Wałęsa u Bacciarellego. Legenda Solidarności uwieczniona na Zamku Królewskim

Strzałecki pracę nad głową Turka zaczyna od przestudiowania czarno-białego zdjęcia. Maluje ciemne oczy i charakterystyczne wąsy. Kupiec w niebieskim turbanie ujarzmiający wielbłąda ma symbolizować poskromienie Rosji. Jest rok 1982.
Czyta się kilka minut
Plafon z podobizną Lecha Wałęsy na Zamku Królewskim w Warszawie. Podczas stanu wojennego plafon Marcello Bacciarellego rekonstruował prof. Janusz Strzałecki i w tajemnicy przed władzami nadał jednej z postaci rysy przywódcy Solidarności. // Fot. Dorota Kwiatkowska
Plafon z podobizną Lecha Wałęsy na Zamku Królewskim w Warszawie. Podczas stanu wojennego plafon Marcello Bacciarellego rekonstruował prof. Janusz Strzałecki i w tajemnicy przed władzami nadał jednej z postaci rysy przywódcy Solidarności. // Fot. Dorota Kwiatkowska

Rzucili buty.

Mama zakłada mi kombinezon, buzię smaruje kremem Nivea. Wychodzimy. Koła wózka skrzypią w śniegu, krótki spacer mnie usypia. Sklep obuwniczy jest na pierwszym piętrze. Mama zostawia wózek na dole i wchodzi na górę. Mężczyzna przy ladzie kupuje dwie standardowe pary. Chce wziąć jeszcze trzecią, dużą.

– A pan co, na handel bierze? Ja dla męża potrzebuję, bo nie ma w czym chodzić!

Do sklepu wchodzi żołnierz, karabin ma przewieszony na skos. Zimowa czapa zsunęła mu się na oczy.

– Czyjeś dziecko płacze w wózku na dole!

– To moje – mówi mama. Nie jest pewna, czy w głosie żołnierza słyszy troskę, czy oskarżenie. Kupuje zimowe relaksy (rozmiar 46) i szybko wychodzi. Jest luty 1982 roku, a ja mam cztery miesiące. Połowa mojego życia to stan wojenny.

Z dzieciństwa pamiętam mgliste opowieści dorosłych o strajkach, czołgach i kartkach na deficytowe towary. Na podwórku prowadziliśmy wojny na patyki i powtarzaliśmy to, co mówiło się w domach. Wybory rodziców decydowały, w której było się bandzie. 

Turek z twarzą Lecha Wałęsy

W Europejskim Centrum Solidarności w Gdańsku dowiaduję się, że na Zamku Królewskim w Warszawie wisi plafon z podobizną Lecha Wałęsy. Sufity malował tam pod koniec XVIII wieku Marcello Bacciarelli. W czasie II wojny światowej Zamek zburzyli Niemcy; odbudowa ruszyła dopiero po wydarzeniach grudnia 1970.

– Podczas stanu wojennego plafon odnawiał profesor Janusz Strzałecki i w tajemnicy przed władzami przerobił jedną z postaci – tłumaczy mi Anna Zelmańska-Lipnicka, autorka doktoratu o malarzu.

Zdjęcie XL
Podpis zdjęcia
Plafon w Sali Audiencjonalnej na Zamku Królewskim w Warszawie // Fot. Dorota Kwiatkowska

W czerwcową sobotę na Zamku jest pusto. Idę prosto do apartamentów ostatniego polskiego króla, Stanisława Augusta Poniatowskiego. Po Sali Audiencjonalnej krąży w ciszy kilka osób ze słuchawkami na uszach. Patrzę na sufit, a głos w audioprzewodniku objaśnia: „Owalne malowidło przedstawia rozkwit sztuk, nauk, rolnictwa i handlu pod panowaniem Stanisława Augusta. Autorem tej części plafonu był Marcello Bacciarelli. Kompozycja obrazu pozwala ogarnąć wzrokiem jego całość”. 

