Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Urodziny księdza Jana

Waga: kilogram i 20 gram. Stan: nie rokujący szans na przeżycie. Urodził się 41 lat temu, przeżył 38 lat, zostawiając po sobie hospicja, dziesiątki wychowanków i pamięć charyzmatycznego duszpasterza...

Reklama

Urodziny księdza Jana

Urodziny księdza Jana

19.07.2018
Czyta się kilka minut
Waga: kilogram i 20 gram. Stan: nie rokujący szans na przeżycie. Urodził się 41 lat temu, przeżył 38 lat, zostawiając po sobie hospicja, dziesiątki wychowanków i pamięć charyzmatycznego duszpasterza. Publikujemy fragmenty rozdziału wydanej przez WAM biografii „Jan Kaczkowski. Życie pod prąd”, opisujące m.in. niezwykłe okoliczności jego narodzin i portretujące matkę duchownego, Helenę Kaczkowską.
Ks. Jan Kaczkowski / Fot. Grażyna Makara
Ks. Jan Kaczkowski / Fot. Grażyna Makara
Z

Z mroku kościoła wyłania się podświetlana, biała postać – wyrzeźbiony ponad pół wieku temu święty Antoni wznosi do góry palec. Dzięki wiązkom odbitego światła widać też, choć niewyraźnie, dwie klęczące przed ołtarzem postaci. Księdza w sutannie i – jakieś półtora metra na lewo – kobiety. On ma ręce złożone do modlitwy. Ona zakrywa twarz prawą dłonią. Między nimi, na wysokości głów, widać niewielki obraz Matki Boskiej. Tyle fotografia.

Jej autor zapamiętał więcej. Na przykład, że chwilę wcześniej szli deptakiem, a ona się śmiała i droczyła, że dalej pójdą osobno (wszystko przez jego – kupiony kiedyś w Rzymie – kapelusz z absurdalnie wielkim rondem). Że prawdopodobnie nie mieli w planach kościoła – on w którymś momencie rzucił do niej coś w rodzaju: „Wejdźmy do środka”. I że kiedy byli już wewnątrz, skierowali się do nawy bocznej, tej z figurą świętego. A on znowu coś do niej powiedział. Coś, co wywołało jej poruszenie…

– Robiłem Jankowi zdjęcia w wielu prywatnych sytuacjach – opowiada Damian Kramski, fotoreporter. – Ale wtedy poczułem, że jestem na granicy. To moment: robisz zdjęcie i od razu się orientujesz, że nawet cichy dźwięk migawki jest zbyt głośny. Wyszedłem.

Miejsce, z którego pochodzi zdjęcie, to znajdujący się na sopockiej promenadzie przy Monte Cassino kościół świętego Jerzego. Czas: poniedziałkowy poranek, 9 lipca 2012 roku – sądząc po ubiorze kobiety, chłodny jak na tę porę roku. Klęczące postaci to ksiądz Jan Kaczkowski, wówczas trzydziestopięciolatek (za dziesięć dni będzie obchodził urodziny) i Helena Kaczkowska, jego mama. On sześć tygodni wcześniej dostał diagnozę nieuleczalnego glejaka mózgu IV stopnia, a przed pięcioma tygodniami przeszedł pierwszą operację mózgu.

Lipiec 2012 roku – za kilka miesięcy za sprawą zainteresowania mediów ksiądz z fotografii stanie się znany w całej Polsce. Przez następne czterdzieści miesięcy zostanie współautorem kilku książek, wygłosi ponad setkę homilii, udzieli mnóstwa wywiadów. Będzie opowiadał o chorobie, nierzadko wchodząc głęboko w przeżycia swoje, ale też swoich bliskich. Najwięcej będzie mówił o tacie, nieco mniej o rodzeństwie: starszej o dwa lata Magdzie i starszym o sześć lat Filipie.

Historia medialnej hiperaktywności księdza Kaczkowskiego będzie jednak równocześnie historią milczenia jego mamy. Wypowiadać się publicznie, a po marcu 2016 roku wspominać syna będzie ojciec – Helena Kaczkowska przez cały okres choroby nie powie w mediach ani słowa. Wyjątek to – udzielony wspólnie z mężem – wywiad na potrzeby wydanej już po śmierci syna książki Katarzyny Jabłońskiej i księdza Jana Kaczkowskiego „Żyć aż do końca. Instrukcja obsługi choroby”.

Duchowny w pierwszej książce współtworzonej z Jabłońską („Szału nie ma, jest rak”) powie: „Mama mówi, że kiedy umrę, ona rozpadnie się na kawałki”. Będzie też wspominał o wspólnych, odprawianych prowizorycznie mszach: tylko dla nich dwojga. Na przykład o momencie, gdy wypowiadając zdanie „Spowiadam się Bogu Wszechmogącemu” dodaje szeptem: „I Tobie, mamo”. „Wiesz, kiedy mszę świętą odprawia syn, który ma raka mózgu, i słów tych słucha jego matka – i oboje wiemy, że za chwilę ten rak mnie zabierze – to trudno się nie wzruszać” – zwierzy się, przywołując również czytany wspólnie z mamą fragment Hymnu o miłości. „Nie wiem, czy nasza miłość z mamą wszystko przetrzyma…” – powie.

Ponad rok później, w wywiadzie rzece zawierającym między innymi wątki autobiograficzne, opowie nieco więcej Piotrowi Żyłce o tym, jak zapamiętał mamę z czasów swojego dzieciństwa. Ale też zaznaczy: mama nie życzy sobie, by o niej mówić. Poza tą jedną informacją: że „strasznie nas kocha”.

Dwa miesiące przed śmiercią nagra cykl vlogów „Droga krzyżowa z księdzem Janem Kaczkowskim”. W odcinku poświęconym Stacji IV („Jezus spotyka swoją matkę”), wyniszczony już wyraźnie przez chorobę, powie między innymi: „Czy Chrystus spotkał matkę tak z bliska, face to face? Nie wiem, ja wolę to sobie wyobrażać nie tak oczywiście. (…) Ona być może zza węgła śledzi swojego Syna, cierpiąca, i ich spojrzenia, pełne miłości i pełne bólu, gdzieś się spotykają. (…) To jest chyba najbardziej dojmujące doświadczenie: dziecko umiera, dziecko katowane, mimo że dorosłe, a może zwłaszcza dorosłe. «A ja nic nie mogę zrobić».

