„Trzy kilometry do końca świata”: w wielu miejscach świata wciąż skazani jesteśmy na kino emancypacyjne

W filmie Emanuela Pârvu rozmawia się ściszonym głosem, jakby chciało się zatrzymać słowa w czterech ścianach i w zamkniętych międzyludzkich układach.
Czyta się kilka minut
Kadr z filmu "Trzy kilometry do końca świata", reż. Emanuel Pârvu., 2024 r. // Materiały prasowe Aurora Films
Kadr z filmu "Trzy kilometry do końca świata", reż. Emanuel Pârvu., 2024 r. // Materiały prasowe Aurora Films

Dlaczego?! – dopytuje matka swojego syna na wieść o tym, że widziano go, jak ukradkiem całował się z innym chłopakiem. Zaraz potem kobieta zanosi się płaczem. Można sobie dopowiedzieć, skąd taka reakcja. Że wstyd na całą wieś i że chłopak nie będzie miał lekko w życiu, a już na pewno nie w dzisiejszej Rumunii, szczególnie tej prowincjonalnej. I że rodzice Adiego najprawdopodobniej nie doczekają się wnucząt. Absurdalność tego pytania już za chwilę znajdzie podobnie absurdalne rozwinięcie, gdy do akcji wkroczy lokalny batiuszka. 

Film „Trzy kilometry do końca świata” to kolejny dowód na to, że w temacie równego traktowania osób LGBT+ ciągle, w wielu miejscach świata i Europy, skazani jesteśmy na tak zwane kino emancypacyjne. Czyli takie, które wykonuje żmudną pracę u podstaw i dopiero upomina się o czyjeś prawo do normalnego życia. Współscenarzysta i reżyser Emanuel Pârvu opowiada o tym prostym, nieco deklaratywnym językiem, pokazując jednocześnie uwikłanie pojedynczego przypadku w typowe relacje zależności i władzy.

Sama wioska wydaje się idylliczna. Domki w okręgu Dobrudży mają turkusowe detale i urokliwe wnętrza wypełnione regionalnym rękodziełem i świętymi obrazami. Położona w delcie Dunaju i tym samym odcięta od stałego lądu miejscowość doskonale sprawdza się jako letnisko albo siedziba wakacyjnego festiwalu filmowego. Zupełnie inaczej funkcjonuje się tu na co dzień. W takich wyizolowanych i poniekąd zamkniętych społecznościach wszystko załatwia się na skróty, w szarych strefach, bez zbędnych procedur. 

Kiedy zatem siedemnastoletni Adrian wracając z dyskoteki zostaje dotkliwie pobity przez dwóch wyrostków (my nie widzimy tej sceny), najlepiej byłoby rozwiązać sprawę polubownie. Zwłaszcza że sprawcami mogą być synowie majętnego sąsiada, a ojciec ofiary ma u niego spory dług. Tyle że rychło okazuje się, iż napad miał swoje źródło w homofobii, co wyraźnie komplikuje sytuację. Bowiem u ojca Adiego potrzeba sprawiedliwości i ochrony swojego dziecka zderza się z czystą kalkulacją – i do tego z potężnym rodzicielskim szokiem.  

Chwilami aż nie chce się wierzyć, że rzecz dzieje się w XXI w., w kraju Unii Europejskiej. Jakże znajomo, aczkolwiek z innej epoki, brzmi „niech tu poczeka!” wyszczekane przez urzędniczkę na komisariacie, gdzie ojciec poszkodowanego dąży do ustalenia prawdy, choć za jakiś czas trudno mu będzie zmierzyć się z nią w całości. Niektórzy twierdzą nawet, że dostajemy film obyczajowo spóźniony, o to jednak należałoby zapytać tych, którzy wiejskie realia postkomunistycznych krajów znają z autopsji, nie z ekranu.

Jedno zdaje się pewne: byłoby najlepiej, ażeby zdesperowany ojciec wycofał policyjne zgłoszenie i można było wreszcie zamieść sprawę pod dywan. Skorzystaliby na tym i rodzice, i dzieci, i zmęczony stróż prawa, któremu marzy się wcześniejsza emerytura. Po cóż więc ojciec głównego bohatera tak drąży i jątrzy? Gra go zresztą znakomity aktor Bogdan Dumitrache, jedna z najbardziej charakterystycznych twarzy rumuńskiej Nowej Fali, znany ze „Śmierci pana Lazarescu”, „Pozycji dziecka” czy „Sieranevady”, czym mimowolnie uruchamia w swojej postaci rozmaite „moralne niepokoje”.

