Reklama

Ukraińcy z Warszawy Zachodniej: kto mógł wiedzieć, że będzie wojna?

Ukraińcy z Warszawy Zachodniej: kto mógł wiedzieć, że będzie wojna?

27.02.2022
Czyta się kilka minut
Jedni na Ukrainę wracają, inni właśnie stamtąd uciekli. Mówią, że najgorzej byłoby się teraz poddać.
Warszawa Zachodnia, autobus relacji Warszawa-Tarnopol, 26 lutego 2022 r. / fot. Marta Zdzieborska dla TP
P

Piątek, drugi dzień rosyjskiej inwazji na Ukrainę. Olena przyjeżdża na warszawski Dworzec Zachodni już piąty raz. Cierpliwie kursuje z oddalonego o 20 km Nadarzyna, bo ma misję: podwozi znajomych, którzy zdecydowali się wrócić na Ukrainę. Większość to mężczyźni, zdeterminowani, by bronić swojego kraju przed Rosją.

– Szczerze mówiąc, to sama najchętniej bym wróciła – przyznaje Olena. – Ale mam 12-letniego syna i nie mogę go zostawić. Mam za to kilka koleżanek w Kijowie, które zapisały się już do wojsk obrony terytorialnej. Będą walczyć, bo tak trzeba. Nie możemy się teraz poddać! – krzyczy Olena, która najbardziej martwi się o bezpieczeństwo swojej siostry Nadii. Kobieta mieszka w Obołoniu, północnym przedmieściu Kijowa, gdzie nad ranem 25 lutego doszło do ostrzału i starć między rosyjską grupą dywersyjną a ukraińskimi wojskami. Niektórzy mieszkańcy, w strachu przed bombardowaniami, schronili się w kijowskim metrze.


Olena właśnie odprowadziła piątego znajomego jadącego na Ukrainę / fot. Marta Zdzieborska dla TP

– Rozmawiałam z  Nadią kilka godzin temu – mówi Olena. – Siostra mówiła, że całą noc przespała pod ziemią i właśnie wróciła do domu. Tylko że teraz jej telefon milczy. Powtarzam sobie, że na pewno znów jest w metrze – mówi ze łzami w oczach Olena.

Nie mogę tak bezczynnie siedzieć

Emocji nie potrafi ukryć też Lidia, która tuż przed 17.00 czeka na autobus do Medyki. Gdy tylko do niej podchodzę, opowiada z płaczem, że wraca na Ukrainę, by przytulić i pobłogosławić swoich synów. Boi się, że po wprowadzeniu przez prezydenta Zełenskiego powszechnej mobilizacji wojskowej już niebawem zostaną wysłani na front. Jeden syn ma 37 lat, drugi – 36. Starszego w zasadzie nie powinno już być teraz w Ukrainie. Lidia tłumaczy, że na stałe mieszka w Wielkiej Brytanii i do rodzinnego domu w Horodence w obwodzie iwanofrankowskim przyjechał tylko na krótki urlop. O powrocie za granicę może już jednak zapomnieć, bo w związku ze stanem wojennym mężczyźni w wieku od 18 do 60 lat mają zakaz wyjazdu z Ukrainy.


Lidia, Warszawa Zachodnia, 26 lutego 2022 r. / fot. Marta Zdzieborska dla TP

– Synowie prosili, żebym została w Polsce – mówi Lidia. – Ale ja nie mogę tak bezczynnie siedzieć. Gdy tylko dowiedziałam się o rosyjskiej inwazji, od razu spakowałam walizki i zwolniłam się z pracy. Najważniejsze, by najszybciej dojechać do domu – dodaje 57-latka, która w Polsce nie zagrzała długo miejsca. Przyjechała dwa tygodnie temu, żeby dorobić do skromnej pensji protokolantki. Na odchodne pokazuje mi w telefonie zdjęcia tulipanów, które jeszcze w środę ścinała na giełdzie kwiatowej pod Warszawą. Kto mógł wiedzieć, że będzie wojna?