(…) Czy można powiedzieć jakieś pocieszenie rodzicom, kiedy tracą własne dzieci? Uważam, że nie, bo jestem w takiej sytuacji. Nie jestem w stanie przygotować moich rodziców na moją własną śmierć. Chociaż próbowałem. Ale uważam, że popełniłem błąd, bo każdy musi w to wchodzić we własnym rytmie. Ja próbowałem za nich odrobić pewne etapy, co się nie udało. Teraz odpuściłem i pozwalam, żeby każdy z nas przeżywał to wszystko w swoim tempie. Dziwię się czasem, kiedy – że tak powiem – «zanęcam» temat, że mogę umrzeć, a moja mama kompletnie go wypiera. Ma do tego prawo. Mówi: «A ja na ciebie patrzę i w to nie wierzę». Ma prawo w to nie wierzyć, ale fakty są inne.

Biedna, nieszczęsna moja mamo i biedne nieszczęsne mamy moich kolegów czy koleżanek – młodych współchorych! Jak wam pomóc? Czasem mówicie, że jak wasze dzieci umrą, to chciałybyście się rozpaść na kawałki. Doświadczone matki, które straciły dzieci, pokiwały głową z takim uśmiechem, jakby chciały powiedzieć, że więcej wiedzą, i powiedziały: «Chciałyby»”…

Nie oglądam zdjęć z dzieciństwa

Najpierw będzie na drugim planie: witająca w progu, ciepła, miła, choć równocześnie zdystansowana. I szykująca kolejne posiłki: przystawkę, danie główne, deser. Wszystko w nienagannym stylu, szykownie podane. Na przełomie 2016 i 2017 roku – to wtedy zaczynamy spotykać się w Sopocie – Helena Kaczkowska nie wie jeszcze, czy o synu będzie miała siłę opowiadać (…).

W kwietniu 2017 roku nastąpi przełom: udzieli mi kilku wypowiedzi, ale w towarzystwie męża. Coś do jego zdań dodając, uzupełniając, czasami rytualnie – jak to w wielu doświadczonych, ale zasadniczo zgodnych małżeństwach – drocząc się o jakąś datę czy anegdotę. Niezobowiązująco: będzie co i rusz wstawać od stołu, krzątać się po kuchni, jakby chciała powiedzieć: „Opowiadam, ale tylko przy okazji”.

A potem nadchodzi maj 2017 roku. Piękne słoneczne popołudnie – za oknem większy niż zwykle gwar, bo do Sopotu zaczynają zjeżdżać letnicy. Od śmierci Jana minęło czternaście miesięcy. Po raz pierwszy rozmawiam z Heleną Kaczkowską sam na sam. Na początek przeglądamy opasłe teczki z dokumentami. Rysunki dzieci: jakieś postaci, uśmiechnięte słoneczko, dom, drzewa – na oko skreślone ręką kilkulatka (autorzy to cała trójka dzieci Kaczkowskich – trudno dziś dociec, którą pracę stworzyło które). Zdjęcia z seminarium podczas wizyty Jana Pawła II. Kwity dokumentujące operacje oczu – z lat 1981–85. Świadectwa z religii – okres podstawówki. Akt urodzenia. Paszporty z różnych okresów życia – te PRL-owskie wraz z otrzymanym całkiem niedawno. Napisana na maszynie licealna praca z języka polskiego… Przez pół godziny przerzucamy tę stertę papierów: wbrew chronologii, chaotycznie, dość pospiesznie, nie zatrzymując się nad żadnym z wątków dłużej niż kilkadziesiąt sekund.


Czytaj także: Ks. Adam Boniecki w pierwszą rocznicę śmierci ks. Kaczkowskiego


– Dlaczego milczenie? – Helena Kaczkowska powtarza zadane przeze mnie pytanie, i robi krótką pauzę. – Przez okres choroby Jana byłam bardzo zajęta. Ziuk wszędzie z nim jeździł, ja siedziałam w domu. Kiedy wracali, trzeba było Jana rozpakować, zrobić kolacyjkę. Gdy wyjeżdżali, było prasowanie, pakowanie, przygotowywanie. Nie miałam już siły na nic więcej.

– Kiedy Jan udzielał wypowiedzi, zastrzegała pani: ani słowa o mnie…

– Pan już pewnie to zauważył. Ja lubię mówić, ale nie lubię się zwierzać. Całe życie uczyłam młodych ludzi mówić, całe moje życie polegało na mówieniu… Mogłabym oczywiście mówić dużo, ale beznamiętnie nie chciałam, a emocjonalnie nie miałam siły. To wszystko jest jeszcze jakby poza mną. To, co mówię, nawet teraz, wydaje mi się sztuczne. Mogę opowiadać o jego czterech ostatnich latach życia. Z poprzednimi jest gorzej. Wolę być z nim dorosłym, chorym.

– Kiedy ogląda pani zdjęcia z dzieciństwa…

– Nie oglądam zdjęć z dzieciństwa. Rozmawiałam ze znajomą, która straciła ukochanego męża. „Wiesz, ja pamiętam tylko ten rok, kiedy on był chory” – powiedziała. A tych wcześniejszych, szczęśliwych, już nie. Ta znajoma nad tym ubolewała. Ja do ubolewania mam daleko.

(…)

Inkubator

To tylko jedno z listy pytań, których nie będę miał śmiałości zadać Helenie Kaczkowskiej. O analogię między przyjściem na świat a odchodzeniem.