Rzeczywiście, z dołu widać wszystkie postacie naraz. Z prawej strony znajduje się dwóch mężczyzn we wschodnich płaszczach i zawojach na głowach. Jeden z nich to Turek o twarzy przypominającej Lecha Wałęsę. Ma długie, ciemne wąsy i jako jedyny ogląda się za siebie – na wschód.

Z audioprzewodnika dowiaduję się jeszcze, że Janusz Strzałecki rekonstruował zniszczony po wojnie plafon przez 7 lat. Nie skończył swojej pracy, zmarł w 1983 r.

Przez salę przechodzą trzy grupy z przewodnikami. Żaden z nich nie wspomina o plafonie.

Wałęsa pędzla Strzałeckiego

– Profesor Strzałecki potrafił się wczuć w styl Bacciarellego do tego stopnia, że po jego śmierci myśmy powiedzieli: „Nikt już nie będzie tego dotykał. Zostawimy tak na wieki” – tłumaczy były dyrektor Zamku Królewskiego, prof. Andrzej Rottermund.

Strzałeckiego pamięta bardzo dobrze: – Za każdym razem, jak przechodziłem przez Salę Audiencjonalną, to profesor leżał na leżaku ustawionym na rusztowaniach i tak malował. O Wałęsie nigdy mi nie opowiedział, ale na Zamku się o tym mówiło.

– Osobowość mego stryja Janusza można podsumować określeniem esprit de contradiction, duch sprzecznościmówi z kolei jego bratanek, dziś 87-letni prof. Andrzej Strzałecki. Ma nienaganną dykcję i do rozmowy w naturalny sposób wtrąca francuskie zwroty. Pomysł z Wałęsą uważa za polityczny fortel stryja.

Przodkowie Strzałeckich od pokoleń kolekcjonują dzieła sztuki, malują i konserwują. Dziadek Janusza, powstaniec styczniowy, odnowił między innymi zniszczone wnętrza Zamku Królewskiego. Sam Janusz ma 17 lat, gdy w 1920 r. jako ochotnik idzie na wojnę z bolszewikami. Odłamek kuli, która ciężko go rani w bitwie o Grodno, nosi w ciele do końca życia.

Studiuje w krakowskiej ASP i kilka lat spędza we Francji. Tam przybiera pseudonim Jast, maluje, wygrywa konkursy, poznaje Pabla Picassa, chodzi na bale, ma szalone powodzenie wśród kobiet. Podczas okupacji z drugą żoną Jadwigą prowadzi dom dla sierot i ratuje żydowskie dzieci. Jego syn Ryś ginie w powstaniu warszawskim.

Janusz Strzałecki i Urszula Brzozowska-Strzałecka przy pracy nad rekonstrukcją plafonu Bacciarellego. Zdjęcie z dziennika Urszuli Brzozowskiej-Strzał‚eckiej, które artystka przekazała do archiwum Zamku Królewskiego // Reprodukcja Dorota Kwiatkowska

Po zakończeniu wojny zakłada Państwową Wyższą Szkołę Sztuk Pięknych w Sopocie i zostaje jej pierwszym rektorem. Po kilku latach wraca do Warszawy i do emerytury uczy malarstwa. W 1975 r. dostaje propozycję rekonstrukcji plafonu na odbudowywanym zamku. Rok później rozpoczyna prace nad malowidłem, które pamięta jeszcze z opowieści dziadka. Nad plafonem pracuje wspólnie z trzecią żoną Urszulą, ale już po rozwodzie. Robią to jako przyjaciele. Urszula zapisze po latach:Jast uważa Wałęsę za swojego syna”.

Cenzura okroi trzykrotnie. Wylatują wszystkie zdania o Wałęsie

Dzienniki Urszuli Brzozowskiej-Strzałeckiej również znajdują się na Zamku; cztery bruliony przechowywane są w archiwum. Jest w nich wszystko: receptury farb, relacje z plenerów i prac nad plafonem, sytuacja w Polsce, losy Wałęsy. Urszula wkleja zdjęcia Janusza, wyniki jego badań (choruje na raka krtani), pocztówki i szkice. Używa różnych kolorów, często nie stosuje interpunkcji, zdania zapisuje jedne nad drugimi. Dużo skreśla. Litery stawia duże i okrągłe. W kilku miejscach znajdują się zapiski Janusza – pismo jest mniejsze i wyraźnie pochylone w prawo.

