Wkoło Watykanu: o tym, że także papież powinien mieć klasę

Trudno Franciszka podejrzewać o pogardę dla kobiet czy homoseksualistów. Ale wywodzi się ze środowiska, którego mentalnością nasiąkał przez lata. Ta mentalność raz po raz, mimowolnie, daje o sobie znać.
w cyklu WKOŁO WATYKANU
Czyta się kilka minut
Papież Franciszek w czasie audiencji generalnej na Placu św. Piotra w Watykanie, wrzesień 2018 r. // Fot. Franco Origlia / Getty Images
Papież Franciszek w czasie audiencji generalnej na Placu św. Piotra w Watykanie, wrzesień 2018 r. // Fot. Franco Origlia / Getty Images

„Co się stało z naszą klasą” – pytał Jacek Kaczmarski w 1983 r. Nie pamiętam już, czy słuchałem tej piosenki przed maturą, czyli rok po jej powstaniu, czy już na studiach. Nieważne. Ale w ostatni weekend znów zadawałem sobie to pytanie, obchodząc kolejną, jak łatwo obliczyć: 40. rocznicę ukończenia liceum. Koleżanki i koledzy spotykali się regularnie, co 5 lat. Ja, wstyd się przyznać, pojawiłem się dopiero po raz drugi, i to po 20-letniej przerwie.

Ten newsletter powstaje zatem w Przemyślu, moim rodzinnym mieście. Daleko od Watykanu, to fakt. Myślę jednak, że ze względu na okoliczności, Czytelnicy wybaczą mi wstęp na pozór niezwiązany z tematyką rubryki. Na pozór – bo okazało się, że i na klasowym spotkaniu watykański wątek musi się pojawić.

Neocon na widelcu

– Czy nie uważasz, że papież Franciszek jest na usługach globalnych elit, masonów i komunistów? – zapytał kolega, po którym różnych rzeczy mogłem się spodziewać, tylko nie wiary w spisek Nowego Światowego Porządku. Wiedział, że zajmuję się Watykanem, więc poprosił o kilka minut rozmowy na boku. Na samym początku zaznaczył, że w czasie, gdy wiele osób –  także z naszej klasy – od Kościoła odchodzi i go krytykuje, on na jego łono właśnie niedawno powrócił. Dzięki żonie, Kreolce, odkrył Boga, o czym opowiadał z zapałem neofity. Ale i z nutą goryczy.

– U nas, na Trynidadzie, ludzie nie wierzą już w realną obecność Jezusa w Eucharystii. Komunię przyjmują na brudne ręce, nie tak jak w Polsce – mówił. W jego parafii nie podoba mu się również brak szacunku dla Domu Bożego. – Proboszcz pyta na koniec niedzielnej mszy, kto ma urodziny w najbliższym tygodniu, a potem intonuje „Happy Birthday”. I to jeszcze przed błogosławieństwem! – oburzał się. Dlatego jeżdżą z żoną do innego kościoła. Lubią też słuchać mszy po łacinie i kazań bp. Josepha Stricklanda z Teksasu, jednego z największych oponentów Franciszka, odwołanego z urzędu niespełna rok temu.

Po raz pierwszy miałem więc okazję rozmawiać z wyznawcą nowego konserwatyzmu w wersji amerykańskiej, nie polskiej czy włoskiej. Znałem ten nurt tylko teoretycznie, a tu dostałem jego próbkę na widelcu. Niewiele jednak skorzystałem, bo rozmowę przerwali pozostali uczestnicy imprezy, zniecierpliwieni naszą przedłużającą się nieobecnością przy stole. Na odchodne kolega dodał jeszcze, że nie podoba mu się błogosławienie par homoseksualnych, na które zgodził się Franciszek. A ja nie zdążyłem mu na to odpowiedzieć, bo zaczęły się toasty i tańce, w których kolega z Karaibów przodował.