O tym, jak wiele te momenty łączy, mówił Katarzynie Jabłońskiej sam ksiądz Kaczkowski: „Towarzyszenie człowiekowi w umieraniu to jedno z moich najważniejszych zadań w hospicjum i w ogóle w moim kapłaństwie. Śmierć jest momentem, w którym umierający staje się wyjątkowo kruchy i bezbronny. Jest jak noworodek, który przychodzi na świat” – mówił, i dodawał: „Sam nie pamiętam oczywiście swojego przyjścia na świat, ale byłem przy narodzinach dwójki dzieci, wiem, jak się to odbywa, zatem mogę sądzić, że także dla przychodzącego na świat dziecka sam proces narodzin nie jest raczej radosnym doświadczeniem. Wydaje mi się, że to musi być trudne przeżycie – świat, na który przychodzimy, jest obcy i w chwili narodzin dla niemowlęcia – z jego perspektywy – chyba raczej mało przyjazny. (…) Proces narodzin siłami natury boli, przypuszczam, nie tylko rodzącą, ale i jej dziecko. A pierwszy krzyk dziecka, zaraz po narodzinach, wcale nie wydaje mi się krzykiem radości, a raczej przerażenia. Niemowlę atakują przecież chłód, światło i zupełnie inna rzeczywistość niż ta, w której dziecko dotychczas się rozwijało. Ta nowa rzeczywistość swą intensywnością milionkrotnie przekracza tę z brzucha mamy, co dla takiego bezbronnego dziecka musi być czymś arcytrudnym. Jednak potem, w miarę dorastania, nie chcemy się już cofnąć i wrócić do brzucha naszej matki. Podobnie jest ze śmiercią – ona sama może być procesem budzącym lęk, wręcz przerażającym. Tu też musimy się przecisnąć przez ten «kanał rodny śmierci» do – jak my, chrześcijanie, wierzymy – nowego życia”.

Przychodzenie-odchodzenie: ta analogia w jego przypadku ma jeszcze jeden wymiar.

– Jan był śmiertelnie chory, ale mijały tygodnie, miesiące, potem lata… Miałeś taką myśl: „Może powtórzy się historia z narodzin”? – to pytanie zadaję między innymi Grzegorzowi Bernasikowi. Rozmawiamy w styczniu 2017 roku w siedzibie Radia Kraków, gdzie Bernasik – dla Magdy, Jana i Filipa bliski kuzyn, niemal brat – pracuje jako dziennikarz. Był świadkiem zarówno trudnych narodzin Jana, jak i jego odchodzenia trzydzieści osiem lat później.

– Myślałem tak, ale to było trochę bujanie w obłokach między snem a dniem – odpowiada Bernasik. – Myślałem, że cudem ocalony podczas narodzin Jan może będzie znowu ocalony. Że będzie miał szczęście, skoro już raz mu dopisało. Przecież wtedy też to mogło się skończyć w każdej chwili, a się nie skończyło.

19 lipca 1977 roku, godzina dziewiąta dwadzieścia pięć. Wersje zdarzeń – jak to bywa w rodzinach, gdzie anegdota to materia zmienna i żywotna – są dwie. Wedle pierwszej, nieco bardziej dramatycznej, ale i – wszystko na to wskazuje – zmitologizowanej po latach przez samego Jana, rodzi się w szpitalu w Gdyni-Redłowie dziecko w zasadzie nielegalne. „Minimalna waga urodzeniowa, w czasie kiedy przyszedłem na świat, wynosiła tysiąc gramów. Urodziłem się, ważąc dziewięćset osiemdziesiąt gramów, a więc jako żywe poronienie” – opowie Piotrowi Żyłce w książce „Życie na pełnej petardzie”.

Wedle wersji drugiej, nieco tylko mniej dramatycznej, za to najwyraźniej zgodnej ze stanem faktycznym, urodzony w siódmym miesiącu ciąży chłopiec ma tysiąc dwadzieścia gramów wagi ciała. Pielęgniarki wpisują w akt urodzenia liczbę dziewięćset osiemdziesiąt, by w razie – bardzo wówczas prawdopodobnej – śmierci dziecka zdjąć ze szpitala ewentualną odpowiedzialność.

– Akcja porodowa zaczęła się, gdy leżałam już ze dwa, trzy tygodnie w szpitalu – wspomina Helena Kaczkowska. – Pani doktor chciała mi trochę pomóc, wypychając dziecko za pomocą nacisku na brzuch, a ja ją odruchowo odepchnęłam. Byłam przekonana, że dziecko jest żywe. Urodził się, nie krzyknął… Po chwili zaczął oddychać, a potem natychmiast przetransportowano go do inkubatora.

(…)

„Wcześniak z porodu pośladkowego urodzony w stanie ciężkim. (…) W pierwszych dwóch tygodniach życia duże zaburzenia oddychania i krążenia, obrzęki twardzinowe. Apatyczne. Brak odruchów” – czytam w opisie znajdującym się w zachowanej Książeczce Zdrowia Dziecka Jasia Kaczkowskiego. W tym samym opisie znajduje się informacja, że dziecko po trzeciej i piątej minucie od urodzenia dostało trzy punkty w dziesięciopunktowej skali Apgar, co nawet dzisiaj byłoby informacją alarmującą, oznaczającą ryzyko śmierci lub upośledzenia.

To może dość oczywiste, ale jednak konieczne zastrzeżenie: są późne lata siedemdziesiąte – PRL-owska rzeczywistość służby zdrowia nijak się ma do czasów dzisiejszych, w których ratowanie dzieci nawet kilkusetgramowych jest normą. – Wcześniak na granicy życia i śmierci – opowiada o tamtych dniach Józef Kaczkowski. – Lekarze nie dawali większych szans, bo dzieci tak szybko urodzone przeżywały wówczas rzeczywiście rzadko. Pytałem pielęgniarkę: „Czy on żyje?”, a ona odpowiadała: „Pójdę i zobaczę”… Wreszcie wraca: „Tak, żyje”. Docierając tam codziennie, miałem różne myśli. A potem widziałem go leżącego w inkubatorze. Szczurek. Chude to – nóżki i rączki jak patyki. No i te nieproporcjonalnie wielkie stopy. „Dziadek” – tak na niego mówiłem prawie od początku, bo był chudy, cherlawy i pomarszczony. „Jak tam dziadek?” – pytali mnie koledzy w pracy.


