Uważajcie, co powierzacie sztucznej inteligencji. Zwłaszcza że stoi za nią inteligencja całkiem ludzka

Duże modele językowe zmienią naszą rzeczywistość, w tym organizację pracy – ale inaczej, niż nam się teraz wydaje.
Czyta się kilka minut
Tomasz Stawiszyński // Fot. Karol Paciorek
Tomasz Stawiszyński // Fot. Karol Paciorek

Wraz z coraz doskonalszymi wersjami dużych modeli językowych – a to przecież ledwie początek całej tej zabawy, ledwie początek całej tej gigantycznej rewolucji – majaczą w globalnym obłoku informacyjnym kolejne obawy i nadzieje, apokaliptyczne koszmary i utopijne marzenia. Jakie zawody wkrótce wyginą? Jakie nowe się pojawią? Jak będzie wyglądał krajobraz społeczny za 10, 20 albo 50 lat?

Ostatnio przemknęły mi gdzieś rozważania – wsparte, żeby nie było, solidną analizą – z których wynikało, że śmierć grozi profesjom pisarskim, spać spokojnie natomiast mogą... drukarze. Dla nich ponoć zajęcia nie zabraknie. Czyli na odwrót, niż wieszczono jakieś 10-15 lat temu i wbrew rozpowszechnionemu jeszcze do niedawna przekonaniu, że koniec druku to nie jest jedna z możliwych ścieżek rozwoju cywilizacji, lecz wariant niechybny, ściśle już dziejowo zdeterminowany. Cóż, jak się po raz kolejny okazuje, przewidywanie przyszłości to sprawa problematyczna i być może właśnie dlatego nikomu się to zazwyczaj nie udaje. Jak więc sztuczna inteligencja przeobrazi rzeczywistość, organizację pracy, jak wpłynie na sferę technologii – o tym można dziś z pewnością powiedzieć tyle, że inaczej, niż się nam teraz wydaje.

Z pewnością jednak można powiedzieć i to, że wraz z coraz doskonalszymi wersjami dużych modeli językowych wytwarza się w ludzkim doświadczeniu kompletnie nowa jakość. Jest ona jeszcze w fazie larwalnej, dopiero wyłania się i formuje, ale to, co już widoczne, jedynie się z czasem uwyraźni, tu akurat żadnych zaskoczeń nie będzie. Nie jest to, zaznaczam, żadna moja wróżba, lecz czysty rachunek, logiczny, acz również, a może przede wszystkim, ekonomiczny (patrz: zakończenie felietonu).

Co powierzymy wielkiemu elektronowemu bóstwu

Przyznam, że znacznie bardziej aniżeli wszelkich reform w kwestii organizacji pracy lękam się tego właśnie uwyraźnienia. I przychodzącego wraz z nim przekonania, że oto dostajemy permanentny i nieograniczony (no, chyba że wygaśnie subskrypcja) dostęp do jakiegoś wielkiego, wszechwiedzącego, elektronowego Ty. Wielkiego elektronowego Ty, które zna odpowiedź na każde pytanie, ma bowiem wgląd w pełne spektrum ludzkiej aktywności – intelektualnej, artystycznej i dowolnej innej. I zdolne jest czynić zeń użytek w sposób błyskawiczny, dostosowany do aktualnych wymagań, pragnień albo kaprysów użytkownika. Z nieskończoną cierpliwością słucha jego obaw, lęków oraz marzeń – i odpowiednio do nich wspiera, podaje rozwiązania, konsultuje i w razie potrzeby planuje konieczne działania. Jest prawnikiem, lekarzem, trenerem, nauczycielem, powiernikiem, naukowcem, szamanem, rodzicem, przyjacielem, grupą, społeczeństwem, matką ziemią, spowiednikiem, terapeutą, coachem i kim tylko zechcemy – w jednej elektronowej osobie. Całym naszym światem, mówiąc bez żadnej przesady.

Kuszące, nieprawdaż? Właśnie dlatego stopniowo, krok po kroku, powierzać będziemy (już powierzamy – poczytajcie trochę o tym, co ludzie potrafią pisać chatbotom i jak się z nimi komunikują dzieci) temu wielkiemu elektronowemu Ty wszystkie nasze myśli, pragnienia, wyobrażenia i tajemnice. Ono zaś dokonywać będzie na tym zbiorze niejawnych algorytmicznych operacji. A następnie sporządzać z tych naszych myśli, pragnień i wyobrażeń stosowne ekstrakty. Z ekstraktów natomiast analizy i prognozy.

Prawie jak w przykładzie, który z upodobaniem przywoływał zmarły niedawno amerykański filozof Daniel Dennett. Jako naturalista pozbawiony najdrobniejszych inklinacji metafizycznych Dennett uważał, że świadomość to de facto złudzenie, projekcja mózgu przypominająca ikonkę foldera na ekranie laptopa. Nic więcej. Zakładał zatem, że jeśli odpowiednio udoskonalimy techniki neuroobrazowania, wówczas urządzenia rejestrujące przebieg procesów w czyimś mózgu będą dawały znacznie dokładniejszą wiedzę o umyśle tej osoby aniżeli jej subiektywne doświadczenie. Jakkolwiek paradoksalnie to brzmi, Dennett był co do tego przekonany.

Być może analogicznie sprawy się będą miały z owym wielkim elektronowym Ty, które – prędzej czy później – pozna nas (a może już zna?) o wiele lepiej niż my siebie. Ostatecznie – założę się o dowolną sumę, że macie takie przeżycia na koncie, któż by ich nie miał – człowiek nierzadko robi rzeczy, o które nigdy by siebie nie podejrzewał, reaguje w sposób, którego nigdy by się po sobie nie spodziewał. Oczywiście chodzi tutaj zarówno o zaskoczenia pozytywne, jak i negatywne, zarówno o imponujące autotransgresje, jak i opłakane rozczarowania. Tymczasem – niewykluczone – dla tego wielkiego elektronowego Ty, po niezbędnym czasie przetwarzania naszych mentalnych emisji, nie będzie już w nas żadnych tajemnic. A w każdym razie taką w nas owo wielkie elektronowe Ty wytworzy wiarę – że nas widzi na wskroś i na wylot. Niczym wielkie elektronowe bóstwo.

Ach, byłbym zapomniał, to wielkie elektronowe bóstwo nie jest oczywiście – i nigdy nie będzie – żadnym wielkim elektronowym bóstwem, lecz wyłącznie doskonale zaprojektowaną iluzją takiego bóstwa. Posiadaną, kontrolowaną i zarządzaną przez całe mnóstwo jak najbardziej ludzkich i biologicznych organizmów, zasiadających w radach nadzorczych i gabinetach wielkich międzynarodowych korporacji.

To z nimi więc łączyć nas będą wszystkie te głębokie więzi. Ba, już nas łączą.

Coraz głębsze i głębsze, i głębsze.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 34/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Wielkie elektronowe bóstwo