31 sierpnia 1980 r. Urszula notuje: „Koniec strajku na Wybrzeżu. Jast zachwycony L. Wałęsą”.

Dwanaście dni wcześniej Krystyna Jagiełło, dziennikarka tygodnika „Literatura”, pakuje do torby szczoteczkę do zębów, koszulę nocną i mydło. Magnetofonu nie bierze, boi się, że zabiorą. O szóstej rano jedzie pociągiem do Gdańska. Po podpisaniu porozumień sierpniowych wraca do Warszawy i pisze reportaż, który cenzura okroi trzykrotnie. Wylatują wszystkie zdania o Wałęsie.

Córką Krystyny Jagiełło jest dr hab. Aleksandra Bernatowicz, profesor w Instytucie Sztuki PAN i autorka artykułu o rekonstrukcji plafonu, która wiele godzin rozmawiała o tym z Urszulą Strzałecką.

Zastanawiamy się nad tym, czy Janusz Strzałecki pytał kogoś o zgodę, zanim namalował Turkowi twarz Wałęsy. – Myślę, że była to tajemnica, chociaż ówczesny dyrektor Aleksander Gieysztor na pewno by się zgodził, bo poglądy miał takie jak nasze środowisko. Tu bardzo niewielu ludzi było związanych z władzą – mówi Bernatowicz.

O swojej mamie dziennikarce wspomina, gdy mówię, że urodziłam się w 1981 r. W tej i innych rozmowach okazuje się to kluczem otwierającym różne opowieści. Moi bohaterowie mają dzieci w zbliżonym do mnie wieku. Chcą opowiedzieć mi, jak było kiedyś.

Ta noc potrwa długo. Pewnie parę lat

Krystyna Jagiełło o stanie wojennym dowiaduje się z radia. Telefony są wyłączone, więc dopiero później usłyszy, że aresztowano kilkoro jej znajomych. Szykuje z małą Oleńką paczkę ciepłych ubrań dla internowanych. Temperatura spada do minus dwudziestu stopni. „Ta noc potrwa długo. Pewnie parę lat” – notuje.

Urszuli śni się z kolei Lech Wałęsa. „Byliśmy razem i zastanawialiśmy się, jak długo trzeba gotować makaron podczas stanu wojennego” – zapisze rok później.

Janusz Strzałecki bardzo przeżywa aresztowanie lidera Solidarności. „Stan wojenny. Nastrój smutku. Jast dużo pali. Śledzimy losy Wałęsy” – czytam w dzienniku Urszuli.

Przewodniczący Solidarności zostaje internowany i przebywa w Otwocku. W notatkach służbowych ma kryptonim 333. Starszy inspektor Biura Ochrony Rządu zapisuje: „W dniu 23.03.82 r. »333« zwrócił się z prośbą o dostarczenie mu Visolvitu oraz dobrego mydła kąpielowego. Ponadto stwierdził, że o ile nie dostanie z powrotem radia, będzie wszędzie opowiadał, że był represjonowany”.

3 maja 1982 r. prof. Strzałecki kończy 80 lat. Tak naprawdę urodził się 23 maja, ale za sprawą dziadka powstańca urodziny dawno temu przeniesiono na dzień Święta Konstytucji. Wchodzi na Zamek przez Bramę Senatorską. Jest po kolejnym, długim pobycie w szpitalu. Mija Salę Koncertową, w której prof. Rottermund wraz z innymi historykami spotyka się, by porozmawiać o konstytucji – sesja naukowa ma się wkrótce rozpocząć. Przechodzi do Sali Audiencjonalnej i rozpoczyna pracę.