Czytaj także: Błażej Strzelczyk, Przemysław Wilczyński: Lekcje księdza Kaczkowskiego


Atmosfera niepewności udziela się nie tylko rodzicom. Musiała być intensywna, skoro zapamięta ją nawet spędzający wakacje na Wybrzeżu kuzyn nowo narodzonego. – To było jak grom z jasnego nieba – opowiada Grzegorz Bernasik. – Szary, ponury dzień. Pamiętam moją mamę, a ciocię Jana, i jej słowa: „Ziuk mówi zdrowaśki, ciocia w szpitalu, a braciszkowi to nie można na razie za bardzo wierzyć”. Tak to zostało podane mnie, dziesięciolatkowi, który w przerwach między kopaniem piłki i graniem w kapsle poświęcił chwilę uwagi temu, że rodzi mu się kuzyn. Z następnych dni pamiętam, jak stoimy pod szpitalem, bo nas nie wpuścili do środka. Moja mama trzyma na ręku Magdę, całuje ją nerwowo, płacze i próbuje – chyba na migi, przez okno – rozmawiać z ciocią Heleną. Trudno nawet powiedzieć, że towarzyszyła temu atmosfera niepewności. Była raczej pewność, że to potrwa dzień, dwa, że nie ma cudów. Dość powiedzieć, że gdy Jan się urodził, to przez wiele lat nikt go nie pobił, jeśli idzie o przeżywającego swoje narodziny tak wczesnego wcześniaka. Jeszcze przez jakiś czas byłem na północy na wakacjach i każdy kolejny dzień zaczynaliśmy od wieści ze szpitala. Trzeba było tam iść albo ewentualnie zadzwonić z telefonu stacjonarnego, żeby połączyć się z jakąś znajomą pielęgniarką, która może coś wie, a może nie wie…

Ani Helena, ani Józef Kaczkowski nie pamiętają, kiedy atmosfera niepewności zamieniła się w spokój. Lekarze odetchnęli najwyraźniej po kilkunastu dniach, gdy można było zaniechać podawania – stosowanego dotąd z przerwami – sztucznego tlenu. Choć w inkubatorze pozostał do szóstego tygodnia życia. „Stan dziecka od trzeciego tygodnia życia wolno, ale systematycznie poprawia się. Zaczęło przybierać na wadze” – napisano w Książeczce (…).

Józef Kaczkowski: – Gdy wylądował w domu, wyglądał już na „podhodowanego”, przypominał wreszcie dziecko. Zaczęliśmy go cierpliwie karmić, kropla po kropli, bo nie bardzo chciał jeść.

(…)

Kaczkowscy wiedzieli już wtedy, że wcześniactwo Jana odbiło się na jego fizycznej kondycji. Zaważy to nie tylko na latach dzieciństwa, ale też w jakimś sensie na całym życiu przyszłego księdza.

Kawałek kości bez mięsa

Warto przyjrzeć się bliżej miejscu i czasowi, na które przypadają pierwsze lata życia Jasia Kaczkowskiego.

(…)

– Ludzi tu znałem niewielu, bo część znajomych ze studiów się rozpierzchła, a nowych kontaktów jeszcze za wiele nie miałem – wspomina Józef Kaczkowski. – Zapamiętałem więc końcówkę lat siedemdziesiątych głównie jako intensywny czas rodzicielski. Pracowałem w Hydrobudowie, a dorabiałem, tłumacząc teksty specjalistyczne z francuskiego. Z Heleną się mijaliśmy, bo po południu prowadziła zwykle kursy.

Kaczkowscy materialnie mają się z pewnością lepiej niż przeciętna polska rodzina: ona pracuje na uniwersytecie, podejmuje też dodatkowe prace jako lektorka i tłumaczka. On jest inżynierem (…)  

Co nie znaczy, że omijają ich ekonomiczne problemy, z brakiem podstawowych towarów i kolejkami na czele. – Było średnio na jeża, bez żadnych luksusów, choć nigdy nie cierpieliśmy biedy – wspomina Józef Kaczkowski. – Mogliśmy sobie nawet pozwolić na wyjazdy w góry. Z drugiej strony trzeba było na przykład czasami wstać w nocy, by ustawić się w jakiejś kolejce.

O tych kolejkach między innymi rozmawiam w Gdyni z Anną i Krzysztofem Dowgiałłami. Do Kaczkowskich zbliżyli się jeszcze w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych, mieszkając blok w blok na Kamiennym Potoku. Początkowo spotykają się głównie panie. Józefa Kaczkowskiego i Krzysztofa Dowgiałłę, później działacza Solidarności, autora wiersza Ballada o Janku Wiśniewskim, połączy bliżej dopiero działalność opozycyjna na początku lat osiemdziesiątych. Helena Kaczkowska i Anna Dowgiałło chodzą między blokami, pchając wózki – z Jasiem i najmłodszym synem Dowgiałłów, których dzieli ledwie rok. Rozmawiają, popalają papierosy.

– W kolejkach spędzałyśmy z Helenką dużo czasu, bo dzieci było dużo, no i wszystko to dużo jadło – śmieje się Anna Dowgiałło. – Na Kamiennym Potoku, bodaj przy Wejherowskiej, był sklep mięsny. Tłum, bo akurat nadchodziły jakieś święta, zbliżamy się powoli do lady. No i widać z daleka, że towaru coraz mniej: tego prawie nie ma, tamto wykupione. W końcu przyszła nasza kolej, Helena podchodzi zrezygnowana do ekspedientki i mówi: „Ja poproszę taki ładny kawałek kości bez mięsa”… Przejęzyczyła się, umęczona tym staniem.

(…) metraż, w którym żyją w tym czasie Kaczkowscy, wielkiego wrażenia nie robi: nieco ponad czterdzieści metrów kwadratowych, trzy niewielkie pokoje i pięcioosobowa rodzina. Niewiele, choć na ówczesne standardy i tak nieźle. Gdy w kwietniu 2017 roku pójdę – w towarzystwie siostry Jana, Magdaleny Sekuły, i Agnieszki Jung – na spacer śladami dzieciństwa, uda nam się wejść na moment do znajdującego się na dziesiątym piętrze byłego mieszkania Kaczkowskich. Do środka wpuszcza nas młode małżeństwo z dzieckiem. Jeszcze w progu przyznają: całkiem niedawno dowiedzieli się, że kiedyś mieszkał tutaj „ten ksiądz Kaczkowski”.

