„Goeiemorgen, bonjour” – zwrócił się do pasażerów konduktor, gdy maszyna znajdowała się jeszcze w Brabancji Flamandzkiej, w miejscowości Vilvoorde, między flamandzkojęzycznym Mechelen a dwujęzyczną Brukselą. Miły gest, ktoś pomyśli. Ale to Belgia, więc zrobiła się afera. Tu w końcu nawet Jan Paweł II nie ośmielił się ucałować ziemi po wyjściu z samolotu, by nie wywołać skandalu, że pocałował ziemię Flandrii, a nie Walonii. Prasa podała informację dopiero w połowie grudnia, choć wszystko działo się w październiku, ale rozeszła się błyskawicznie i w ciągu jednego dnia podchwyciły ją międzynarodowe tytuły. Cóż bowiem śmieszniejszego może się wydarzyć przed świętami niż spór językowy w małym kraju w środku Europy, na przedmieściach jej stolicy?
Skąd afera? Jeden z pasażerów zgłosił kolei skargę, bo technicznie rzecz biorąc, pociąg nie znajdował się jeszcze w stołecznym regionie, gdzie przedstawiciele publicznych zawodów muszą mówić dwujęzycznie, tylko wciąż we Flandrii. Konduktor powinien zatem mówić po flamandzku. Kolej tłumaczyła, chwaląc życzliwy gest swojego pracownika, że bezprawne byłoby użycie francuskiego bez towarzyszącego pozdrowienia po flamandzku, zaś wielojęzyczne pozdrowienie jest zwyczajnie sympatyczne. W podobnym tonie wypowiedział się minister transportu z partii Zielonych.
Czepialstwo pasażera pewnie nie spotkałoby się z takim zainteresowaniem, gdyby nie rosnące nastroje separatystyczne i nacjonalistyczne we Flandrii. Nawet przedstawiciel flamandzkiej partii chadeckiej nie zgadzał się z ministrem, twierdząc, że elastyczność reguł powoduje brak szacunku dla języka flamandzkiego. Tematem zajęła się państwowa Stała Komisja Kontroli Językowej, która rozpatruje skargi na naruszenie praw językowych, zwłaszcza w relacjach między administracją a obywatelem. Wydawać jednak może jedynie opinie, które mają autorytet moralny, ale nie są prawnie wiążące. Według statystyk 57 proc. Belgów mówi po flamandzku, a 42 proc. po francusku, 1 proc. po niemiecku i to są trzy oficjalne języki tego kraju. W 1962 r. wytyczono granicę językową, dzieląc kraj na językowe części: Walonię i Flandrię. W latach 80. stały się one autonomicznymi regionami, z dwujęzycznym Stołecznym Regionem Brukseli wciśniętym między nie.
Można się śmiać z obrony szacunku dla języka flamandzkiego, ale obie grupy językowe mają swoje na sumieniu. Pascal Smet z ugrupowania flamandzkojęzycznych socjalistów opowiadał o swoich perypetiach z wprowadzaniem angielskiego lektora w autobusach w stolicy kraju. Ponoć frankofońscy parlamentarzyści regionu Brukseli blokowali zmiany, mówiąc: wy, Flamandowie, przegraliście językową walkę o Brukselę, ale chcecie osłabić wpływ francuskiego, wprowadzając angielski! Nie pomogły wyjaśnienia, że to nie flamandzki Kulturkampf i że ważne dla turystów nazwy przystanków podawane są po angielsku nawet w Paryżu. Językowy rygoryzm ugiął się dopiero wobec pandemii, podczas której komunikaty po angielsku stworzono dla mieszkańców.
Życie bowiem swoje, belgijskie prawo swoje, a Bruksela swoje. Choć wszystko powinno być tu dwujęzyczne, więcej niż 55 proc. mieszkańców Brukseli nie urodziło się w Belgii, ale wciąż się integrują, ucząc się francuskiego, w którym mówi 81 proc. mieszkańców miasta. Kolejny jest angielski (prawie 47 proc.), flamandzki (22 proc.), hiszpański (14,5 proc.) i arabski (11,5 proc.) oraz wszystkie inne języki, które w tym jednym z najbardziej etnicznie różnorodnych miast świata można uświadczyć. Urzędnicy powinni mówić w obu językach. Kultura i jej instytucje prowadzone są w obu, często osobno. Na szczęście wielokulturowe miasto rozmiękcza te granice. I tak, przy ostatniej wizycie w gminnym dziale ewidencji ludności słyszałam, jak urzędniczka w okienku obok najpierw wykłada wszystko, co musi, po francusku, a potem już swobodnie przechodzi na swój i petentów rodzimy hiszpański.
Wielojęzyczność tutejszego świata uczy pokory. Dwa języki trzeba znać płynnie, nawet by obsługiwać kasę w warzywnej spółdzielni. Gdzie indziej przyjmująca zamówienie na zasłony dwudziestoparolatka obsługuje nas po angielsku, innych klientów zaś po flamandzku i francusku, a wzdycha do siebie po arabsku. Czasem płynność, z jaką przechodzą między tymi językowymi światami, jest imponująca. Innym razem utykasz w językowym limbo, bo po flamandzku nie mówisz, po francusku kaleczysz głoski, a ktoś ostentacyjnie nie chce cię zrozumieć. Niestety, na szpitalną telefonistkę, która nie próbuje zrozumieć koślawej wymowy, nie da się złożyć skargi do Stałej Komisji Kontroli Językowej. Nie narzekam, choć płacę podatki, nie jestem u siebie, rozumiem.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