O godzinie 11 na plac Zamkowy przybywa generał Wojciech Jaruzelski, pierwszy sekretarz KC PZPR i przewodniczącym Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego (WRON). Rozpoczynają się oficjalne obchody 3 Maja. Po ich zakończeniu plac pustoszeje.

Po południu znów zaczyna gromadzić się tam tłum, zwołany przez podziemną Solidarność. Zbiera się też milicja. Studenci niosą transparenty z hasłami: „Wypuścić Lecha, zamknąć Wojciecha”, „WRONA skona”. Powiewają flagi z namalowanym czerwoną szminką napisem Solidarność.

Dziennikarka Krystyna Jagiełło z placu Zamkowego zapamięta adidasy, znak rozpoznawczy demonstrantów. „Tylko w takich butach można przecież dobrze uciekać” – zapisze tego dnia w dzienniku.

Zomowcy atakują około szesnastej.

Fotoreporter Chris Niedenthal patrzy na plac Zamkowy z mieszkania swojej koleżanki. Opowie potem, że z góry wszystko wyglądało trochę jak teatr. ZOMO nawołuje do rozejścia. Demonstranci się cofają, by za chwilę ponownie ruszyć. Zomowcy znów atakują. Strumień wody z armatki przyciska ludzi do drzwi przy bramie zamku.

Przez okno Sali Audiencjonalnej wpada dym zmieszany z gazem. Prof. Strzałecki i Urszula więcej dzisiaj nie namalują. Huk wystrzałów przerywa sesję naukową, historycy podbiegają do okien. Widzą młodych ludzi rozganianych pałkami i wodą.

– Zamek był otoczony i dowiedzieliśmy się, że nie będziemy mogli wyjść. Siedzieliśmy tam do 10 wieczorem – opowiada mi prof. Rottermund.

Gaz, żywica i zapach farby

W tym samym czasie Tomasz Taraszkiewicz, student szkoły teatralnej, na ulicy Miodowej rzuca kamieniami w zomowców, krzycząc: „Gestapo, gestapo!”. Przed stanem wojennym aktywista NZS, teraz jest w podziemiu. Razem z kolegami drukuje nielegalne czasopisma.

Niegdysiejszy student Tomasz jest dziś kustoszem na Zamku. Prowadzi zajęcia dla Uniwersytetu Trzeciego Wieku i opowiada o ciekawostkach z czasów odbudowy, w tym o postaci Wałęsy na plafonie. Reakcje są różne. Jedni są zaciekawieni, inni się oburzają. Prawie wszyscy są zaskoczeni.

Taraszkiewicz jest pewien, że wydarzenia tamtego dnia wpłynęły na Janusza Strzałeckiego: – On widział to, co działo się na placu Zamkowym, zomowców bijących ludzi długimi pałkami. Postać podobna z twarzy do Lecha Wałęsy to był jego cichy protest.

Wydarzenia z 3 maja 1982 r. pamięta doskonale: – To była nasza młodość. Zomowcy nas gonili, my w nich rzucaliśmy kamieniami. Pamiętam, że wprowadzało nas w euforię, gdy oni się nagle cofali. Mieliśmy wtedy poczucie, że jednak mamy jakąś siłę.

Strzałecki wyjdzie z Zamku grubo po zmroku, gdy plac zrobi się pusty.

Dziennik Urszuli: „Jesteśmy zmęczeni i zagazowani przez ZOMO. Wypuścić Lecha, wsadzić Wojciecha”.

W wąskich uliczkach Starego Miasta gryzący zapach gazu unosić się będzie jeszcze kilka dni. Powietrze oczyści się dopiero 9 maja, po burzy.

W Sali Audiencjonalnej pachnie za to żywicą. Urszula miesza specjalną emulsję z jajkiem i wodą destylowaną. Farby muszą mieć skład naturalny, jak w XVIII wieku. Dodaje 5 gramów bieli. Kolor jej się podoba.

W podziemnej drukarni, z którą związał się student Tomasz, używa się innej techniki. Sprawdzona już receptura farby drukarskiej to pasta czyszcząca „Komfort”, olej i tusz. Można też użyć budyniu albo wiórków szarego mydła.