Grube słowa

Odpowiedziałbym mu słowami Franciszka z niedawnego wywiadu dla amerykańskiej telewizji CBS, w którym papież zastrzega, że błogosławić można homoseksualne osoby, ale nie związki (nawet jeśli deklaracja Fiducia supplicans ponad 10 razy mówi o „błogosławieniu par”, papież po jezuicku przekonuje, że to jednak nie to samo). I pewnie zacytowałbym mu słowa, które w ostatnim tygodniu odbiły się najgłośniejszym echem, że „w Kościele jest za dużo pedalstwa”. Przepraszam. Ale właśnie tak Franciszek powiedział na spotkaniu z włoskimi biskupami, którym radził, by nie przyjmowali do seminariów kandydatów o orientacji homoseksualnej.

Użyte przez niego słowo frociaggine jest zresztą dużo bardziej wulgarne niż przytoczony tu polski odpowiednik. Nic więc dziwnego, że po dwóch dniach medialnej burzy Watykan opublikował przeprosiny, zapewniając, że Kościół jest dla wszystkich, a papież nikogo nie chciał obrazić. To, że do incydentu doszło na zamkniętym spotkaniu, nie ma większego znaczenia. Bo nie chodzi o to, że wypowiedź miała pozostać za watykańskimi drzwiami (choć naiwnością było oczekiwać, że z 230 biskupów i kilkudziesięciu osób z personelu pomocniczego nikt nie poinformuje mediów o tym, co się tam mówiło). Ale o to, że papież takiego słowa nie powinien użyć. 

Mówienie, że nie znał do końca jego znaczenia, bo włoski nie jest jego ojczystym językiem, jest mało przekonujące – każdy, kto spędził wśród Włochów więcej niż tydzień, wie, jak grube i nieprzyzwoite jest to słowo. Ale nawet gdyby przyjąć te tłumaczenia, pojawi się pytanie, dlaczego właśnie ono przyszło Franciszkowi do głowy? Gdzie je słyszał? Czyżby w taki sposób o homoseksualistach wyrażali się jego współpracownicy w Watykanie? I to za pontyfikatu, który ma na sztandarach szacunek dla każdego człowieka, bez względu na jego orientację i płeć?

Po co są spodnie

Tymczasem kolejnego dnia po opublikowaniu przeprosin za słowa obraźliwe wobec homoseksualistów Franciszek popisał się kolejną wypowiedzią – tym razem seksistowską. Stało się to na spotkaniu z młodymi księżmi z rzymskiej diecezji, z którymi rozmawiał o pięknie ich powołania i problemach, z jakimi się borykają (o tym, że papież stawia teraz na lepszy kontakt z duchowieństwem, pisałem w poprzednim newsletterze). Napominał ich też, by wystrzegali się czczego gadania, narzekania i obmawiania swoich biskupów (czyli w tym wypadku jego). „Plotkowanie to rzecz kobieca” – powiedział Franciszek. I dodał: „Jak nosisz spodnie, to miej odwagę mówić otwarcie”.

Palnąć głupstwo zdarza się każdemu, media czyhają na takie sytuacje, zwłaszcza gdy gafa przytrafi się osobie znanej, a najlepiej komuś z tzw. klasy politycznej. Tego samego dnia, w którym ujawniono kompromitującą wypowiedź Franciszka, na niecenzuralnym słowie przyłapano premierkę Włoch, Giorgię Meloni. Też się o tym rozpisywano.

Tyle że Franciszkowi takie sytuacje zdarzają się zbyt często. I zbyt często Watykan musi przepraszać za jego wypowiedzi albo tłumaczyć, co miał na myśli. Słowna dezynwoltura, widoczna zwłaszcza w wystąpieniach spontanicznych, to chyba najpoważniejszy problem tego pontyfikatu.