(…)

– Tędy wleciał kiedyś do środka ptaszek i niestety wpadł do patelni – Magda pokazuje na kuchenne okno.

Przechodzimy do kolejnych pomieszczeń: – Łazieneczka, teraz piękna. Wtedy wanna, stara pralka, kibelek i umywalka.

– No i hol, w którym dużo się działo. Rodzice mieli na kanapach cztery wielkie poduchy, na których albo jeździliśmy po podłodze, albo budowaliśmy z nich ściany – dodaje Magda, gdy już wychodzimy.

Motyw zbyt małego metrażu zapamiętała też Anna Dowgiałło: – Helena strasznie biedna, narzekała. Dzieci były ruchliwe, potem wszystkie dość dużej postury. A kuchenka rzeczywiście malutka. Kiedyś przychodzi do mnie zrezygnowana i mówi: „Nie mam już siły, chyba ich wszystkich w imadło włożę”.

– Śmialiśmy się z mamy, bo chciała prawie ze wszystkimi w Sopocie zamieniać się na mieszkania – wspomina Filip Kaczkowski. – To były czasy, kiedy ludzie dawali ogłoszenia typu: „Sprzedam mieszkanie z widokiem na mięsny”. Mówiliśmy mamie, żeby napisała: „Sprzedam lokum z widokiem na boiska”.

Okno

Młoda Helena Kaczkowska widzi z okien nie tylko boiska. Również piękną panoramę Gdańska, a nawet skrawek Bałtyku. Dla niej te obrazy to ukojenie – dzięki nim zapomina o ciasnocie.

Widzi bawiące się dzieci. Bywa, że woła je przez okno na posiłek.

Widzi cmentarz, który z biegiem lat się rozrasta.

– Lubiliśmy patrzeć na świeczki w okolicach 1 listopada – wspomina Magda Sekuła. – Z czasem stopniowo wygasały, a ja sobie wyobrażałam, że te nieliczne ogniki to są oczy wilka. Widok cmentarza nikomu wtedy nie przeszkadzał. Zaczął być dwuznaczny, gdy chowaliśmy Jana.


Czytaj także: ks. Jan Kaczkowski: Żeby być zbawionym, najpierw trzeba żyć (ostatni wywiad)


Tuż po jego śmierci bliscy otworzą kopertę z życzeniem księdza co do miejsca pochówku. Okaże się, że wskazał trzy opcje: Puck, a także dwa punkty na sopockim cmentarzu, który przez lata widział z okien. Jedno w ramach rodzinnego grobowca, drugie kilkaset metrów dalej, przy znajdującej się w granicach nekropolii kaplicy.

– Usiedliśmy w kółku i każdy powiedział, jakie ma zdanie – opowiada Magda. – Mama powiedziała: „Wiesz, Madziu, jak będę wspominać to okno, z którego na was patrzyłam, to na ten widok nałoży mi się teraz cmentarz”… Poparła ją większość rodziny, pojechaliśmy do Pucka. Ale się okazało, że pochówek przy tamtejszej farze jest niemożliwy. Jan spoczął więc tutaj.

Okulary w klozecie

Maj 2017, drugie spotkanie z Heleną Kaczkowską. Na stole małże, sosy, wino. Na obiad befsztyki, na koniec jeszcze deser: własnej roboty ciasteczka czekoladowe. Im bliżej tego stołu, obiadu i w ogóle tematów dnia dzisiejszego, toczącego się tu i teraz życia, tym łatwiej o rozmowę swobodną, czasem nawet radosną.

– Jakby to panu powiedzieć, mnie ta przeszłość w jakimś sensie nie interesuje. Nastawiam się na przyszłość, na swoje wnuki. Cóż z tego, że będę wspominać tamte piękne chwile… Oczywiście, że myślę o tym nieustannie. Może poza nielicznymi wyjątkami. Na przykład gdy idę odebrać wnuka ze szkoły i szukam go wśród dwudziestu innych dzieci. Z ludźmi nie wspominam Jana. Ani Magda, ani Filip nie powiedzieli nigdy w mojej obecności: „A pamiętasz, jak kiedyś Jan…”.

(…)

– Czy rozpadłam się na kawałki? – Helena Kaczkowska powtarza zadane przeze mnie wcześniej pytanie, odnoszące się do cytatu z wypowiedzi Jana. – To rzecz jasna metafora, bo nie da się umrzeć. Choć wolałabym przed Janem. Ale śmierć dziecka wszystko zmienia. Postrzeganie świata, charakter…

Czego dowiaduję się od Heleny Kaczkowskiej o pierwszych miesiącach życia Jana? Opowiada, że niemal od początku widać było u niego zeza; że zanim skończył rok, miał już okulary, których zresztą nie znosił; że rósł i rozwijał się normalnie, nie licząc wzroku oraz jeszcze jednej widocznej wady: miał jedną nóżkę nieco krótszą od drugiej, co po jakimś czasie udało się wyrównać z pomocą rehabilitacji.

– Odkąd zaczął chodzić, trochę powłóczył jedną nogą – wspomina Helena Kaczkowska. – Szedł normalnie tylko wtedy, gdy mu przypominałam: „Pięta, palce, pięta, palce”. W ogóle miałam wtedy dużo obaw. Pamiętam jedną historię, która pokazuje, jak bacznie go obserwowałam. Wcześniej, to znaczy przed ukończeniem roku, zadawałam mu standardowe pytania, w rodzaju: „Jak robi kotek?” albo: „Jak robi krowa?”. I zawsze odpowiadał poprawnie. A pewnego razu na pytanie o kotka odpowiedział „Muuu”, a na to o krowę: „Miauuu”. „Matko Boska! – myślę – coś mu się pokręciło”. Odchodzę na bok i nagle widzę ten jego szelmowski uśmiech. On po prostu miał tych moich pytań dość.

Na zdjęciach z późnych lat siedemdziesiątych widać chłopca korpulentnego, zawsze w okularach z grubymi szkłami. Zwykle z poważną miną. Wspomnienia z wczesnego dzieciństwa Jasia, o jakie proszę rodzinę i przyjaciół rodziny, trudno precyzyjnie umiejscowić w czasie. Dotyczą jednak z pewnością pierwszych dwóch lat życia.