Tymczasem na pierwszym planie mamy do bólu klasyczną, życiowo i filmowo, sytuację zaszczucia. Słyszymy, jak miejscowym brakuje języka, by mówić o homoseksualizmie w sposób nieobraźliwy. Szybko też za głównego deprawatora zostaje uznany tajemniczy „obcy” – młody turysta, którego Adi odprowadzał inkryminowanego wieczoru. Co ciekawe, w filmie Pârvu, przynajmniej do pewnego momentu, rozmawia się ściszonym głosem czy wręcz szepcze, jakby chciało się zatrzymać słowa w czterech ścianach bądź w zamkniętych międzyludzkich układach. Żeby w żadnym razie nie popłynęły gdzieś dalej, na przykład do urzędów wyższych instancji w pobliskiej Tulczy. Dlatego jest i zarazem nie jest niespodzianką, gdy dochodzi do bezpośredniej konfrontacji z brutalnością zupełnie inną niż ta wyjściowa.

I nie trzeba sięgać po modnych francuskich socjologów, by zauważyć, że w „Trzech kilometrach do końca świata” mamy do czynienia z najróżniejszymi, także ukrytymi formami przemocy. Oczywiście, najjaskrawiej wypada na ekranie scena egzorcyzmów, albowiem kochająca matka postanawia „uleczyć” syna szukając wsparcia fachowych sił, z wykorzystaniem kadzideł, modłów i gromnic. 

Ta scena „pomocy wbrew czyjejś woli” wypada zgoła groteskowo, na granicy prawdopodobieństwa, choć Pârvu i współautorka scenariusza Miruna Berescu dobrze wiedzą, iż terapie konwersyjne z aktywnym udziałem osób duchownych są faktem i mają miejsce nie tylko w dzisiejszej Rumunii. Przemocowy charakter mają też wszelkie ukazane w filmie „targi” – dyskretne naciski, drobne poniżenia, jawne szantaże, również o podłożu ekonomicznym. Nic dziwnego, że dusi się w tej malowniczej wiosce nie tylko nastoletni Adrian i niemal wszyscy bohaterowie wydają się jej cichymi zakładnikami.  

Gdyby porównywać rumuński film do któregoś z polskich tytułów o tematyce LGBT+, rozgrywający się w podobnej wiejskiej scenerii, w pierwszej kolejności przyszedłby na myśl „Słoń” (2022) Kamila Krawczyckiego, dostępny u nas na VoD. Nie było w nim aż tak głębokiego uwikłania społeczno-religijnego, koncentrował się bardziej na relacjach domowych i kwestii „zostać czy wyjechać”. Rodził natomiast w widzach pytania i wątpliwości, czy ucieczka z rodzinnej miejscowości jest jedynym możliwym finałem.

Nie zdradzając zakończenia „Trzech kilometrów…”, można snuć podobne dywagacje. Bo prześwietlony letnim światłem film Pârvu rezygnuje z oryginalnych poszukiwań. Ową przewidywalność widać chociażby w sposobie potraktowania wiejskiej społeczności, na przykład w ignorowaniu faktu, iż niechęć do wszelkiej inności często bywa podszyta lękiem, który ma swoje konkretne podłoże. 

Daleko tej historii zarówno do filmów próbujących oddać na ekranie tożsamość queerową, jak i do gęstych rumuńskich dram, gdzie banalna mikroscenka potrafiła prześwietlić na wskroś całe społeczeństwo. Powstał więc film dla życzliwie przyglądających się problemowi z boku, choć zarazem mogący posłużyć za rodzicielski czy społeczny antyinstruktaż. Dość oczywisty w lekturze, ale ciągle niestety przydatny w obsłudze rzeczywistości.

TRZY KILOMETRY DO KOŃCA ŚWIATA (Trei kilometri până la capătul lumii) – reż. Emanuel Pârvu. Prod. Rumunia 2024. Dystryb. Aurora Films. W kinach od 6 grudnia. 

Emanuel Pârvu jest rumuńskim reżyserem, scenarzystą i aktorem. Grał m.in. w „Egzaminie” (2016) Cristiana Mungiu i w „Cudzie” (2021) Bogdana George`a Apetriego. Za kamerą debiutował filmem „Meda, czyli nieco ciemniejsza strona życia” (2017). „Trzy kilometry do końca świata”, nagrodzone Palmą Queer w Cannes i Tęczowym Kłosem w Valladolid, są kandydatem Rumunii do Oscara.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 49/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Wbrew woli