Tak było, gdy papież powiedział, że Czeczeni i Buriaci mają okrucieństwo we krwi. Albo gdy po zamachu na redakcję „Charlie Hebdo” mówił, że „jeśli ktoś ci obraża matkę, musi się liczyć z tym, że oberwie”. Albo gdy radził rodzicom homoseksualnego nastolatka, by zaprowadzili go do psychiatry. Kontrowersyjnych wypowiedzi na temat Rosji i Ukrainy nie ma tu nawet co przypominać. Dodajmy za to inne sytuacje: gdy trzepnął po rękach kobietę na Placu św. Piotra, zbyt natarczywie dobierającą się do jego sutanny, albo zakonnicę, próbującą pocałować go w pierścień.

A potem ludzie łamią sobie głowy, co nim kieruje i skąd bierze się ta „ciemna, agresywna strona jego charakteru” – jak mówił w „La Stampa” teolog Vito Mancuso, albo dlaczego bywa tak nieprzewidywalny i lubi „strzelać z biodra” – jak pisał John Allen w „Crux”. Bo naprawdę trudno zrozumieć, że człowiek, który powiedział do wierzącego homoseksualisty „kimże jestem, by cię oceniać” i który zgadza się, by błogosławiono jednopłciowe pary (nawet jeśli nie chodzi o związki), i który wprowadza do kurii kobiety, bo – jak mówi – mają nie tylko wysokie kompetencje, ale też empatię i spokój, nagle wyskakuje z homofobicznym i seksistowskim tekstem?

Stara śpiewka

Czyżby zmienił poglądy? Nic z tych rzeczy. Ci, którzy wiązali z Franciszkiem nadzieje, że zliberalizuje etykę seksualną, uzna osiągnięcia nowoczesnej antropologii i nauk społecznych w kwestii płci, zniesie obowiązkowy celibat i zgodzi się na diakonat kobiet, już dawno zrozumieli, że muszą się z nimi pożegnać. Jasne, a ostatnio też coraz częstsze wypowiedzi Franciszka, że za jego rządów nic się w tych kwestiach nie zmieni, nie pozostawiają złudzeń.

Jednak tym razem nie tylko oni są rozczarowani. Ale także ci, którzy się zachwycali, że „choć nie zmienia słów piosenki, to śpiewa ją na nową melodię”. Ostatni tydzień pokazuje, że wraca stara, dobrze znana śpiewka. Bo muszę szczerze wyznać, że nigdzie nie nasłuchałem się tylu „żartów o pedałach”, jak podczas spotkań (oczywiście prywatnych) z księżmi. I nigdzie nie miałem do czynienia z mizoginią (a także z plotkarstwem) w takim stężeniu. Być może za dużo w tych środowiskach przebywałem albo trafiałem na złe towarzystwo, które lubiło knajacki humor. Bo pewnie nie wszyscy są tacy.

Franciszek też taki nie jest. Trudno go podejrzewać o pogardę dla kobiet czy homoseksualistów. Ale wywodzi się z tego samego środowiska i przez lata nasiąkał mentalnością, która raz po raz, spontanicznie i mimowolnie, wyłazi mu spod skóry.

Dlatego wolę już moją klasę. Bo nawet we własnym gronie, za zamkniętymi drzwiami i przy alkoholu nikt sobie nie pozwolił na słowa obraźliwe, raniące czy poniżające: ani wobec osób LGBT, ani Ukraińców (a rzecz działa się – przypomnę – w Przemyślu), ani tzw. nielegalnych emigrantów. Chociaż przez całą noc o wielu rzeczach się mówiło.

Pewnie że 40 lat temu, w liceum, bywaliśmy i homofobami, i seksistami. Ale zmieniliśmy się, bo zmieniał się wokół świat. I nawet kolega z Trynidadu, krytykujący gejowskie błogosławieństwa i narzekający na polityczną poprawność, trzymał poziom. Bo nie o poprawność tu chodzi, tylko o klasę. A tę zawsze mieć warto.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”