Anna Dowgiałło: – Miał dużego zeza, zapamiętałam problemy z jego okularami. Raz przychodzi Helena i mówi: „Chyba mnie szlag trafi! Ty wiesz, co on zrobił?”. Okazało się, że wziął te okulary, poszedł do łazienki, wrzucił do klozetu i spuścił wodę… A to był późny Gierek, nie najlepsza sytuacja, nie było łatwo iść do sklepu i kupić nowe.

Brat: – Od początku było wiadomo, że będzie wymagał opieki. Gdy się urodził, miał taką krwawą bańkę na plecach, do końca zostało mu znamię. To już był dla mnie znak. Zawsze był w jakimś sensie inny.

Siostra: – Był inny. Na przykład wszystkie dzieci bały się mrówek, a on potrafił się w nich wytarzać i czekać, aż go pogryzą. Śmialiśmy się, kłócili. Od wczesnych lat lubiłam z nim spędzać czas, co nie zawsze działa w relacji starsza dziewczynka – młodszy chłopiec.

Babcia: – Śmieszny, grubiutki, lubił jeść, a przecież miał mało ruchu, bo nie bardzo mógł biegać. No i ta jego otwartość: rozmawiał z ludźmi na ulicy.

Tata: – Pytania, zadawał mnóstwo pytań. A co to? A dlaczego? Wszystkie dzieci tak mają, ale mam wrażenie, że Jan był jeszcze bardziej dociekliwy, ciekaw świata.

„Dasz radę”

– „Siła miłości”, niech pan to rozważy! To najlepszy tytuł dla pana biografii! – podobnych rad i wskazówek usłyszę wiele. Ta jednak, autorstwa dyrektora sopockiego prywatnego gimnazjum i liceum ogólnokształcącego, zostanie wypowiedziana ze szczególną determinacją. Andrzej Szczepański, w edukacji od dziesięcioleci, jowialny i w mig skracający dystans, spotkał się ze mną, by opowiedzieć o licealnych latach Jana. Uwagę o „sile miłości” wypowiada spontanicznie, w przerwie między kolejnymi opowieściami o czasach liceum.

– Bo widzi pan, o tacie Jana, panu Józefie, powiedziano już bardzo wiele. A ona była i jest w cieniu. Na pewno tata był w jakimś sensie budowniczym, jeśli chodzi o rozwój Jana, ale to mama była architektem. To, że on w siebie uwierzył, było, moim zdaniem, głównie jej zasługą.

Na fotografiach widać piękną, szczupłą kobietę o kruczoczarnych włosach. I teraz, i w młodości – wspominają przyjaciele – zawsze dobrze ubrana. Anna Dowgiałło pamięta nagły transport Heleny Kaczkowskiej do szpitala w związku z ciążowymi komplikacjami przed urodzeniem Magdy. – Miała jeszcze na sobie makijaż. „Boże, jak ona ślicznie wygląda”, pomyślałam – wspomina Anna Dowgiałło.

Inni przyjaciele Kaczkowskich z tamtych lat, Piotr i Wanda Nowinowie-Konopkowie (oboje byli pracownikami naukowymi na Uniwersytecie Gdańskim; on w czasach PRL-u opozycjonista, w III RP między innymi poseł i ambasador RP przy Stolicy Apostolskiej), zwracają z kolei uwagę na kontrasty między Heleną i Józefem, które czyniły z nich paradoksalnie zgraną parę.

– Z jednej strony rubaszny nieco Ziuk, dusza towarzystwa sypiąca dowcipami, z drugiej skromna, pozostająca nieco w cieniu Helena – mówi Piotr Nowina-Konopka. – Ten kontrast musiał być zbawienny dla dzieci: miały do czynienia z dwoma typami osobowości, które świetnie się uzupełniały. Na przykład ktoś w tym domu musiał bardziej dbać o porządek i dyscyplinę, i tym kimś z pewnością była Helena.

Na podstawie wspomnień, ale też współczesnych obserwacji próbuję dociec: jakie cechy Heleny Kaczkowskiej mogły wpłynąć na formację syna?

Na początek oddajmy głos jemu samemu:

„– Księdza mama woli pozostawać w cieniu? – pytał Piotr Żyłka.

– A jednocześnie ma bardzo silną osobowość – odpowiadał ksiądz Kaczkowski. – Wiele od nas wymagała, wysoko zawieszała poprzeczkę i bardzo o nas walczyła, a już w szczególności o mnie”.

W innym miejscu rozmowy, wspomniawszy o domu pełnym wolności i akceptacji, użyje znowu przymiotnika: wymagająca. „Kiedy byłem mały – doda – niektórzy z otoczenia namawiali mamę, żeby oddała mnie do szkół i ośrodków dla dzieci niedowidzących. Nie zrobiła tego”. W artykule opublikowanym przez „Wysokie Obcasy Ekstra” w 2014 roku powie między innymi Bożenie Aksamit: „Mama ćwiczyła ze mną regularnie. Refren: «pięta – palce», towarzyszył mi przez wiele lat. (…) To dzięki jej uporowi mogę żyć normalnie – widzieć i przyzwoicie chodzić”.

– Rzeczywiście, to Helena była bardziej od wymagań – potwierdza Anna Dowgiałło. – Także w sensie pewnej etykiety: jak siedzieć, jak się zachować przy stole. Kiedy ta etykieta została jakoś wyraźnie przekroczona i beczułka się przelała, potrafiła wpaść w szał, podczas gdy Ziuk zachowywał stoicki spokój.

Inni przyjaciele Kaczkowskich, Jolanta i Rafał Bukowscy, opowiadają o luzie i atmosferze akceptacji. – Ale rzeczywiście Helena, poza silnym instynktem opiekuńczym, wprowadzała do tej rodziny pierwiastek rygoru – dopowiada Jolanta Bukowska. – Ziuk to był luz blues, od rozrywki, sportu. A u Heleny musiał być porządek w zachowaniu, jedzeniu, ubieraniu. Nazwałabym to takim parysko-krakowskim sznytem.

