Van Der Graaf Generator

Kolejny z serii niemożliwych powrotów: po niemal 30 latach ukazał się nowy, podwójny album Van Der Graaf Generator - zespołu, który ze względów chronologicznych należałoby umieścić w nurcie brytyjskiego rocka progresywnego, gdzieś w pobliżu King Crimson, Genesis i Gong, zarazem jednak postrzegać trzeba jako zjawisko całkowicie osobne.
Czyta się kilka minut
 /
/

EMI rozpoczęło właśnie wznawianie zremasterowanych klasycznych albumów VDGG, okazja do porównań narzuca się więc sama. “Present" brzmi jak kontynuacja ich najdojrzalszych dokonań, zwłaszcza płyty “Godbluff". Co nie znaczy, że brzmi anachronicznie: ten zespół zawsze wyprzedzał epokę. Z taką swobodą ze środków rocka psychodelicznego, progresywnego, free jazzu i muzyki korzystali jedynie muzycy sceny Canterbury czy przedstawiciele Kraut-rocka.

Najważniejszą osobą w zespole był i jest Peter Hammill, którego bogata twórczość solowa jest w Polsce znana znacznie lepiej niż nagrania macierzystego zespołu. Jego wysokiej próby teksty i głos o niespotykanie szerokiej skali ekspresji (charakterystyczne błyskawiczne przejścia od szeptu do krzyku) nadają muzyce VDGG szczególny rys mrocznego dramatyzmu. Na “Present" charyzma Hammilla nie dominuje nad całością; muzycy pracowali demokratycznie, a ze starcia ich osobowości, wyobraźni, muzycznych preferencji i umiejętności narodziła się nowa jakość.

Pierwszy dysk to kompozycje charakterystyczne dla stylu VDGG: wydobywający się na pierwszy plan jazgotliwy jazzowy saksofon Davida Jacksona, surowe riffy gitary Hammilla, budujące tło brzmienie organów Hugh Bantona, zarazem delikatne i monumentalne, oraz narzucająca częste zmiany rytmu gra perkusisty Guya Evansa. To wciąż muzyka “nielekka, niełatwa i nieprzyjemna", ale “nieprzyjemność" owa ma różne wymiary: od wściekłego, apokaliptycznego “Every Bloody Emperor", przez niemal radosny, funkujący “Boleas Panic" i pełen niepokoju “Nutter Alert" aż po elegijny, oszczędny “On the Beach". Luźna kompozycja, przesterowane brzmienie instrumentów, oszczędna produkcja sprawiają, że nie sposób określić tych utworów jako “piosenki", a jednak rytmy i melodie zapadają w pamięć, fascynuje i niepokoi śpiew Hammilla.

Drugi dysk to wolne improwizacje (trochę w stylu Ornette Colemana). Tu najwyraźniej widać, jak wiele do zespołu wnosi Banton: wcześniejsze próby improwizacji pozostałych muzyków dawały mizerne efekty, tym razem jest inaczej, a takie utwory, jak “Double Bass" czy “Manuelle" ujmują radością wspólnego grania. Trudno taką radość udawać - to ona jest najlepszym dowodem, iż reaktywacja zespołu nie jest posunięciem komercyjnym, lecz dokonała się z najgłębszej potrzeby tworzenia.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 44/2005