ATAK NA UKRAINĘ | CZYTAJ NA BIEŻĄCO W SERWISIE SPECJALNYM >>


Przyjeżdżajcie, pomożemy wam

W poczekalni Dworca Zachodniego nie sposób ich nie zauważyć. Objuczeni torbami Ukraińcy zajmują siedzenia tuż przy kasach biletowych, gdzie wolontariusze rozdają chętnym owoce, kanapki i czekoladki. Oksana i Jurij z wdzięcznością przyjmują każdą pomoc, bo wyjechali z Lwowa tak, jak stali. W wojennym chaosie zdołali wypłacić z bankomatu równowartość 400 zł, co wystarczyło im na zakup biletów autobusowych dla siebie i dwójki dzieci. Jak mówią, przed wyjazdem z Lwowa w piątek rano zdążyli jeszcze wywołać zdjęcia córki i syna. To na wypadek, gdyby pogranicznicy kręcili nosem, że ich dzieci nie mają paszportów i chcą przekroczyć granicę na podstawie aktu urodzenia. Na szczęście udało się. I to podwójnie: Jurij przyjechał razem z rodziną do Polski, choć według obowiązującego teraz prawa powinien zostać w kraju. Jak przekonuje, zwyciężyła dobroć serca pograniczników i prowadzących kontrolę w autobusach ukraińskich żołnierzy.


Oksana i Jurij z dziećmi / fot. Marta Zdzieborska dla TP

– Tłumaczyłem im, że mam dwójkę dzieci, a moja żona ma problemy ze zdrowiem – mówi Jurij. – Jak poradziliby sobie beze mnie w Polsce? Przyjechaliśmy tutaj, bo udało mi się zaklepać pracę w pizzerii. Gdy tylko Rosjanie zaatakowali Ukrainę, dostałem esemesa od Polaka, u którego pracowałem w zeszłym roku. Napisał: przyjeżdżajcie, pomożemy wam. Obiecał, że mnie zatrudni i załatwi nam mieszkanie. Nie było się nad czym zastanawiać. Jestem szczęśliwy, że jesteśmy bezpieczni, ale martwię się o swoją rodzinę. We Lwowie została moja mama, siostra i szwagier. Oni nie chcieli wyjechać.

Primabalerina z Odessy

– Gdyby nie wojna, wróciłabym do domu samolotem – mówi Natalia Henning, która przesiaduje w hali dworca od pięciu godzin. Ukrainka z niemieckim paszportem tłumaczy, że po długiej podróży z Kijowa czeka ją jeszcze jazda autobusem do Wiednia, a potem przesiadka na transport do domu w Monachium. Jak mówi, początkowo miała wykupiony bilet lotniczy z Kijowa do Niemiec na sobotę 26 lutego. Gdy rosyjskie siły zbrojne w czwartek nad ranem ostrzelały międzynarodowe lotnisko w Boryspolu, ogarnęła ją panika. Jak uda jej się wyjechać z miasta? Jak wróci do męża?


Natalia Henning na dworcu Warszawa Zachodnia / fot. Marta Zdzieborska dla TP

Na szczęście z pomocą przyszli jej pracownicy niemieckiej ambasady w Kijowie. Kazali jej szybko wrócić do hotelu, spakować się i czekać na umówiony transport do ukraińsko-polskiej granicy. Miasto opuściła tego samego dnia, zaledwie dziesięć godzin po rozpoczęciu ataku Rosjan na Ukrainę.– Najtrudniej było na wyjeździe z Kijowa – opowiada Natalia. Duże korki, wlekliśmy się w ślimaczym tempie. Pamiętam, jak na trasie widać było idących po poboczu rosyjskich żołnierzy. Bardzo się wtedy bałam. A przecież to miał być nostalgiczny wyjazd! Jestem pianistką i przyjechałam na Ukrainę na zaproszenie Konserwatorium Kijowskiego. Widzisz to zdjęcie? To moja prababcia, która w 1915 roku występowała jako primabalerina w Teatrze Opery i Baletu w Odessie. Jeszcze kilka dni przed inwazją pojechałam tam, żeby przekazać kierownictwu fotografie prababci z naszego rodzinnego archiwum. Przynajmniej to zdążyłam zrobić przed wojną.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarka specjalizująca się w tematyce amerykańskiej, stała współpracowniczka „Tygodnika Powszechnego”. W latach 2018-2020 była korespondentką w USA, skąd m.in. relacjonowała wybory...

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]