„Siła miłości” – co właściwie użyta przez Andrzeja Szczepańskiego fraza oznaczała w początkowej fazie życia Jasia Kaczkowskiego? O ile ze względu na swój wygląd, wadę wzroku, inne niż rówieśników zachowanie dostanie on w dalszych latach życia mocny sygnał: „jesteś inny”, „jesteś odrębny”, „nie należysz do grupy”, od matki otrzyma komunikat odwrotny: „dasz radę”. Świadoma niedomagań syna, będzie jednak protestować za każdym razem, gdy ktoś użyje w odniesieniu do niego przymiotnika „niepełnosprawny”.

Ksiądz Kaczkowski w rozmowie z Piotrem Żyłką opowie o pewności siebie, jaką dali jemu i jego rodzeństwu rodzice. Zapamięta też dwa znaczące zdania, wypowiadane przez mamę: „Jan, tam, gdzie nie musisz, nie pokazuj swojej bezradności”, oraz: „Bądź lepszy od innych, żebyś nadgonił swoje braki”.

Do tego samego motywu odwołuje się bliski kolega z dzieciństwa Jana, Piotr Jokiel, nawiązując co prawda do nieco późniejszego, bo wczesnoszkolnego okresu ich życia. – Mam wrażenie, że dawał sobie radę właśnie dzięki matce, która nauczyła go oceniać siebie w dobry sposób, dawała mu po prostu poczucie własnej wartości – mówi Jokiel. – Pani Helena jawiła mi się jako silna, walcząca o Jana, stojąca za nim i motywująca go matka. Były zresztą ku temu powody: w dzieciństwie często miewał stany załamania, że „nie ma sensu”, że „nie dam rady”…

W poczuciu wartości, jakie – z pewnością wspólnie z mężem – Helena Kaczkowska budowała w synu, jest też element, o którym nie powiedzą ani oni sami, ani nawet ich bliscy, bo też widać go lepiej z pewnego dystansu. To rodzaj dystynkcji, jakiej musiał być od dzieciństwa świadom, dystynkcji, która wynika z przynależności do sopockiej rodziny inteligenckiej. Z jej atrybutami: pracą na uniwersytecie, językiem francuskim, towarzystwem, w jakim się obracali i do dziś obracają, ale też z dbałością o dom, jego estetykę czy kulinarne upodobania. To poczucie odrębności – może czasem przechodzące w elitaryzm – będzie widoczne w dalszych latach jego życia.

– Nazwałabym to poczuciem godności – mówi Katarzyna Jabłońska z „Więzi”, która pisząc dwie książki z udziałem Jana, zdążyła się też zbliżyć do jego rodziców. – Dbałość o sposób wypowiadania się, obeznanie z kulturą czy właśnie przywiązanie do etykiety i estetyki wyniósł z pewnością z domu, i akurat to – tak mi się wydaje – zawdzięczał przede wszystkim pani Helenie, pewnie też babci Wincentynie. Mieszkanie państwa Kaczkowskich pełne jest obrazów, książek i zapachów dobiegających z dużej kuchni, gdzie pani Helena przyrządza wyśmienite dania. Zupa cebulowa, polędwiczki, indyk, tarta z warzywami, różne sałaty z cudownym sosem winegret – to uczta dla podniebienia. I uczta dla oczu, bo wszystko podane jest na pięknej porcelanie, której towarzyszą srebrne stare sztućce i zawsze lniane lub płócienne serwetki. To w domu państwa Kaczkowskich standard.


Czytaj także: Sklepany przez Kościół, kocham Kościół - słynny pierwszy wywiad ks. Jana Kaczkowskiego dla "TP"


Do drugiego, bardziej opiekuńczego oblicza Heleny Kaczkowskiej odnoszą się Anna Dowgiałło i Filip Kaczkowski.

– Helenka „kwoczyła”. Bardzo się nim opiekowała i nieustannie martwiła, jak sobie da radę. Raz opowiadała, że pokazała mu lecący czerwony balon. „Wszyscy go dostrzegli, tylko nie Jaś”, martwiła się Helena – wspomina przyjaciółka Kaczkowskich.

– Tata nie był, wbrew pozorom, wylewny – mówi z kolei brat Jana. – Mama nas obejmowała i mówiła: „Tata was nie przytula, ale was kocha”. Skądinąd mówiła to niepotrzebnie, bo dla nas to było zawsze oczywiste.

Jak Filip Kaczkowski zapamiętał rodziców z czasów swojego dzieciństwa i młodości? – Bywało, że między nimi iskrzyło, że się kłócili – wspomina. – Zawsze uważałem, i do dziś uważam, że mieliśmy najwspanialsze dzieciństwo na świecie, choć wiem też, że ten okres się zawsze idealizuje. Jedno jest jednak pewne. Sam mam dzieci, o które staram się dbać, ale widzę, że czasami potrafimy z żoną zrobić coś tylko dla siebie, na przykład gdzieś wyjechać bez nich. A życie naszych rodziców kręciło się wokół nas. Można powiedzieć, że poświęcili życie dzieciom.

Oddech

Reszta to pytania.

Czy poświęcili się Janowi w sposób szczególny?

Jaka więź tworzy się między matką a dzieckiem wymagającym przez całe dzieciństwo specjalnej opieki?

Czy zdanie o „rozpadnięciu się na kawałki” – dla niego pewnie będące nie tylko świadectwem miłości, ale również w jakimś sensie obciążające – to również opis tej szczególnej relacji?

Helena i Jan Kaczkowscy: trzydzieści osiem lat i osiem miesięcy wspólnego życia. Od pierwszego do ostatniego oddechu. Dosłownie:

– Byłam przekonana, że dziecko jest żywe. Urodził się, nie krzyknął… Po chwili zaczął oddychać… - opowiadała mi Helena Kaczkowska o dacie 19 lipca 1977 roku.

„Oddech spowalniał – opowiadała Katarzynie Jabłońskiej o zupełnie innej dacie: marcu 2016 – Jan cały czas był bardzo spokojny. W pewnym momencie Magda poprosiła: «Mamo, połóż mu rękę na czole». Zawsze tak robiłam, kiedy byli dziećmi, chorowali i mieli gorączkę. Położyłam więc Janowi rękę na czole, a on zamknął oczy i przestał oddychać”.