Najnowszy numer „Tygodnika Akademickiego” jest jeszcze ciepły po wydruku, gdy 13 czerwca milicja aresztuje całą redakcję. Następne miesiące student Tomasz spędzi na Rakowieckiej. W celi będzie z nim siedział chłopak z Radia Solidarność, opozycjonista z regionu Mazowsze Solidarności oraz szpieg CIA.

Lech Wałęsa opuszcza miejsce internowania. Arłamów, 15 listopada 1982 r. // Fot. Ireneusz Radkiewicz / PAP

333, czyli Wałęsa ogląda w Bieszczadach francuskie filmy

Wałęsa, czyli „333” z notatek oficerów BOR-u, od maja przebywa w ośrodku dla internowanych w Arłamowie, w Bieszczadach. Gdy nadchodzi lato, odwiedza go żona Danuta z siedmiorgiem dzieci. Spędzą tam prawie 6 tygodni. Pobyt całej rodziny jest finansowany przez państwo. Rozmawiają, spacerują, grają w ping-ponga i bilard. Posiłki jedzą w pokoju.

Funkcjonariusze BOR-u notują: „Do obiadu »333« wraz z żoną i dziećmi przebywał na tarasie. Po obiedzie nie wychodził z pokoju. O godz. 21:00 wraz z żoną, po uśpieniu dzieci oglądał film francuski »Glina czy łajdak«”.

W notatkach służbowych zapisują wszystko: szczegóły podsłuchanych rozmów, nazwiska odwiedzających, liczbę dostarczonych papierosów i kartek pocztowych.

W tym czasie na Zamku Janusz Strzałecki zaczyna malować Turka. Dobiera zieleń do szarawarów i czerwień do kaftana. Przez kolejne upalne tygodnie powstaje niebo, wielbłąd i perski dywan. Na szczęście w sali działa klimatyzacja.

Malarz studiuje też czarno-białe zdjęcie lidera „S”, które dostał od znajomych związanych z Solidarnością na Wybrzeżu. Maluje ciemne oczy i charakterystyczne wąsy. Kupiec w turbanie staje się Lechem Wałęsą.

– Turek ujarzmiający wielbłąda to była taka parabola – wyjaśnia mi Andrzej Strzałecki, profesor z nienaganną dykcją i bratanek Janusza. – To człowiek, który ujarzmia dziki wschód, Rosję.

11 listopada 1982 r. Urszula notuje w dzienniku: „Wczoraj podobno umarł Breżniew. Wypuszczono Lecha Wałęsę”.

42 lata później. Wałęsa nie chce być weteranem

Z prezydentem Wałęsą rozmawiam przez telefon. Akurat tego dnia jest na wycieczce w Arłamowie. Pytam go, czy wie o plafonie ze swoją podobizną.

– Meldowano mnie w podobny sposób jak pani, ale nigdy nie sprawdzałem tego – mówi.

Ciekawi go, czy Janusz Strzałecki nie miał kłopotów z powodu plafonu. Zapewniam, że nie. 

– Cieszę się i niedługo podziękuję mu osobiście. Mam już przecież 81 lat – mówi.

Próbuję protestować, a potem wspominam, że ’81 to mój rok urodzenia. Do tej pory na tę wieść moi rozmówcy stawali się bardziej otwarci. Wałęsa ich przebija. – Oh my God! Zazdroszczę pani! – słyszę.

Wracamy do plafonu. – Dotarło to do mnie, tylko że ja miałem wiele problemów, a na te miłe rzeczy nie było wtedy miejsca. Zresztą, nie lubię być weteranem. Ja chcę walczyć, proszę pani.

Po rozmowie przesyłam mu zdjęcia plafonu, które zrobiłam na Zamku. Chwilę później wstawia je na Facebooka. Pod zdjęciami spotykają się dwie grupy komentujących. Ludzie piszą:

„Jest pan symbolem wolności!”, „Jest pan symbolem zdrady!”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 44/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Wąsy Wałęsy