodzi Paulo Ruffini, możemy pominąć – świeckich kardynałów nie ma w Kościele od 150 lat).
Choć na czerwoną pelerynkę „inni także robią ślinkę”, jak pisał nasz wieszcz. Na przykład w dykasterii ewangelizacji, gdzie z dwóch podprefektów (prefektem jest sam papież) jeden jest kardynałem, a drugi wciąż nie (kard. Luis Tagle i abp Rino Fisichella). Albo w Administracji Dóbr Stolicy Apostolskiej (APSA) czy Bibliotece Watykańskiej, na czele których zawsze stali kardynałowie. Nie wspominając już o różnych komisjach i radach papieskich, z których jedne mają na czele kardynała, inne biskupa, i nie ma to żadnego związku z rangą tematu, jakim się zajmują.
Megalomania i śmieszność
Z dużą niechęcią spotkała się też – mówię wciąż o kurii rzymskiej – nominacja abp. Rolandasa Makrickasa, drugiego archiprezbitera bazyliki Matki Bożej Większej. „Stara gwardia” nie może mu wybaczyć, że odsunął od władzy pierwszego archiprezbitera, kard. Stanisława Ryłkę, i całą tamtejszą kapitułę (choć przecież nie on to zrobił, tylko papież, który już trzy lata temu powierzył mu zarząd komisaryczny nad bazyliką i nakazał uporządkować sprawy finansowe, niezbyt sumiennie – delikatnie mówiąc – prowadzone). Litewski duchowny ma więc w kurii wielu wrogów, którzy wytykają mu a to otwarcie lodziarni w pomieszczeniach bazyliki, a to obwieszenie frontonu świątyni banerami reklamowymi (na czas remontu). Nie podejrzewam, by tą nominacją papież chciał im utrzeć nosa. Ale niewątpliwie to zrobił.
Ostatnim rzymskim kardynałem-elektem jest abp Baldassare Reina – co akurat mało kogo zdziwiło, bo jest wikariuszem generalnym biskupa Rzymu, czyli zastępuje papieża w codziennym zarzadzaniu diecezją. Nie uszło jednak uwagi, że dwa dni po ogłoszeniu jego nominacji wszyscy rzymscy księża otrzymali z kurii maila z poleceniem, by w czasie mszy wymieniać, zaraz po imieniu papieża, także imię jego wikariusza, tyle że... w zdrobniałej formie „Baldo” (to mniej więcej tak, jakby w Polsce biskup o imieniu Bartłomiej nazywany był, w czasie modlitwy eucharystycznej, biskupem Bartkiem). Liturgiści zauważają, że przepisy mszalne pozwalają, ale nie nakazują wymieniania imion innych biskupów niż ordynariusz, a życzenie wikariusza traktują jako wyraz megalomanii, nawet jeśli każe się familiarnie nazywać Baldim. Elitarność zmaga się z egalitarnością, tyle że czasem to siłowanie się (a nawet silenie) bywa zabawne.
Mecz równości
Elitaryzm, mówiąc krótko, polega na tym, że pełnia władzy – w państwie, społeczności, Kościele – należy do „wybranych”, ale nie w wyniku demokratycznych procedur czy dzięki talentom, predyspozycjom albo szczególnym umiejętnościom, tylko na podstawie arbitralnie ustalonych (zwykle przez nich samych) kryteriów. Bywały one różne. Jedne – klasowe, rasowe, religijne – dawno zostały uznane za nieetyczne. Inne wciąż trzymają się dobrze. Na przykład uzależnianie autorytetu od płci, co powszechnie nazywamy seksizmem.
Gdybym miał krótko powiedzieć, o czym był zakończony właśnie synod, rzekłbym, że właśnie o tym. Od początku aż po głosowanie nad dokumentem końcowym był areną walki elitaryzmu z egalitaryzmem. Zaczęło się mocno oprotestowanym powołaniem na obrady nie-biskupów, w tym kobiety. Skończyło – wieloma „równościowymi” paragrafami, które dostały też najwięcej głosów przeciwnych (rekordzistą był oczywiście artykuł 60., mówiący, „że nie ma żadnych powodów, by bronić kobietom władzy w Kościele”, i zostawiający otwartą drogę do ich święceń – aż 97 uczestników było na „nie”).
Spacer wokół Watykanu
Długo o tym rozmawiałem z kard. Mariem Grechem, sekretarzem generalnym synodu, jednym z tych, którzy powszechne braterstwo traktują serio, skoro pomimo zmęczenia kilkunastogodzinnym dniem pracy (jakich zresztą w ostatnim miesiącu miał wiele) zgodził się na nocny spacer ulicami Borgo, w czasie którego nie krył zadowolenia z głosowania nad dokumentem końcowym, ale też nie udawał, że nie dostrzega zagrożeń dla ich realizacji. Kardynał przyznał, że język synodu, mimo wielu starań, bywa hermetyczny, a rolą dziennikarzy jest przekładanie go na ludzką mowę. Pytałem, czy w związku z tym dobrze zrozumiałem synodalne zapisy o Ludzie Bożym, klerykalizacji, decentralizacji, autorytecie, przewodnictwie i równości.
To, co zgodził się, by pod jego nazwiskiem zacytować (mówiąc szczerze, niewiele), znajdą Państwo w moim posynodalnym komentarzu, otwierającym najnowszy numer „Tygodnika”. Resztę starałem się opowiedzieć własnymi słowami.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