 

Książkę „Jan Kaczkowski. Życie pod prąd” można kupić na:stronie wydawnictwa WAM.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Przemysław Wilczyński / Fot. Grażyna Makara
Dziennikarz działu krajowego „Tygodnika Powszechnego”, specjalizuje się w tematyce społecznej i edukacyjnej. Jest laureatem Nagrody im. Barbary N. Łopieńskiej i – wraz z Bartkiem Dobrochem...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Niektórzy powiadają, że mężczyzna do 40-stki, powinien się ożenić, spłodzić syna i zasadzić drzewo.Ksiądz Jan, do 40-stki nie dożył, syna nie spłodził, o drzewie nic mi nie wiadomo. Czyli porażka, totalna porażka. Pięta, palce, pięta palce....Do tego od samego początku, jak to się mówi oferma. Gdy patrzę na zdjęcie ks.Jana, to ono mi kogoś przypomina. Kogo? Młodego Maksymiliana Kolbe.Ta sama z jednej strony prostota i prawość a z drugiej duchowa moc, bijąca z ich twarzy.Jeden dzięki wierze w Boga, który jest Miłością, potrafił ocalić swoje człowieczeństwo i życie drugiego człowieka, drugi potrafił umierać razem z innymi, przez całe swoje dorosłe życie. Tylko tyle i aż tyle.Apostoł Piotr w swoim 1 Liście pisze : " 8 Bądźcie trzeźwi! Czuwajcie! Przeciwnik wasz, diabeł, jak lew ryczący krąży szukając kogo pożreć. 9 Mocni w wierze przeciwstawcie się jemu! Wiecie, że te same cierpienia ponoszą wasi bracia na świecie. 10 A Bóg wszelkiej łaski, Ten, który was powołał do wiecznej swojej chwały w Chrystusie, gdy trochę pocierpicie, sam was udoskonali, utwierdzi, umocni i ugruntuje. 11 Jemu chwała i moc na wieki wieków! Amen." Obydwoje Maksymilian i Jan, jako uczy Pismo "trochę pocierpieli". Lecz Pan ich udoskonalił, umocnił i ugruntował. I oboje stali się opoką, godnego, ludzkiego życia. To owoc, jaki daje, należycie przeżywana wiara. Tak sobie myślę, że tam w Królestwie Niebieskim, Maksymilian, Jan, Faustyna, Jadwiga się spotykają. Bo jeżeli my ludzie tu na ziemi się spotykamy, to co to byłoby za Niebo, by tam się zbawieni, czyli święci nie spotykali...........Zupełnie świadomie, stawiam ks. Jana w szeregu, razem z polskimi świętymi. Dla mnie Jan,świadectwem swego życia, wypełnił normy, by wynieść go na Ołtarze i dać przykład dla wielu, szczególnie kapłanów, którzy czasem zapominają o tym momencie swego życia, gdy leżeli krzyżem na kościelnej posadzce a Duch Święty, czekał na ich Tak.....Ksiądz Jan, owego czasu leżenia a później kapłańskiego posługiwania nie zmarnował. Jestem o tym przekonany. Dlatego jako katolik, zwracam się do ks. biskupa, ordynariusza diecezji gdańskiej o rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego księdza Jana Kaczkowskiego.

Ludzie pokroju Ks Jana świętym nie zostają, a szkoda. Na pewno łatwiej pisać jest o jego rodzinie, dzieciństwie, dorastaniu, bo prawdziwych upokorzeń doznał on dopiero na swej drodze do kapłaństwa i kapłaństwie. Miałem zaszczyt kilka razy spotkać go osobiście, był człowiekiem wielkiego formatu, inteligencji i mądrości. Prawdziwy wrzód na dupie jego współbraci kapłanów. To oni właśnie zepchnęli go do opieki nad umierającymi, by mieć go z głowy. Przydzielony był do sąsiadującej z moją parafią, co nieco wiem jak to tam z nim postępowano. Gdy rozmawiałem ze znajomymi z innych parafii i pytałem, czy odprawiane są msze w intencji zdrowia Ks Jana, czy księża proszą wiernych o modlitwę w jego intencji, wszyscy tylko oczy duże robili. Trochę to dziwne, zważając na to, że gdy któremuś innemu księdzu grypka dokucza, zawsze po mszy intonuje się zdrowaśki. Wiem, on może sobie tego nie życzył, był wyjątkowo twardy, jak na tak kruchą istotę. Czy jego pamięć przetrwa? Kto tam może wiedzieć, w ubiegłym roki, w rocznicę jego śmierci, byłem na mszy w jego macierzystej parafii, nie wspomniano ani słówkiem, że ktoś taki kiedykolwiek tam posługiwał. Jeśli przetrwa jego pamięć, to tylko dzięki wam.  

To właśnie tacy ludzie, jak ks.Kaczkowski zostają świętymi, a nie tacy, za których ludzie mówią zdrowaśki, bo proboszcz kazał. Gość co przeszedł do historii naszego KK, czytać i pisać ( jako tako)nauczył się gdy miał 17 lat. I komunię świętą przyjął w szopie, której wejście było zamaskowane furą ze siana. A wszystko to dzięki podobno wiekopomnej Rewolucji Francuskiej. Choć obiektywnie można powiedzieć, że gdyby nie Rewolucja Francuska, to taki gość, jak Jan Vianney, nigdy by nie został księdzem. Biskup wysłał go do parafii do Ars, gdzie było 230 parafian z których do Kościoła na Mszę, chodziło dosłownie kilka osób. Po 10 latach bytności Jana na parafii ( zobacz też Jan - Jany to są skurczybyki)do owego zadupia na francuskiej prowincji, rocznie przyjeżdżało 10000 ludzi a w roku jego narodzin do Nieba 80000 ludzi. Podobno w czasie swojego kapłańskiego posługiwania proboszcz z Ars, wyspowiadał około 1 miliona ludzi. Rzeczy Boże Oportunisto, idą powoli, co nagle to po diable.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]