W przestrzeni publicznej coraz więcej ciszy. Czy to dobrze?

Oczywiście można powiedzieć, że teraz ludzie krzyczą w internecie. Może i tak, ale to tylko częściowo prawda.
Czyta się kilka minut
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara

W zapomnienie odchodzi powoli obyczaj krzyczenia na telewizor. Niebawem stanie się zjawiskiem równie egzotycznym i nieczytelnym jak uchylanie melonika lub noszenie ołówka za uchem. Może też dlatego, że krzyczenie idzie najmocniej w parze z telewizorem kineskopowym. 

Trochę jak w porzekadle o dziadzie gadającym do obrazu, praktykujący ten zwyczaj wyrzekał na kogoś, kto właśnie pojawił się na ekranie, odpowiadając na jego słowa tak, jakby uczestniczył w wymianie zdań, albo komentując w próżnej nadziei, że „ten kretyn” usłyszy i coś do niego faktycznie dotrze, zupełnie jakby nie był jedynie mirażem wytworzonym przez fale. 

Daremna uporczywość tego przedsięwzięcia bywała fascynująca, tak jakby ktoś wierzył, że krzycząc dostatecznie donośnie i wymyślając coraz lepsze wyzwiska, w końcu wpłynie na durnia z ekranu.

Oczywiście można powiedzieć, że teraz ludzie krzyczą w internecie. Może i tak, ale to tylko częściowo prawda. Papier może wszystko zniesie, ale jest to medium mniej odruchowe, łatwiej się tam zatrzymać w pół słowa i skasować. Owszem, czasami zdarzało mi się widywać skazane przecież od początku na porażkę próby wyperswadowania sztucznemu kontu, że ktoś wcale nie chce 10 milionów dolarów ani nie chce dowiedzieć się, jak niezawodnie uzyskać zbawienie, tak jakby odpowiedź fikcyjnej postaci miała działać jak najskuteczniejsze „a kysz”. 

Zdarza się także, że ktoś sprytnie odwraca wektor i to on krzyczy do kamery telefonu. Pewien influencer nawet zrobił z tego markę osobistą. Ale może dlatego zwraca uwagę, że po prostu dookoła się ścisza, i cisza albo umiarkowany szum staje się nowym standardem. Albo inaczej: dookoła może być głośno (przez remonty, auta, kosiarki), ale ludzie są cisi, zupełnie jakby wzięli sobie do serca biblijne błogosławieństwo.

Oczywiście ktoś powie: „ale ostatnio w pociągu ktoś się rozgadał przez telefon”. To się zdarza, ale rzuca się w uszy właśnie dlatego, że przerywa ciszę. Kilka razy już byłam świadkiem przywoływania gadających w komunikacji miejskiej do porządku. Być może dlatego, że krótka podróż to dla wielu szansa na odsapnięcie, a może i drzemkę.

Ale pojawiło się też inne kryterium, bardziej niepokojące, bo wskazujące na napięcia związane z pochodzeniem. Dla niektórych utrzymywanie ciszy w miejscach publicznych stało się testem na polskość; zasłyszałam już kilka razy, gdzieś czekając czy idąc, że nowe obyczaje dźwiękowe, takie jak głośne gadanie czy oglądanie filmów z telefonu bez słuchawek, znamionują nie-Polaka; nie wiem, czy to w ogóle zgodne z faktami, ale taki wybrzmiał sentyment. 

Ludzie są skłonni do dzielenia się i krytykowania pod tym względem niejako z zasady (polecam książkę Marty Michalskiej o dźwiękach dawnej Warszawy i o tym, kto nie lubił włoskich kataryniarzy), a skoro pojawił się nowy powód, to zapewne będą robić to jeszcze chętniej. Wiesław Myśliwski pisał niegdyś, że telewizor stał się zabójcą domowej gawędy, zmieniając mieszkańców polskiej wsi z opowiadaczy w biernych słuchaczy. 

Być może mamy do czynienia z kolejnym rozdziałem tej opowieści. Perorowanie i krzyczenie w powietrze mogło znaczyć, że komuś wykipiał monolog wewnętrzny i zaczął żyć poza kontrolą własnym życiem, nie bacząc na publiczność lub jej brak. Była to charakterystyczna odmiana teatru przypadkowego lub nieobecnego widza, na pewno świadcząca o jakiejś palącej potrzebie, by nie rozmawiać, ale mówić – i może słyszeć siebie samego.

Czy powszechne ucichnięcie, a zarazem wszechobecność dostępnych od ręki źródeł nieustannej nawijki oznacza, że monolog wewnętrzny jako zjawisko wygasa, a my wolimy słuchać jednym uchem, gdy ktoś wyręcza nas w mówieniu?

Niestety nie mogę poświadczyć przykładem własnym; moje myśli nie objawiają się jako mowa i jeśli mam jakiś wewnętrzny monolog, jedyne, co robi, to podśpiewywanie starych piosenek zespołu Big Cyc. Kto wie, może nie jestem jedyna i w wielu głowach zamiast znajomo gderającego głosu rozlega się teraz jakieś granie na czekanie.

Ten telewizor chyba zniósł wiele krzyków // Fot. Olga Drenda

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru NR 48/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Jak krzyczeć do telewizora